<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244</id><updated>2012-01-30T14:29:24.190+01:00</updated><category term='arty'/><category term='lubelskie'/><category term='miniatury'/><category term='opowiadania'/><category term='tarnowskie'/><category term='varia-cje'/><category term='powiastki'/><category term='częstochowskie'/><category term='zapiski'/><title type='text'>moja bliźniaczka</title><subtitle type='html'>i'm the evidence

you passed the test and that's so good for you

o love will you read the letters 

i will send to you</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>98</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-1654150150126954599</id><published>2012-01-30T14:28:00.003+01:00</published><updated>2012-01-30T14:29:24.198+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>ACTA  est fabula (?)</title><content type='html'>&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;b&gt;ACTA est fabula (?)&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Znajomy z Ukrainy mawiał, że gdyby w jego kraju podwyższyć drastycznie ceny wódki, ani chybi rozpętałaby się rewolucja. Ergo: niech będzie źle, byle można było zalać pałę. Bieda biedą, ale zostawcie nam z łaski swej szansę na ucieczkę od rzeczywistości. Oglądając filmiki z manifestacji przeciw umowie ACTA (póki jeszcze można korzystać z youtube'a) i widząc buźki odciągniętych od netu fejsbukowców, odnoszę wrażenie, że także u nas, w Polsce, inna rzeczywistość, rzeczywistość alternatywna, stała się ważniejsza i bardziej doniosła od tej właściwej. Niech będzie źle, ale zostawcie nam neta. I choć sam fakt, że doszło do spontanicznych protestów musi cieszyć, choć nie brakowało błyskotliwych haseł, jak troskliwe pytanie do prezydenta, skąd po wejściu w życie ACTA, będzie ściągać pornograficzne filmy, nieco przeraża mnie ten bunt zblatowanej euro-młodzieży. Nie tylko zresztą mnie, bo na wielu stronach czytam zatrwożone  komentarze, że tak bezideowego pokolenia jeszcze nigdy nie było. Że dzisiejsza młodzież w zasadzie już nie potrafi protestować inaczej, niż klikając łapkę w dół. I tylko groźba utraty ukochanych zabawek wyprowadziła ją teraz na ulice, gdzie jednak, skonfrontowana tej nieznanej rzeczywistości, wyglądała żałośnie i bezradnie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Choć trudno mi wyobrazić sobie życie bez internetu, a jeszcze siedem, osiem lat temu nie wyobrażałem sobie, że do takiej sytuacji kiedykolwiek dopuszczę, zachowałem pewne po trosze symboliczne punkty oporu, które dają mi może i mylne odczucie, że wirtualny świat jeszcze mnie nie wessał. Na przykład portale społecznościowe. Mam wprawdzie za sobą wstydliwy epizod posiadania konta na niesławnej naszej klasie, ale już wobec facebooka, nie mówiąc o "ambitnych" portalach typu goldenline, jestem nieprzejednany: choć nieposiadanie fejsbukowego konta to dziś niemal śmierć cywilna, chroni mnie, jak mniemam, przed czymś gorszym niż społeczne unicestwienie: rozmyciem się wśród tysięcy twarzy. Tak, jestem fejsofobem, i z ukojeniem stwierdzam, że niektórzy z moich znajomych nie wiedzą nawet, o co z tym facebookiem chodzi. Alternatywna, wirtualna rzeczywistość jeszcze nie zawłaszczyła całkowicie skromnego poletka wytyczonego na tę może niekoniecznie piękną, ale jednak prawdziwszą. Świat jeszcze nie jest do końca skatalogowany, idea opacznie pojętej jedności nie przekształciła go w coś na kształt masowego grobu dla bezimiennych.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Afera z umową ACTA i spontaniczny bunt głównie młodych ludzi obrazuje karykaturalnie, że wzniosłe wartości takie jak wolność czy demokracja są w istocie czcze i wynaturzone. Konstytuują je wygoda, konsumpcjonizm i oportunizm. A zarazem wydawały się oczywiste do tego stopnia, że groźba ich naruszenia szybko przerodziła się w irracjonalną panikę. Tymczasem nawet w warunkach społeczności demokratycznych, system konsekwentnie napiera na sferę wolności, pragnie poszerzenia kontroli - taka już jego natura, immanentna cecha. Starcie systemu w jego naturalnej inklinacji z urobioną, zblatowaną społecznością jest i śmieszne, i straszne zarazem. Doszło do zabawnego faux pas: oto system uwierzył, że społeczność jest już na tyle bezideowa, że niezdolna do buntu, społeczność zaś uwierzyła, że nic nie zagraża jej wolnościom, przynajmniej we wspomnianym, wykoślawionym ujęciu. Tak zrodził się chaotyczny protest przeciw groźnemu zamachowi na wolność w internecie. Kto przeciw ACTA, niech kliknie łapkę w górę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Hasło "Po co nam wolność? Mamy przecież telewizję" można dziś sparafrazować: niepotrzebna nam jako taka wolność, skoro mamy facebooka. Jesteśmy skatalogowani: tysiące maleńkich, uśmiechniętych, nierozróżnialnych twarzy obok siebie.  Tak żałośnie musi wyglądać nasz świat z perspektywy niebios, tak też musiała wyglądać społeczność z punktu widzenia systemu, skoro kompletnie nie przewidział paniki, jaką wywoła podpisanie ACTA.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Świadomość wtopienia się w amorficzną masę daje poczucie bezpieczeństwa, naturalnie skonfrontowanego wolności. Tylko właśnie: czy ten bezkształtny protest można traktować wobec tego poważnie? Czy ze społecznością, która pragnie skatalogowania, i której tożsamość określa kojące rozmycie się w tym świecie, powinno w ogóle się liczyć? System dostał cenną informację, jaki prosty rytm wystukać, by zbuntowana dziś rzesza kontynuowała z uśmiechem na twarzach  taniec niewolników.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Odnośnie planów wdrożenia umowy ACTA do internetu, należy zapytać: cui bono? Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości, że nie chodzi o żadnych twórców czy prawa autorskie. Chodzi o instrumenty szeroko pojętej kontroli. W aspekcie praw własności intelektualnej, obecne prawo, choć dalekie od ideału i nie nadążające od lat za rozwojem technologii, jest jednak w miarę wyważone i nie wpada w paranoję, o jakiej słychać co rusz w innych, bardziej "cywilizowanych", od naszego państwach. Zresztą, co bardzo ogarnięci twórcy wiedzą od dawna, że internet to żadne zagrożenie, lecz olbrzymia możliwość promocji ich płodów, wobec czego sami zamieszczają swe twory w sieci, i tylko niereformowalni idioci wpisują ściągnięte "nielegalnie"  piosenki na konto strat twórców i (przede wszystkim) fonograficznych firm.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Panika, jaka ogarnęła internetowy światek, wydaje się mało racjonalna i kładzie akcent na mało istotne kwestie, jakkolwiek prawdą jest, że ACTA w swej filozofii przedkłada uprawnienia nielicznych ponad wolności wielu i choćby z tego powodu jest groźna. I mniejsza o całe piractwo i groźbę zamknięcia wielu serwisów pod przykrywką walki z "obrotem podróbkami.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niebezpieczne jest bezprecedensowe umożliwienie operatorom kontroli internautów, kompletnie chybiony postulat, by przestępstwa "pirackie" były ścigane z urzędu, a nie, jak dotychczas, na wniosek. Zapewnienia, że obecne prawo jest zgodne z esencją umowy są w tym kontekście robieniem z ludzi idiotów, w którym zresztą rządzący celują, jeśli przypomnieć choćby wytłumaczenie przez Pawła Grasia ataku  na  strony sejmu i premiera ogromnym zainteresowaniem zamieszczonymi na nich treściami.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;ACTA jak ACTA - zawiera głównie ogólne postulaty i jako prawo jest mało przejrzysta. Ważniejsze będą związane z umową korekty prawa autorskiego, i tutaj chciałoby się wierzyć premierowi, że wolność w sieci pozostanie wartością nadrzędną, lecz wobec światowych tendencji i lubowania się Polski w roli wychodzącej przed szereg pożytecznej idiotki, wierzyć w jego zapewnienia nie sposób. Poza tym od litery prawa, ważniejsza jest zawsze praktyka, i dlatego właśnie prawo powinno  być przejrzyste i możliwie pętać organom ścigania i sądom ręce. ACTA otwiera szerokie poletko do nadużyć, a trzeba przy tym pamiętać, że jeśli tylko dać praktyce możliwość pójścia w złym, niebezpiecznym kierunku, to zgodnie z prawem Murphy'ego właśnie tam radośnie podąży.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jeśli tak się stanie, obudzimy się w świecie rodem z antyutopii Orwella, nie tylko skatalogowanym, ale i poddanym pełnej kontroli. Tylko czy naprawdę potrzebujemy jeszcze wolności, by to właśnie o nią walczyć?  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-1654150150126954599?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/1654150150126954599/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2012/01/acta-est-fabula.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/1654150150126954599'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/1654150150126954599'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2012/01/acta-est-fabula.html' title='ACTA  est fabula (?)'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-6467793474379849842</id><published>2012-01-03T23:11:00.002+01:00</published><updated>2012-01-03T23:11:49.222+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zapiski'/><title type='text'>Piękno czystej kartki</title><content type='html'>&lt;div align="CENTER" style="font-style: normal; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt; &lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;Piękno czystej kartki&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Let's have you show some grief &lt;br /&gt;For the fools let your hearts bleed &lt;br /&gt;For those who are lost in love &lt;br /&gt;Those who cry for a lover's lies &lt;br /&gt;Wipe the tears from your eyes &lt;br /&gt;Don't cry for love &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Inkubus Sukkubus, "Young lovers"&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zawieruszył mi się gdzieś egzemplarz "Ojca chrzestnego", ale pamiętam (nic dziwnego, skoro tematyka mnie mocno swego czasu absorbowała), że znajdował się w powieści interesujący (a być może także głupi) passus dotyczący kobiecej niewinności. Puzo bez ogródek stwierdzał, towarzysząc swemu bohaterowi w akcie defloracji ukochanej: droga do szczęścia jest dla mężczyzny prosta, a ono samo jest bliskie; wystarczy przebić tę cienką błonę, błonę dziewiczą. Proszę: konkretna, praktyczna rada w zalewie durnych koelizmów.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt; Mężczyźni pożerają młode dziewczęta jak owoce, a serca ich wypluwają jak pestki - stwierdziła onegdaj Magdalena Samozwaniec. Jej aforyzm, sformułowany skądinąd uroczo, koresponduje ze stereotypem, jakoby faceci porzucali dziewczęta (młode, więc ani chybi "debiutantki"), skoro tylko zdobędą ich cnotę niczym skalp. Z takim schematem kojarzy mi się piosenka Anity Lipnickiej sprzed czternastu lat, i dlatego chyba nie znoszę tej melodii, choć przywodzi na myśl czasy, gdy muzyka popowa nie miała tego samego, plastikowego posmaku. Cezurami wyznaczającymi trwanie związku są w niej słowa mężczyzny: "nic nas nie może powstrzymać" i "nic nas już chyba nie łączy". Niby nie wynika to wprost z warstwy lirycznej, ale wydaje się, że chodzi o miłość pierwszą, dziewiczą. Zakochują się w sobie, on rozbiera ją "ze wszystkich tajemnic", ona mu się oddaje, a potem, cóż, następuje powolny rozkład wielkiego uczucia, aż wreszcie on mówi "finito". Tak może kiedyś, nie tak dawno jeszcze, bywało, ale dziś - już niekoniecznie. Dziewczyny są jak wiadomo bardziej praktyczne w uczuciach niż mężczyźni i najwyraźniej wychodzą z założenia, że skoro pierwsza miłość statystycznie nie ma szans na przetrwanie, pionierskie doświadczenia lepiej wykonać u boku osoby na płomienną miłość niezasługującej, a potem będzie jeszcze całe życie na ambitniejsze uczucia, już bez dziewiczego brzemienia. Druga sprawa: nie znam żadnego (sic!) przypadku, kiedy to mężczyzna zrywa z dziewczyną, którą rozdziewiczył, zawsze to ona pragnie szukać "czegoś innego" (w domyśle: lepszego). Można zatem rzec, że rewolucja seksualna i nakazująca wręcz posiadanie wielu partnerów współczesność, paradoksalnie uczyniła nie tyle nawet z samego dziewictwa, co z wyłącznego posiadania kobiety wartość. To wynaturzenie miłości, ktoś powie, i oczywiście będzie mieć rację. Walka z rzeczywistością, która dewiacje uznaje za normę, musi przyjmować wynaturzoną postać. A żyjemy w czasach wszędobylskiej seksualności, kiedy to dzieci chciałyby nauczyć starsze pokolenie, skąd się wzięły. Niedawno pod jednym z artykułów przeczytałem opinię, że w świecie wybujałej, epatującej na każdym kroku seksualności, to dziewczyna w długiej spódnicy z ledwie odsłoniętą kostką jest prawdziwie erotycznym, elektryzującym zjawiskiem. Nic dodać, nic ująć. W dobie celebrytek ze sztucznymi cyckami, niejeden facet chce się zachwycić tą "staromodną" niewinnością.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Piękno (czy raczej ogólnie urok) dziewczyny można ujmować rozmaicie. Jest ono przede wszystkim kategorią stricte estetyczną (zachwycamy się rysami twarzy, harmonijnymi kształtami), ale mamy też, jako pokrewną kategorię, tak zwany sex appeal (rozumiany jako atrakcyjność epatująca sobą, obcesowa, przykuwająca uwagę) i wreszcie, gdzieś tam skryty na dalekim planie,  czar niewinności. Te dwie ostatnie barwy piękna to biel przeciwstawiona wyzywającej czerwieni, obnażona dyskretnie kostka skonfrontowana bezwstydnie pokazanej waginie. Na marginesie warto zauważyć, że choć słowo "sexy" nie jest semantycznie tożsame z "pięknym", stara się je konsekwentnie wyprzeć. Inaczej mówiąc: propaganda ujmuje "seksowność" jako wyższy stopień piękna, piękno, które zdaje sobie sprawę z własnego istnienia, i chce je zakomunikować wyzywająco światu. Wkraczanie przez seksualność na teren piękna, jeszcze wczoraj dziewiczy, chciałoby się powiedzieć (ale trochę strach), tworzy też nowy tegoż piękna kanon. Kanon zdeflorowany, zbrukany. Bo przecież "piękna" znaczy (winno znaczyć, znaczyło jeszcze wczoraj) tajemnicza, unikatowa, "sexy" to tyle co otwarta, powielająca modne wzorce, ubrana w magnetyczne fatałaszki. Także na płaszczyźnie semantycznej odbywa się więc deprecjacja niewinności - estetyczne walory rezerwuje dla siebie biegunowo odległa, rażąco czerwona seksualność.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dziewictwo to temat śliski, a zarazem pozornie mało współczesny. Pozornie, bo jednak cały czas nośny. Powraca, wywołuje emocje, irytuje, rodzi "napinkę". Choć dla wielu to nie do wyobrażenia, wciąż nie jest terminem li tylko medycznym, w języku potocznym nie wychodzi wcale z użycia. Ba, niektórzy rozumują je aksjologicznie. Mamy zatem, choćby na głównych portalach, kretyńskie artykuły ukazujące fikcyjne dwudziestoparolatki bez doświadczeń (kto by sobie zadawał trudu szukania prawdziwych) jako dziwadła. I choć, jak to w tolerancji totalnej, wymagają od czytelnika zrozumienia dla każdego ekscentryzmu (a dziewica w wieku studenckim jest czymś pokroju tego faceta z Wrocławia, ubierającego się w kobiece wdzianko), utrwalają normy i tezy, które wcześniej kreowały tysiącem innych, "wyzwolonych" artykułów. Skoro przeszłość nie ma znaczenia, dziewictwo jest czymś wstydliwym. Poświadcza tylko o nieatrakcyjności (to, co "sexy" zastąpiło to, co piękne!). Facet, który grzebie w przeszłości swej kochanki, nie dość, że postępuje mało dżentelmeńsko, to jeszcze uchodzi za zakompleksionego, rwącego się do rywalizacji z chimerami, nieudacznika. Ewentualnie może być też partenofilem, bo nadmierne zainteresowanie dziewicami jest wszak sklasyfikowaną parafilią. Ale czemu właściwie się dziwić? Skoro niewinność odarto bez skrupułów z wdzięku i postrzega się jako defekt, nic dziwnego, że interesować się nią mogą tylko zboczeńcy tudzież nieudacznicy.  O tempora, o mores - chciałoby się westchnąć.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dziewictwo rozumie się nie tylko jako przypadłość fizyczną, ale także mentalną, co już jest bardziej godne rozważenia, bo każdy, kto miał styczność z dziewczynami w fazie przedinicjacyjnej (a jakąś tam miał każdy) przyzna, że ich psychika różni się i to znacznie od psychiki "normalnej" kobiety. Z rozważań dziadka Freuda możemy wywieść pochopną tezę, że dziewica kochać nie umie, a nawet jeśli darzy pierwszego kochanka ciepłymi uczuciami, przedzierzgną się prędzej czy później w niechęć. Ale to w dziewicy, paradoksalnie, pragnienie kochania i bycia kochaną wydaje się  największe i najbardziej rozczulające. Dziewicze uczucie jest siłą rzeczy modelowe, idealne. Nieskażone rzeczywistością, lgnące do gwiazd. Źle czyni dziewczyna, która traci niewinność bez tego ulotnego wrażenia zetknięcia się z czymś mistycznym, nienależącym do tego świata. Bez niego defloracja jest tylko chirurgicznym zabiegiem, który być może uzdolni w przyszłości do bardziej wzniosłych uczuć. Niestety, rozmawiając z dziewicami albo ex-dziewicami, słyszałem często rozbrajające wyznanie: nie sądziłam nigdy, że to ma jakieś większe znaczenie. Propaganda, że brak seksualnych kontaktów jest w pewnym, coraz niższym wieku, czymś wstydliwym, działa jak widać skutecznie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jeśli za Sternbergiem uznamy miłość za wspinaczkę we mgle, mgła spowijająca dziewczynę niewinną podczas stawiania pierwszych kroków na seksualnym (daj Boże, także uczuciowym) szlaku, jest gęsta jak mleko. Brak jakiegokolwiek punktu odniesienia uniemożliwia uznanie osiągniętego pułapu za szczyt, ale nie musi umniejszać w niczym radości, a nawet uniesienia rozpoczętą wędrówką. Taka miłość zatem, z jednej strony jawi się abstrakcyjna, zorientowana bardziej na siebie samą niż na drugiego człowieka (jak każda pierwsza miłość), z drugiej: jest czystsza, niezainfekowana obcym wpływem. Ujmując sprawę brutalnie: tylko jeśli kocha nas dziewczyna bez doświadczeń (nie tylko tych seksualnych, lecz w ogólności emocjonalnych), jej miłości nie zawdzięczamy osobom trzecim. Każdy związek, każde uczucie, definiują miłość od nowa, wyznaczają nowy pułap, dla którego odniesieniem jest miniona, wyblakła namiętność. Dziewczyna niewinna jest czystą, niespapraną kartką, na której możemy nakreślić piękny obrazek.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ludzie kochają podróże w nieznane miejsca, niekiedy potrzebują przeprowadzki dla rozpoczęcia nowego życia, fajerwerkami witają każdy nowy rok. Kobiety po nieudanych związkach zmieniają często fryzurę, jakby mistyfikując inną tożsamość. Chodzi zawsze o przebłysk dziewiczości, ulotne wrażenie niespapranej (jeszcze) kartki. Każdy pisarz zna z pewnością tę chwilę entuzjazmu, gdy piękna idea wisi jeszcze nad niezapisaną kartką. Nawet jeśli nie uda mu się w pełni jej uchwycić (a zapewne nie), ten moment uniesienia skłania, by sięgnąć po pióro. Cóż, nachodzi mnie refleksja, że artyści, a przede wszystkim pisarze, powinni zadawać się wyłącznie z dziewicami, tylko dziewczyny niewinne powinny robić za ich muzy.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czym jest piękno czystej kartki? Stanem, w którym wkraczamy na nowy, niespaprany ani przez siebie, ani przez nikogo teren. Rozbujała seksualność musi w końcu zjeść własny ogon, więc nie martwiłbym się o przyszłość dziewictwa rozumianego jako wartość. Ba, jak każda uciskana idea, tylko się hartuje. Dziewczyna - dziewica powinna znać swoją wartość, powinna wiedzieć, że w niewinności tkwi jej urok. Cnota winna być jej skarbem, nie kompleksem. Naturalnie, na jej pierwszym mężczyźnie spoczywa ogromna odpowiedzialność. Może odkryć w niewinnej dziewczynie to, co jest wyznacznikiem kobiecości (zrobić z niej kobietę, według wytartej, nieładnej  formułki) albo uczynić seksualną i uczuciową kaleką. Ale tę czystą kartkę można spaprać na wiele innych sposobów.  Do diabła z mężczyznami, z którymi inicjację dziewczyny uznają poniewczasie za błąd, "szarą plamę" w seksualnym życiorysie, do diabła też z tymi, którzy wywierali na nich presję.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Hymenofobia, czyli lęk przed tym newralgicznym pierwszym razem, może być udziałem nie tylko dziewic, ale także, w zmienionej nieco formie, facetów, którym na sercu leży coś więcej, aniżeli dopisanie do listy jeszcze jednej kochanki. I to jest chyba przekleństwo młodych dziewczyn: łatwiej im wpaść, przynajmniej na początku seksualnej wędrówki, w cyniczne łapska tych, co zapewnią, że cnota nie ma dziś żadnego znaczenia bądź przemilczą ten fakt, by rozmową uświadamiającą nie zrodzić w kochance in spe niepotrzebnych wątpliwości. Cóż, jeśli ujmować sumę ludzkich losów, tworzących znany nam świat, jako spisywane nieustannie powieści, trzeba od razu nadmienić, że większość ich stronic jest skreślona nieudolnie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-6467793474379849842?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/6467793474379849842/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2012/01/piekno-czystej-kartki.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6467793474379849842'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6467793474379849842'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2012/01/piekno-czystej-kartki.html' title='Piękno czystej kartki'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-6556785148061087934</id><published>2012-01-01T23:19:00.000+01:00</published><updated>2012-01-01T23:19:35.549+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miniatury'/><title type='text'>Nad górną Wisłoką</title><content type='html'>&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nad górną Wisłoką&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Break the path and let's get going&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;To the place where&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: Tahoma; font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;﻿ &lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;nobody ever goes&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Nobody ever goes&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Dark Tranquillity, The Poison Well&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ta rzeka nie jest wierna, ona zdradliwa się wydaje, a jednak przycupnąłem tu ufnie, na kamienistym brzegu usiadłem i tak siedzę w nurt wpatrzony, bez ochoty, by iść dalej najmniejszej. Mam dwa piwa kupione w wiosce najbliższej, co znikła już za zakrętem i wzgórzem kolejnym, trochę papierosów mam jeszcze i zapalniczkę, z której kilka małych płomieni dobędzie się może. Słońce przygrzewa mocno, choć schyłek lata nadejdzie niebawem, więc koszulkę zdjąłem i wokół głowy ją owinąłem, by nie wypaliło mi myśli wszystkich, mimo iż lubię ten letarg upalny bezrozumny niekiedy. I nawet myślę tak sobie tą myślą ocalałą, skrytą w zakamarku cienistym przed promieniami bezlitosnymi, że to zdrowe dla higieny psychicznej zapewne, w dzień taki jak dziś w miejscu jak najmocniej nasłonecznionym usiąść, i myśli w mózgu zalęgłe jedna za drugą jak kurzajki wypalać. Siedzę więc nad tą rzeką  zdradliwą o nurcie wartkim na brzegu jej kamienistym i patrzę oczami zmrużonymi to na słońce prażące, to na prąd jej niewierny potoczysty, mknący hen ile sił, jakby tam w dole jakieś piękniejsze życie dla rzek było spokojne, nizinne arkadyjskie. I na te góry wokół niewysokie, na które każdy wspiąć się może niewielkim wysiłku nakładem, spoglądam też co chwila, choć ochoty, by tam pójść, szlak jeden odnaleźć, i kroczyć z uśmiechem na ustach, znaków wytyczonych szukając tylko, nie mam już teraz najmniejszej.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Chciałbym pokazać jej moje szczęście. Z dala od wszystkich trosk, nieporozumień i planów zbyt ambitnych złowróżbnych, skryte przed wspomnieniami niedobrymi, odległymi dziś, bez wagi dużej ni znaczenia, opalizujące radośnie w słonecznym blasku, jak refleksy na rzecznej toni migające figlarnie. Sięgam do plecaka po piwo jedno, które może godzinę i pół ledwie temu z lodówki wyjęła sprzedawczyni w sklepiku tym wiejskim, lecz cały chłód stracić już zdążyło, otwieram je z sykiem szum monotonny rzeki na moment zakłócającym i do ust przystawiam, by kilka łyków wypić łapczywie, gdyż spragniony po wędrówce niekrótkiej jestem. Potem szukam kamienia dużego płaskiego w okolicy, by puszkę na nim postawić stabilnie, bo szkoda by było, gdyby się wywróciło i wylało, skoro tylko jedno w plecaku zostało jeszcze. Po papierosa też sięgam, pół paczki niecałe mam tylko, lecz starczyć na dziś powinno, i kierując twarz w stronę słońca płomień w zapalniczce próbuję wzniecić choćby najmniejszy, ostatni już być może. Chciałbym pokazać jej moje szczęście. Chciałbym, by ujrzała mnie tutaj, nad tą rzeką niewierną, wśród tych gór niewysokich, w które wybrać się nie mam zamiaru.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie chcę już wstrząsów, nie, nie chcę podejmować wysiłku lichego nawet, dramatyczne zwroty nudzą mnie niesamowicie, zdarzenia najistotniejsze, których daty na wieki zapamiętać by należało, zapełniły mi kalendarz cały i teraz świętować tylko już mógłbym i wspominać to życie burzliwie przeżyte, może nie do końca jak należało, skoro na te strzałki na szlakach wytyczone nie miałem uwagi zwracać ochoty nie raz jeden. Dziś chciałbym tej harmonii nieznanej tylko, równowagi jedynie tej niedostępnej dotychczas, i spokoju wyłącznie tego niezmąconego, i rozumiem chyba tę rzekę niewierną, że tak pędzi naprzód, prze ku dolinie potoczyście, jakby te tereny górzyste niemiłe jej były nieprzyjazne i leniwie korytem jak najszerszym pragnęłaby płynąć, z rzadka meandrując tylko radośnie, bez obaw, że kres się zbliża, wody niesione oddać bezwolnie musi i swój bieg wkrótce ukończyć. A wtedy te góry niewysokie i wzniesienia, przez które płynęła i pokonywała je mozolnie nurtem wartkim, najpiękniejszym wspomnieniem wydadzą się chyba najpewniej. Zaciągam się raz ostatni, odrzucam przed siebie niedopałek i po puszkę coraz bardziej ciepłą sięgam, by pragnienie ugasić. Chciałbym pokazać jej swoje szczęście. Chciałbym móc zaprowadzić ją tutaj. Siedzę nad brzegiem tej rzeki niewiernej zdradliwej, lecz jednością będącej, mam piwo i papierosów parę jeszcze. W zapalniczce zostało już mało gazu, ale starczy może na kilka płomieni. Czuję, jak słońce opieka twarz i ramiona, spoglądam z czułością na tę rzekę i migotliwe refleksy na jej powierzchni zmarszczonej nieustannie, a potem na te wzniesienia okoliczne, przez które przedzierać się każdego dnia musi, szukając do celu najbliższej drogi, spojrzeniem wrogim omiatam.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-6556785148061087934?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/6556785148061087934/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2012/01/nad-gorna-wisoka.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6556785148061087934'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6556785148061087934'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2012/01/nad-gorna-wisoka.html' title='Nad górną Wisłoką'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-8563545560562958713</id><published>2011-12-24T14:38:00.001+01:00</published><updated>2011-12-24T14:39:17.921+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadania'/><title type='text'>Łzy są najlepszym lubrykantem</title><content type='html'>&lt;div align="CENTER" style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;&lt;b&gt;Łzy są najlepszym lubrykantem&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;bardzo nieerotyczne opowiadanie o nieposiadaniu miłości&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;And you didn't want to see&lt;br /&gt;Empty pages of your diary&lt;br /&gt;Poisoned mind kept dreaming&lt;br /&gt;Sunken thoughts of eternity&lt;br /&gt;In the world of dust&lt;br /&gt;Frost deep in your cold, cold heart&lt;br /&gt;No blind eyes can see&lt;br /&gt;There is no reality&lt;br /&gt;Between the laughter&lt;br /&gt;And the tears&lt;br /&gt;You lost your fear&lt;br /&gt;Got stucked to past&lt;br /&gt;Couldn't see the light&lt;br /&gt;From the dust&lt;br /&gt;You changed your mask&lt;br /&gt;Sealed your pages with trust&lt;br /&gt;You tried to be safe&lt;br /&gt;But time saves no-one&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chain of tears&lt;br /&gt;Handful of trust&lt;br /&gt;In the world of dust&lt;br /&gt;Chain of tears&lt;br /&gt;Handful of dust&lt;br /&gt;In the world which can't last &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Lacrimosa, No blind eyes can see&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podkochiwałem się w Tatianie już od początku. Nie znałem w klasie nikogo, więc pierwszego dnia szkoły usiadłem sam, jak ofiara losu, w ostatniej ławce, na domiar złego w środkowym, czyli wystawionym z obu stron na pokaz rzędzie. Nie chciałem z własnej inicjatywy z nikim się bratać, nie przeszło mi nawet przez myśl, że ktoś jeszcze znalazł się w podobnie głupiej sytuacji i moglibyśmy połączyć doraźnie swe samotności – wolałem czekać, gdzieś tam w zakamarku serca naiwnie wierząc w ciepły uśmiech losu i nadchodzącą pomyślność.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wcześniej planowałem ten dzień zupełnie inaczej. Nowa szkoła będzie dla mnie nowym życiem, nowym jego etapem, z dala od wcześniejszych trosk wezmę wreszcie sprawy w swoje ręce. Ten radykalny krok odcinający mnie od bezbarwnej przeszłości wyobrażałem sobie bardzo prosto: na dzień dobry wypatrzę jedną dziewczynę, podejdę do niej, zagadam, a potem... Szczerze mówiąc nie wiedziałem, co będzie potem, ale ufałem, że w tym dziewiczym anturażu sprawy potoczą się kolorowo we własnym, naturalnym rytmie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Miałem jednak tę świadomość zakompleksionego nastolatka, towarzyszącą mi dotychczas niemal nieustannie w życiu i nijak nie mogłem się od niej uwolnić, a teraz zaatakowała mnie z całą mocą, ilustrując karykaturalnie najgorszą z fobii: jestem ja, odizolowany, odtrącony, niezrozumiany i pozbawiony szansy, oraz oni, wszyscy, znający się doskonale, knujący coś bez cienia wątpliwości, rzucający ukradkowe spojrzenia, wybuchający co chwila śmiechem. Śmiali się ze mnie, bo z kogo innego wobec takiej dychotomii świata mieliby się śmiać. Tego akurat byłem pewien bardziej niż zatwardziały paranoik: ta reszta jednoczy się w podobnych momentach przeciw odrzuconym, pragnąc utrwalić łączące ją fortunnie więzi, a nic tak nie cementuje relacji w grupie jak szyderstwo wobec nieszczęśnika znajdującego się poza marginesem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I wtedy właśnie, pośród eksplozji pustego śmiechu, sprawiającego mi niemal fizyczny ból, z tej zimnej, wrogiej, drwiącej co rusz części świata nie będącej mną, wyłoniła się znienacka ona. Jak miraż, jak zjawa, niczym przybywający z cudowną pomocą anioł, kiedy gotowy byłem już straceńczo runąć w przepaść. Stanęła przede mną, uśmiechnęła się przyjaźnie i opierając smukłe dłonie na drugim, żałośnie wzgardzonym przez innych krześle przy mojej ławce, spytała jak gdyby nigdy nic, słodszym niż melasa głosikiem:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wolne?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tak, mój aniele, tak, moja miłości, zbliż się i usadów swe pośladki właśnie tutaj. Razem wzniesiemy się nad ten zimny, niegodny politowania świat, razem zakreślimy linię demarkacyjną oddzielającą szczęście i nędzę, wyznaczymy strzeżoną pieczołowicie granicę między namiętnością i pustym śmiechem, już na zawsze trwając po tej lepszej stronie bez najmniejszej ochoty na jakąkolwiek podróż w nieznane. Coś takiego mogłem, a nawet powinienem powiedzieć, ale odparłem tylko, ledwo dobywając z krtani głos i mrużąc nerwowo wlepione w czarne rajstopy na jej nogach oczy, jakby oślepiony niespodziewanym, zdecydowanie zbyt intensywnym blaskiem:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Yhy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ona zaś z najokropniejszym zgrzytem, jaki kiedykolwiek usłyszałem, odsunęła krzesło, podniosła je, trzymając oburącz za oparcie, i odeszła, by zająć miejsce obok Dominiki, swej przyjaciółki w pierwszych dniach szkoły, w przedostatniej ławce rzędu pod oknem. Piękny sen pierzchnął, zostałem sam, już nawet bez sąsiedniego krzesła, na którym ktoś, choćby bratnia mi ofiara losu, którego niespodziewany uśmiech przerodził się naraz w szkaradny rechot, zechciałby tuż obok usiąść, pozorując przynajmniej rozmycie granicy oddzielającej mnie od świata, a teraz przybierającej horrendalną postać nieprzekraczalnego, dostrzegalnego dla wszystkich betonowego muru. Muru, który nie był niestety dźwiękoszczelny: dobiegające mnie wciąż lawiny śmiechu sprawiły, że spurpurowiały ze wstydu wbiłem oczy w ławkę i otworzyłem zeszyt, by wpatrywać się w pustą kartkę i aż do przyjścia wychowawczyni i początku lekcji udawać, że coś w zapamiętaniu czytam. Niestety, czysta kartka, na której pragnąłbym wypisać natchniony chwilą pean o miłości, została ohydnie spaprana już pierwszego dnia. Na zawsze znienawidziłem tę krótkonogą sukę, do której odeszła moja miłość, ucinając ledwie zrodzoną nadzieję na ten jeden, cudowny zwrot akcji i szczerze cieszyłem się, gdy po kilku miesiącach opuściła nasze grono i z rodziną przeprowadziła się do innego miasta.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nigdy nie chodziłem do szkoły z przyjemnością, ale nie mogę powiedzieć, żeby wciąż gnębiło mnie paranoiczne przeświadczenie z pierwszego dnia. Owszem, wciąż siedziałem sam i nie miałem w klasie bliskich przyjaciół, ale z większością spośród ósemki chłopaków łączyły mnie zwykłe, koleżeńskie relacje: ot, na przerwach rozmawialiśmy o sporcie, nauczycielach i innych drobnostkach. Czasem, ale raczej rzadko, również o dziewczynach: większość podkreślała ich nieatrakcyjność, która, jak sądziłem, niejako uzasadniała apatię kolegów i niechęć do nawiązania z koleżankami bliższych relacji. Doszukując się w nich brzydoty, starali się usprawiedliwić własną samotność, ale to pragnienie idealizacji było raczej skutkiem niż przyczyną brutalnych estetycznych osądów. Żałosna samotność pragnęła się rozpaczliwie uwznioślić, znaleźć swą fałszywą genezę w najwyższych, najjaśniej świecących gwiazdach.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Z pewnym zdumieniem skonstatowałem, że właśnie takie, luźne, nic nieznaczące znajomości tworzą ten zimny, wrogi świat, którego tak się bałem, a co za tym idzie, świadomość dołączenia do niego, wtopienia się w tę nijaką rzeczywistość, nie wywołała żadnej euforii ani nawet nie przyniosła mi ulgi. Jeśli wciąż istniała jakaś granica oddzielająca antagonistyczne grupy, wyznaczała ją głównie płeć. Dziewczyn było blisko trzy razy więcej, lecz żaden z chłopaków nie spoufalał się z nimi, a one, choć w przytłaczającej większości rzeczywiście nie grzeszyły urodą, przyjęły wobec męskiego świata charakterystyczne dla dziewic na przedprożu inicjacji pozy wyczekujących hołdu i całusów na stopach księżniczek. Nasza klasa jest wybitnie niezgrana, mówiono coraz częściej z wyrzutem. Każdy był w swych deklaracjach gotów stać się członkiem idealnej, przepełnionej szczerą przyjaźnią grupy, a o niemożność jej utworzenia obwiniał anonimową resztę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tak oto cała pierwsza klasa upływała pod znakiem rozczarowania nową rzeczywistością, rosnącej seksualnej frustracji i ekstensywnego onanizmu. Masturbowałem się zazwyczaj z myślą o Tatianie, a ona, nieświadoma, podsycała żądze, przychodząc regularnie do szkoły w krótkiej sukience i czarnych rajstopach, tych samych, które, jak mylnie uznałem przez moment euforii, zapraszały mnie ochoczo do zakreślenia granic wspaniałego świata. Przez długi czas nie miałem jednak odwagi zbliżyć się do dziewczyny, skrócić ten chłodny dystans, jaki z jednej strony rodziło jej piękno, z drugiej – moja chorobliwa nieśmiałość. Bywało, że przyjeżdżaliśmy na poranne lekcje tym samym autobusem i wtedy nawiązywałem z przymusu pogawędkę, ale rozmowa nie kleiła się, właściwe słowa więzły mi w gardle, z ust wypadały te niewłaściwe, a półkilometrowa droga z przystanku do szkoły dłużyła się niemiłosiernie. Kilkakrotnie idąc za dziewczyną z rozmysłem zwalniałem krok, tylko po to, by znów nie doświadczyć tej katorgi incydentalnej bliskości i upokorzenia, jakie odczuwałem wśród bezsilnych prób nawiązania bliższego kontaktu z piękną koleżanką. Jak wiele dałbym za jej jeden niewysilony uśmiech czy kilka miłych słów. Nic z tego, emanowała z niej całkowita obojętność i zupełny brak zainteresowania moimi staraniami, a czasem, odnosiłem wrażenie, w słowa dziewczyny wdzierała się znudzona pobłażliwość i okrutna świadomość władzy, jaką bez żadnej złej woli, od niechcenia, rozpostarła nade mną i zapewne licznym gronem innych nieszczęśników, zabiegających nieudolnie o jej wdzięki. Słowem, Tatiana albo zrozumiała, że na nią poddańczo lecę, albo uznała, że jestem kompletnym idiotą – tak czy inaczej utrwaliłem się w przekonaniu, iż nie mam u niej szans i po kilku miesiącach zacząłem godzić się z myślą, że pozostanie moją onanistyczną fantazją. Dziewczyny nie z tego świata nie są przeznaczone dla zwykłych chłopaków, stwierdziłem kapitulując. Dla nieudaczników, niepotrafiących sklecić w ich bliskości składnego zdania, tym bardziej. Powinienem uznać, że wystarczającym dla mnie uśmiechem losu było to miejsce w ostatniej ławce środkowego rzędu – świetny punkt obserwacyjny, aby podziwiać jej wcięcie w talii, nieco zbyt obfite, jak twierdzili koledzy, ale dla mnie idealne pośladki i odziane w czarne rajstopy i regulaminowe trampki nogi. Nawet jej matowe, przycięte na wysokości ramion, czarne włosy były dla mnie piękniejsze od tych błyszczących, należących do kobiet z reklam szamponów.  Fantazjowałem przez całe lekcje, a po powrocie do domu zamykałem się w łazience, by wreszcie sobie ulżyć.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W drugim półroczu, a ściślej wraz z nadejściem wiosny, zaprzyjaźniłem się, jeśli można tak powiedzieć, z Rafałem. W gruncie rzeczy nasza zażyłość polegała na tym, że Rafał, z niejasnych   przyczyn, przyssał się do mnie, dostrzegając właśnie we mnie i tylko we mnie bratnią duszę. Siedzieliśmy razem na niektórych lekcjach, w trakcie których podsuwał mi karteluszki z głupimi rysunkami, na każdej przerwie podchodził do mnie i zagadywał. Jednego mogłem być pewien - nie zdarzy mu się powiedzieć nic mądrego. Choć tolerowałem jego bliskość, starając się nie okazywać niechęci, szczerze go nie lubiłem. Podobnie zresztą jak znaczna część klasy: Rafał uczył się słabo i odnosiłem wrażenie, że uczniowie żywili cichą nadzieję, iż nie uzyska promocji i opuści wreszcie nasze grono. Mniejsza jednak o jego wątpliwą inteligencję. Przede wszystkim mój samozwańczy przyjaciel wydawał mi się obłudny. Jego ulubionym tematem podczas pogawędek było wyśmiewanie innych, ze szczególnym uwzględnieniem ich wyglądu, czyli nic osobliwego w licealnych realiach, ale natężenie, z jakim zwykł to robić, przyprawiało o mdłości i było zwyczajnie nie do zniesienia. Kpił sobie zarówno z kolegów, jak i dziewczyn. Nie zamierzałem być ostatnim sprawiedliwym, bynajmniej nie miałem żadnych ambicji, by zostać obrońcą pokrzywdzonych, lecz jego szkaradny śmiech instynktownie kojarzyłem z pierwszymi dniami w szkole, kiedy to świat wydał mi się okrutny, zimny i niedostępny. Można powiedzieć, że kolegując się z personifikującym dawną fobię Rafałem, niejako ją teraz oswajałem, miałem pod kontrolą, ale gdy kolejny raz wskazywał palcem Bogu ducha winną brzydulę i parskał śmiechem, naśladując jej dziwny, zasmucony wyraz twarzy, mimowolnie zaciskałem zęby, a czasem odzywało się we mnie pragnienie, by dać mu w mordę. Nie lubiłem Rafała, ale przede wszystkim nie znosiłem tych podsuwanych mi wciąż pod oczy komicznych obrazków - owszem, zasługujących tylko na pusty śmiech, ale przywodzących mi na myśl siebie, skonfrontowanego w żałosnej walce całemu podłemu światu. Chyba właśnie dlatego nigdy nie darzyłem kolegi sympatią: mimowolnie unaoczniał mi niedorzeczność buntu, absurd cierpienia, wspólne każdemu nieudacznikowi pragnienie niezauważalnego wtopienia się w znienawidzony świat. Rafał, wskazując jedną czy drugą zakompleksioną dziewczynę i naśmiewając się do rozpuku z jej pryszczy, obnażał groteskę całej heroicznej konfrontacji z nieubłaganą rzeczywistością, uświadamiał żałość znalezienia się poza marginesem tolerancji otoczenia - z uwagi na swą godną politowania miałkość wyzbytą nawet dozy tragizmu. Stał się fasadą, zza której ze wstrętem wpatrywałem się w ekspozycję odtrąconych jak w krzywe zwierciadła. Ze smutkiem przyznawałem, że Rafał był mi na swój sposób potrzebny: jako przewodnik po ohydnej galerii, zapewniał mi bezpieczeństwo. Czułem wstręt do tych jego świńskich oczek, czyhających wciąż na ofiarę, którą można by wykpić, ale w ich bliskości sam nie narażałem się na atak. Ukrywał mnie, to dzięki niemu znalazłem się po drugiej stronie i choć nie miałem najmniejszej ochoty, teraz to ja mogłem szydzić, wyśmiewać, sprawiać ból - słowem, stać się częścią zimnego świata, a potem tworzyć go z całą mocą (a raczej odtwarzać do znudzenia) według dobrze znanych wytycznych. Mówi się, że cierpiąc, człowiek najsilniej odczuwa swe istnienie. Sprawiając ból innym, najsilniej odczuwa swą przynależność do tego świata, a podkreślając rozmazane istnienia ostrymi konturami, staje się tego świata współtwórcą, artystą przydającym upragnionego wyrazu mdłej, lecz żądającej usankcjonowania jej znaczenia rzeczywistości. Cierpienie przez moment wzbija się w odruchu samoobrony na wzniosłość, by na powrót schować się w swej żenującej kryjówce przy akompaniamencie czczego śmiechu gapiów, którzy ujrzeli jego błazeński, wystawiony nie wiedzieć czemu na pokaz łeb.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Moja abstrakcyjna niechęć do Rafała przedzierzgnęła się w żywą i sprecyzowaną nienawiść po pewnym głupim epizodzie. Nasza klasa została od początku podzielona na grupy w zależności od stopnia opanowania języków obcych, toteż zdarzało się często, że zaczynaliśmy albo kończyli lekcje o różnych porach. Tego dnia grupa uczniów, która nie miała w podstawówce do czynienia z niemieckim, zostawała jeszcze na dwie lekcje tego języka, pozostali zaś udawali się do domów. Zajęcia odbywały się na pierwszym piętrze w znajdującej się w rogu korytarza salce: ja i mój nieodłączny towarzysz czekaliśmy na dzwonek, oparci o barierkę przy schodach ewakuacyjnych obserwując kolegów i koleżanki, którzy krzątali się na dole, w suterenach, obok szatni i mieli to szczęście opuścić zaraz szkołę. Rafał trącał mnie co chwila w ramię i pokazywał kogoś palcem, ja odpowiadałem wysilonym półuśmiechem. Tak było do momentu, kiedy na schodach usiadła Tatiana, moja skrywana, lecz wciąż żywa miłość. Przełknąłem ślinę z myślą, że kompan zaraz trąci mnie w ramię i usłyszę jakiś głupi żart na jej temat, a wtedy być może nie wytrzymam i przywalę Rafałowi w tę jego nalaną gębę, ale nic takiego się nie stało. Obaj patrzyliśmy oniemieli na dziewczynę. Było coś zjawiskowego i niesamowicie podniecającego w tej scenie: w opieszałych ruchach Tatiany, gdy zdejmowała regulaminowe trampki i wkładała je do reklamówki, gdy sięgała po niepasujące zbytnio do jej nieodłącznych rajstop ciężkie półbuty, wreszcie w samotności dziewczyny, sprawiającej, że ta zwyczajna czynność przebierania butów zyskiwała intensywnie  intymny wymiar, a my chyba czuliśmy się, jakbyśmy przekroczyli granicę, poza którą nie powinniśmy się w żadnym wypadku znaleźć. A jednocześnie wydawało się, że Tatiana ma jak zwykle pełną świadomość, że może być obserwowana i podziwiana, i każdym swym obojętnym na pozór gestem mimowolnie żąda hołdu. I niczego innego, jak złożyć jej ten należny hołd nie pragnąłem: chciałem tylko paść do jej odzianych w czarne rajstopy stóp i móc całować je godzinami, nawet bez nadziei na jedno miłe słowo z jej ust czy choćby ulotny uśmiech. Nie, tę wizję, ja leżący albo najlepiej klęczący u stóp dziewczyny, kompletowała idealnie jej wyniosłość i zimna, boska obojętność. Wyobrażenie ilustrującej obojętność twarzy Tatiany sprawiło, że erekcja zaczęła być dla mnie bolesna.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Rozległ się wreszcie dzwonek kończący przerwę, lecz wiedząc, że nauczycielka niemieckiego ma zwyczaj spóźniać się kilka minut, nie opuszczaliśmy swojego punktu widokowego. Powoli cichł śródlekcyjny gwar, a my dalej wpatrywaliśmy się w to niezwykłe zjawisko: wiążącą z pietyzmem buty koleżankę z klasy. Poczułem na sobie wzrok Rafała i zwróciłem na niego twarz. Nigdy dotąd nie widziałem na jego gębie tak poważnej miny, ba, myślałem, że do takowej zwyczajnie nie jest zdolna. Ale i ja musiałem wyglądać niecodziennie. Byliśmy jak przyłapani przez siebie nawzajem na gorącym uczynku złodzieje, którzy teraz muszą podzielić zarówno łup, jak i wstydliwą tajemnicę niecnego występku. Żenujący przebłysk upojenia zachwiał fundamentami świata, do którego należeliśmy i który chcąc nie chcąc tworzyliśmy.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po krótkim momencie rzadkiej u niego konsternacji, świńskie oczka Rafała błysnęły, jak zawsze, gdy wpadł na pomysł głupiego żartu. Uśmiechnął się, trącił mnie znów w ramię, jakby chciał oznajmić, że już powrócił do siebie po chwili niedyspozycji, po czym nachylił się przez barierkę. W jednej chwili zrozumiałem, co chce zrobić i coś we mnie tąpnęło głucho, ale stałem obok, nie mogąc go powstrzymać. Zresztą, jak mogłem zareagować? Krzyknąć na dziewczynę, by uciekała? A może rzucić się na niego z pięściami? Jakakolwiek mogła być moja reakcja, nie zrobiłem nic, ponieważ się bałem. Bałem się wykrzyczeć, że przynależę do innego świata, bałem się powiadomić choćby o jego istnieniu. Tymczasem ten jedyny dostępny świat już szykował się do złowrogiego zatrzaśnięcia bram, a ja nie wiedziałem: schroni mnie czy raczej uwięzi. Z przerażeniem przechodzącym w towarzyszącą bluźnierstwom niezdrową fascynację obserwowałem, jak Rafał nabiera w ustach ślinę, a potem wypuszcza ją z ust w postaci kilku szybujących wprost na Tatianę pocisków. Mimowolnie zbliżyłem się do barierki, by zobaczyć scenę, która miała mnie później prześladować przez kolejne dni. Pierwszy, niewielki pocisk zakończył swój lot na kolanie dziewczyny, drugi spadł tuż przy dekolcie, plamiąc jej liliową bluzeczkę. Dopiero teraz Tatiana się ocknęła, ale zamiast uciekać, naiwnie spojrzała w górę - trzeci, największy pocisk szybował nieuchronnie na jej zdziwioną buzię. Na szczęście nie zobaczyłem już, jak ślina ląduje na twarzy mojej bogini, bo Rafał szarpnął mnie za ramię, oznajmiając, że nadchodzi nauczycielka i szybkim krokiem udaliśmy się w kierunku klasy. Na lekcji trącał mnie co chwila i podsuwał rysunki, które, choć na nie ani razu nie spojrzałem, na pewno przedstawiały karykatury ostatniej ofiary. Byłem nieprzytomny, to, co się wydarzyło, nijak nie mogło do mnie dotrzeć. Moja miłość, moja bogini, zamiast otrzymać należny jej hołd, została zwyczajnie opluta przez prostackiego kompana.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wieczorem nie mogłem zasnąć: wizja plwocin spływających z cudownej twarzy Tatiany nie dawała mi spokoju. Nie dawała mi spokoju także moja bierność. Myślałem: gdyby to upokorzenie miało chociaż tragiczny wymiar. Chyba łatwiej byłoby mi zareagować, gdyby chodziło na przykład o jej życie. Uratował jej życie - to już zgrabny początek love-story. Ale uratował ją przed opluciem? Bez przesady, wyszedłbym tylko na błazna. Można walczyć z tragedią, walka z farsą to nieuchronny występ w jej pierwszoplanowej roli. A zatem, myślałem, mam swój jedyny świat: świat, który nie pozwoli miłości nijak się zacząć, świat farsy. Miłość kocha dramaty i tragedie, komiczne sytuacje zamieniają ją w parodię. Nie ma głupszego i bardziej nonsensownego gatunku filmowego niż komedia romantyczna.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Marząc o Tatianie, marzyłem zarazem o jakiejś tragedii, wobec której nawet idiota Rafał schyliłby z pokorą głowę, skoro tak łatwo otrząsnął się z zauroczenia pięknem. Tragedii, która wyczyściłaby grunt. Zasnąłem dopiero ze słodką myślą, że kiedyś, na wyplewionej ze wszystkich chwastów ziemi, rozkwitnie moja miłość, a wraz z nią runą posady świata, konstytuowanego przez farsę, obojętność i pusty śmiech, skrywający jedynie strach przed wyłączeniem i frustrację.  Nawet gdyby jednak czekała nas świetlana, wspólna przyszłość (w co jednak nie wierzyłem, po prostu nie wyobrażając sobie życia w takim bezmiarem szczęścia), wiedziałem, że nasze uczucie (moje, jeśli Tatiana pozostanie, co było bardziej  prawdopodobne, onanistyczną fantazją) nie pozbędzie się już tej szkaradnej rysy. Jeśli los ze mnie znów zakpi i obdaruje tym niewyobrażalnym ciężarem szczęścia, będę musiał powiedzieć to swojej bogini wprost. Widziałem to. Widziałem, jak spluwał ci w twarz. Widziałem wszystko i nie zrobiłem nic.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nadzieję na zmianę chłodnych stosunków i integrację klasy koledzy powszechnie wiązali z wiosenną kilkudniową wycieczką. Było to abstrakcyjne przypuszczenie, że dziewczyny, bo to właśnie je obwiniali o niemożność nawiązania bliskich, przyjaznych relacji, o które przecież wcale ze swojej strony nie zabiegali, zrzucą w innym otoczeniu maski, jakie nakładały każdorazowo przed przyjściem do szkoły. Że nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, okażą się inne - głównie w sferze charakteru, choć niewykluczone, że również tej estetycznej. Słowem, znormalnieją i wypięknieją w obcym anturażu. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Już w czasie poprzedzającym wycieczkę dało się odczuć pewną odwilż zamrożonych dotąd relacji. Nieprzekraczalna niegdyś granica wyznaczona przez płeć przestała istnieć, na przerwach można było ujrzeć przemieszane, rozmawiające grupki - dawniej widok niespotykany. Płonna była jednak moja nadzieja, że na fali tej odwilży zbliżę się do Tatiany. Choć wyzbyłem się uczucia zakłopotania w towarzystwie dziewczyn, jej bliskość wciąż mnie paraliżowała, a kilka wymuszonych pogawędek na trasie przystanek - szkoła musiało utwierdzić ją w przekonaniu, jeśli w ogóle poświęcała mi jakiekolwiek myśli, że jestem skończonym idiotą z fatalnym poczuciem humoru - najgorzej  bowiem wychodziło mi silenie się na rozluźniające atmosferę żarty. Raz jeden perfidnie nawiązałem do atmosfery w szkole i naszej klasie, licząc, że choćby jednym grymasem Tatiana zdradzi upokorzenie, jakiego doznała, lecz wyraz jej twarzy pozostał arktyczny i nieprzenikniony.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Inne dziewczyny, choć zdarzało mi się dostrzegać pierwsze przejawy powodzenia, które, nieudolnie naśladując upragnioną bogini, przyjmowałem z próżną obojętnością, kompletnie mnie nie interesowały. Miłość nie jest ślepa ani też nie pozwala widzieć bardziej wyraziście. Ona tylko ogranicza pole widzenia, co z jednej strony komplikuje sprawy, z drugiej zaś koi, gdyż zwalnia z absurdalnej pokusy poznania kobiecego świata w całej rozciągłości.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kiedy człowiek ma pozornie tylko beztroskie naście lat, w większości sfer życia jest zupełnie bezradny, niemniej jednak ma w rękach jeden oręż, który przeciwstawiony rzeczywistości, musi wywoływać u niej tylko uśmiech politowania, ale wielokroć pomaga w trudnych sytuacjach. Powiedzmy, że o ile w walce o szczęśliwe życie jest mało skuteczny, o tyle jego posiadanie daje pewne złudne poczucie bezpieczeństwa. Jest to oczywiście bezkompromisowość, ściślej zaś jej uświadomienie i utkanie wokół quasi-ideologicznej siatki, które z kolei pozwala na idealizm - ostatnie schronienie wielu przegranych życiowo, a przede wszystkim uczuciowo nieudaczników.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W nastoletnim ujęciu, gdy młodość wydaje się stanem nieprzemijającym, ten bezkompromisowy idealizm przedstawia się prosto: jeśli kochać to księcia albo księżniczkę. Bardzo prawdopodobny fakt nieznalezienia na swej drodze takowych uzasadnia zarówno samotność, jak i niepowodzenia. Uwzniośla ból, usprawiedliwia jego zadawanie - w pogoni za ideą każdy idealista dokłada kilka cegiełek do nieidealnego świata, którym tak mocno gardzi. Może jednak kpić do woli ze związków ludzi skazanych na siebie, rozpaczliwie wybierających "coś" zamiast "niczego", z pseudo-dojrzałego dostrzeżenia wartości w smętnej opiece nad czyjąś samotnością w zamian za powierzenie pod opiekę samotności własnej, z chełpliwego "przynajmniej mam kogoś", przeciwstawionemu światu i w ten świat wpisującego się wersalikami, wkomponowanego niczym jeszcze jeden idealnie pasujący puzzel paskudnej mozaiki.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mój problem polegał na tym, że tę mityczną księżniczkę odnalazłem. I że nie zareagowałem, gdy moja księżniczka została opluta, dowodząc tym samym, że ta idealna miłość to tylko czcze i niewypowiedziane nigdy słowa. Zacząłem jednak widzieć w ordynarnym splunięciu na piękno coś więcej niż szczeniacki wybryk pozbawionego polotu kumpla. To było wybicie bezkompromisowości na jeszcze wyższy poziom, transponowanie jej na niebotyczny pułap. To było nic innego, jak wzgardzenie gwiazdami z zawieszonych ponad nimi sfer. Oczywiście, że motorem czynu kolegi były frustracja i strach, bądź co bądź Rafał zareagował, jak ktoś znający sztuki walki w chwili ataku: w ostatnim momencie uprzedził cios. Nie od dziś wiadomo, że wielu głupców ma świetnie rozwinięty instynkt samozachowawczy i sprytnie unika zagrożenia, gdy inteligenci kroczą dumnie w ogień.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Koniec końców pragnąłem spłonąć i postanowiłem - albo Tatiana, albo żadna, ona albo żałosna samotność, a chłodny stosunek do okazujących mi nieśmiało przychylność koleżanek, utwierdzał mnie w przeświadczeniu, że jestem wobec siebie szczery, choć w gruncie rzeczy pewnie całą misternie utkaną siatkę bezkompromisowości i wierności wybranej raz na zawsze gwieździe trafiłby szlag, gdyby któraś z dziewcząt miała choć cień uroku tej jedynej - miłości, namiętności, onanistycznej fantazji.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Na wycieczkę pojechaliśmy w góry, do Zakopanego. Pogoda się nie udała: od kilku dni padał deszcz, a prognozy nie napawały optymizmem, niemniej jednak rozpierała mnie radość i pewność, że coś wreszcie musi się stać, coś doniosłego i ekscytującego. Tę świadomość chyba podzielali również inni - nigdy dotąd nie widziałem wśród znajomych tylu uśmiechniętych twarzy (uśmiechniętych zwyczajnym, nie szyderczym uśmiechem), a gwar rozmów wypełniających autobus wydawał się jakiś inny niż ten śródlekcyjny, podobnie jak ciepła, niewymuszona wesołość.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przed wyjazdem kupiłem i wepchnąłem do plecaka półlitrową butelkę wódki. Podobnie miał zrobić Rafał, ale zgodnie z moimi przypuszczeniami zbytnio bał się rzekomych rewizji, a wolał nie pogrążać się w oczach wychowawczyni, skoro jego przejście do następnej klasy stało pod znakiem zapytania. Domek letniskowy składał się z czteroosobowych pokoi. Zamieszkałem z moim nieodłącznym towarzyszem Rafałem oraz przyjaźniącymi się od samego początku liceum Łukaszem i Darkiem. Wychowawczyni z ukontentowaniem musiała przyjąć taki zestaw mieszkańców, gdyż nie lubiła ani mnie, ani Rafała, pozostała dwójka należała zaś do jej pupili. Musiała tuszyć więc, że spokojni i dobrze uczący się koledzy utemperują nasze ewentualne ekscesy, swą niewątpliwą mądrością zneutralizują naszą ewidentną głupotę. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Deszcz nie przestawał padać, lecz grupka osób tuż po przyjeździe udała się wraz z wychowawczynią na niedalekie Krupówki. Zostałem w pokoju sam z Rafałem i postanowiliśmy zrobić obchód domku. Umożliwiał to długi balkon, wspólny dla wszystkich sąsiednich pomieszczeń. Pokój po naszej prawej stronie zajmowali pozostali chłopcy, ale po tej drugiej musiały już mieszkać dziewczyny. Balkonowe drzwi były uchylone, więc delikatnie zapukałem o szybę i, o losie, który czasem uśmiechasz się promiennie, usłyszałem najcudowniejszy ze znanych głosów, słodszy niż melasa. Weszliśmy do środka i usiedliśmy na wolnej kanapie. Obok Tatiany, która miała na sobie uroczą bladoróżową sukienkę i tradycyjnie czarne rajstopy, ujrzałem Paulinę i Ewę. Wiedziałem, że obu się podobam, ale teraz, zestawiając ich twarze z piękną buzią mojej bogini, mogłem tylko powtórzyć w myślach: ona albo żadna.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Rozmowa nie kleiła się zbytnio. Rafał stwierdził, że warto by zrobić wieczorem jakąś większą imprezę, Paulina przytaknęła skwapliwie, Ewa roześmiała się, jakby usłyszała świetny żart, i tylko Tatiana choćby jednym drgnieniem mięśnia twarzy nie zdradzała żadnych uczuć, czy to radości, czy znudzenia i irytacji, a po kilku minutach, nie wypowiadając ani słowa opuściła pokój. Zostawiłem Rafała, który zaczynał chyba coraz lepiej bawić się w towarzystwie dziewczyn, i wyszedłem na balkon. Wychowawczyni zapewniała, że będziemy mogli podziwiać z domku piękne widoki na góry, ale wokół rozciągała się tylko kotłowanina szarych chmur. Sunęły po niebie i wydawały się nie mieć końca, a deszcz jedynie  chwilami słabł, by zaraz ponownie się nasilić.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wieczorem zgodnie z zapowiedzią udaliśmy się do sąsiadek. Osobiście nie chciałem zabierać Łukasza i Darka, przystałem jednak na to, wiedząc, że przywieźli flaszkę wyborowej i dwie butelki wina domowej produkcji, dziewczyny zaś mogły nie mieć ochoty na wódkę. Zauważyłem, że Paulina i Ewa mocno się umalowały, założyły też krótkie, seksowne spódniczki, także ostatnia z mieszkanek pokoju, gruba Agata, musiała uznać imprezę za okazję do zaprezentowania swoich wdzięków, bo starannie uczesała włosy i ubrała się w bluzkę z dużym dekoltem, by uwydatnić swój największy i w zasadzie jedyny atut: obfity biust. Tylko Tatiana wyglądała tak jak zawsze, ale starające się zaprezentować atrakcyjnie choć przez jeden wieczór koleżanki i tak jawiły się pokraczne i pretensjonalne w blasku jej nienachalnej urody.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Impreza przebiegała bez większych uniesień czy atrakcji. Dziewczyny sączyły leniwie wino, chłopcy, z wyjątkiem Łukasza, wychylali co jakiś czas kieliszki. Marzyłem, by znalazło się dla mnie miejsce obok Tatiany, lecz ta usiadła niestety na uboczu, obok Agaty, zasłaniającej swym ciałem niemal całą postać mojej bogini. Na kanapie usadowiły przy mnie swe pośladki Paulina i Ewa, najbardziej gotowe do integracji, i kolejny raz zrozumiałem, że w takich newralgicznych sytuacjach to dziewczyny, a nie faceci wykazują się większym sprytem, i to do nich należy decydujący głos w wyborze partnera.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po opróżnieniu flaszki i butelki wina, wszyscy mieli już nieco w czubie. Najbardziej chyba Paulina, która wybuchała co chwila głośnym śmiechem, i wyrzucała z siebie chaotyczne słowa, układające się w niezrozumiałe dla nikogo zdania. Łukasz i Darek zamilkli i zauważyłem, że mają dość alkoholu i najchętniej położyliby się do łóżka. Nieźle trzymał się Rafał, ale od dłuższego czasu odmawiał wypicia następnej kolejki. Kątem oka zerkałem na Tatianę, lecz ona nie zdradzała póki co upojenia. Zachowywała się wciąż tak samo wyniośle i chłodno, i tylko zaróżowiły jej się nieco policzki, a oczy błyszczały bardziej niż zazwyczaj.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Rozanielona Paulina zaproponowała, byśmy tańczyli. Nie miałem wprawdzie ochoty na żadne wygibasy, ale była to szansa na zmianę zajmowanego miejsca i zbliżenie się do Tatiany, więc udając entuzjazm chwyciłem w pasie coraz bardziej klejącą się do mnie Paulinę i zaczęliśmy pląsać w rytm lecącej z odtwarzacza dyskotekowej muzyki. Dostrzegłem, że Rafał zbliża się do Tatiany i wyciąga do niej rękę, lecz zaraz odetchnąłem z ulgą, widząc, że ta stanowczym gestem odmawia, a on, z braku laku, podchodzi do Ewy i to ją zaprasza do tańca. Idiota, mógł zabrać w tany grubą Agatę, na której miejsce tuż przy mojej bogini polowałem. Spojrzałem jeszcze z naiwną nadzieją na Łukasza i Darka, ale oni siedzieli sztywno i tępo spoglądali przed siebie. Zrezygnowany, wróciłem na swoje miejsce i wychyliłem kolejny kieliszek, a potem jeszcze jeden, i następny. Czułem się już pijany i wieczór wymykał mi się spod kontroli, ale wszystko, łącznie z moją księżniczką, zaczynało wydawać się obojętne i pozbawione większego znaczenia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Całą grupką udaliśmy się na parter, gdzie zebrała się większość klasy: grała głośna muzyka, kilka dziewczyn tańczyło w kółeczku, reszta przesiadywała na poupychanych w rogach fotelach i kanapach. Na środku pomieszczenia znajdował się stół bilardowy, więc sięgnąłem po kij i nieudolnie uderzyłem w pierwszą z brzegu bilę. Paulina aż zakrztusiła się ze śmiechu i oznajmiła, że teraz ona spróbuje. Pchnięta przez nią bila podskakiwała figlarnie po stole, po czym spadła na podłogę. Podniosłem ją i w przypływie agresji i bezsilności cisnąłem o stół: odbiła się i trafiła jedną z gapiących się dziewczyn w głowę. Paulina aż zatoczyła się ze śmiechu, sięgnęła po dwie bile i rzuciła w moim kierunku. Chwilę potem kule przelatywały przez pokój we wszystkich kierunkach, wśród eksplozji radości, skrywających frustrację i niemoc.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przypomniałem sobie o Tatianie. Przebiegłem szybko oczami przez salę, ale jej nie zauważyłem, więc skierowałem się na piętro. Ewa i Paulina, mimo że pijane, nie opuszczały mnie ani na krok. Pod drzwiami ich pokoju zastaliśmy samotną Agatę. Na pytanie, czemu stoi pod drzwiami, uśmiechnęła się kwaśno i zaproponowała, bym wszedł do środka. Tchnięty złym przeczuciem, szarpnąłem nerwowo klamkę. To, co zobaczyłem sprawiło, że momentalnie wytrzeźwiałem: Rafał i Tatiana całowali się na łóżku, spleceni w namiętnym uścisku. Stałem i gapiłem się jak debil, nie mając pojęcia, co zrobić. Tak, ten wieczór zdecydowanie wymknął mi się spod kontroli. Dopiero po ciągnących się w nieskończoność kilkunastu sekundach przerwali pocałunek. Rafał spojrzał na mnie i okropnie słodkim, melodyjnym  głosem, którym zapewne wygłosił tandetne komplementy, a teraz chyba zapomniał wymienić na swój zwykły, kpiący i chrapliwy, powiedział:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Idź stąd... widzisz, że chcemy być sami.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Spojrzałem jeszcze z żałosną pretensją na Tatianę, jakby łączyła nas jakaś niewypowiedziana nigdy przysięga, którą teraz złamała, ale jej twarz, zawsze dla mnie chłodna i wyniosła, uśmiechała się lekko i wyrażała właśnie to pragnienie: chcą zostać sami. Wódka, pomyślałem. Druga, dopiero napoczęta flaszka stała na stole, więc chwyciłem ją z nadzieją, że jednak nie zwariuję. W towarzystwie trzech dziewczyn udałem się do swojego pokoju. Chichot Pauliny, prawdopodobnie przekonanej, że zaraz pójdziemy za przykładem Tatiany i Rafała, i zaczniemy się całować i dotykać, doprowadzał mnie do szału. Pozostali współlokatorzy już grzecznie stali. Nie odpowiadając na pytania towarzyszek, co mi się stało, wychyliłem kilka kieliszków z rzędu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Alkohol dziwnie na mnie działał: twarze dziewczyn, które na co dzień wydawały się nijakie, estetycznie neutralne, teraz jawiły się karykaturalnie szpetne, wulgarnie odrażające. Gdy Paulina znienacka usiadła mi na kolanach, chyba chcąc uprzedzić koleżanki i dać im do zrozumienia, że ten chłopak jest już zajęty, poczułem dojmującą żałość ludzkich uczuć, pragnień i całego świata. Niechętnie objąłem dziewczynę prawą ręką, a lewą wcisnąłem między jej uda. Nie protestowała, uznała ten gest za przypływ namiętności. Zbliżyła do mnie twarz, chyba łudząc się, że teraz czas na pocałunek, ale wtedy jej brzydota znów na mnie natarła z całą mocą i przypomniałem sobie o jedynej obronie w takich żenujących chwilach: bezkompromisowości i jej wycelowanym przeciw światu ostrzu, idealizmie. Bez słowa zdjąłem Paulinę z kolan i sięgnąłem po kieliszek.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wódka sprawiła, że myśli, choć mało optymistyczne, zaczęły przyjemnie tężeć. Zrozumiałem: w żadnym innym aspekcie ten świat nie jest ułożony tak źle, jak w miłości. Miłości, która powinna przecież układać to, co bezładne i brzydkie, w urzekającą kunsztem szczegółów i barwami mozaikę. Słowem, tej miłości, dzięki której chaotyczny, bezkształtny świat, wydaje się, jak dotąd mniemałem, jeśli nawet nie piękny i cudowny, to chociaż uchwytny i znośny. Tymczasem Tatiana, ta moja bogini ze snów, znajdowała się teraz w ramionach głupka i hipokryty, który splunął na jej cudowną twarz, a dziś karmił zapewne pięknymi słowami, ociekającymi wręcz fałszem. Ja zaś zostałem z butelką wódki i trzema brzydkimi dziewczynami. Szyderczy los pokazywał mi wachlarz dostępnych możliwości. Deszcz znów się wzmógł i obmywał szyby, a ja nie miałem wątpliwości, nad kim to niebiosa mogą użalać się tego parszywego wieczoru.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kolejne dni dłużyły się niemiłosiernie. Choć bez przerwy siąpiło, udawałem się wraz z wychowawczynią i grupką najwytrwalszych kolegów na górskie szlaki, tylko po to, żeby nie natykać się w domku na Łukasza i Tatianę. Poza tym odkryłem, że takie spacery skutecznie lecą kaca. Wieczorami piłem samotnie piwo - nawet moja wielbicielka Paulina doszła do wniosku, że szkoda czasu dla takiego ponuraka.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ostatniego dnia współlokatorzy przyszykowali większą imprezę, na której stawiło się kilka dziewczyn, ale nie miałem najmniejszej ochoty na wspólną zabawę. Skończyło się zresztą mało przyjemnie, bo Ewa i Darek przesadzili z alkoholem i jeszcze przed północą zarzygali pół pokoju, wpadła wściekła wychowawczyni i tylko fakt, iż głównym sprawcą byłem nie ja ani Łukasz, ale jej pupilek, sprawił, że ukręciła sprawie łeb.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W dniu wyjazdu wreszcie wyszło słońce i ukazał się ten wspaniały widok gór. Udałem się na balkon, lecz nie potrafiłem się zachwycić. Te szczyty drażniły mnie, przytłaczały, przywodziły na myśl to, co nieosiągalne.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Gdy wszyscy byliśmy już spakowani i gotowi do odjazdu, wyszła na jaw jeszcze jedna afera: właściciele domu nie doszukali się wszystkich kul bilardowych. Cała klasa na czele z wychowawczynią przeczesywała parter, a potem także okoliczne krzaki w poszukiwaniu bil, gdyż właściciele oznajmili, że nie puszczą nas, dopóki brakujące dwie kule się nie odnajdą. Wyglądało to przekomicznie i mimo ponaglań nauczycielki nie zamierzałem brać udziału w tej farsie. Pomyślałem, że o wiele łatwiej jest odnaleźć w tym świecie miłość i dopiero do tej gorzkiej myśli się uśmiechnąłem i bez wrogości spojrzałem na okoliczne szczyty.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tatiana zakochała się w Rafale - bez pamięci i bez wzajemności. Traktował ją jak szmatę.  Dziewczynę, którą należało czcić, ten głupek i hipokryta uosabiający idiotyczny i obłudny świat traktował jak pierwszą lepszą kurewkę. Z zaciśniętymi zębami wysłuchiwałem wszelkich aluzji do mojej bogini, których Rafał mi nie skąpił, nie zdając sobie sprawy z żywionych przeze mnie uczuć. Dowiedziałem się między innymi, że nie była dziewicą, że zaspokaja ustami z połykiem, nie stroni od seksu analnego, a najbardziej lubi być brana od tyłu. Z czasem te strzępy informacji o życiu seksualnym Tatiany i Rafała przestały mnie szokować. Nie wywoływały bezsilnej wściekłości, nie doprowadzały też do rozpaczy. Wizja piękności w ramionach tego obleśnego typa, świadomość, że ssie mu kutasa i chce być rżnięta jak suka, tworzyły wcale podniecający kontrast. Już nie onanizowałem się z myślą o lizaniu jej stóp. Wyobrażałem sobie, jak kumpel uprawia z nią ohydny, zwierzęcy seks, jak ją upokarza, jak kończy na jej ślicznej buzi, na którą niegdyś splunął. Idealny obraz anioła pierzchnął, ale nie przestałem bynajmniej Tatiany kochać. Ba, odnosiłem wrażenie, że z każdą usłyszaną o niej plugawą wiadomością, kocham ją jeszcze mocniej i wzbudza we mnie coraz większą czułość. Nawożona szyderstwem, podlewana zimną obojętnością, moja miłość rozkwitała. Nie, nie porównałbym jej do pięknego kwiatu, raczej do trującej rośliny, wybierającej sobie na siedlisko możliwie najtrudniejsze warunki wegetacji. Wielka miłość wzrasta w odosobnieniu - delektowałem się tym pozornym paradoksem. Rozkwita najchętniej na nieużytkach beznadziei. Wyobrażałem sobie samotną, pnąca się uparcie w poszukiwaniu światła pospolitą łopuchę na rozciągających się ugorach - tak właśnie wyglądało moje uczucie do Tatiany. Sądziłem, że wygląda tak każda prawdziwa miłość. Mimo że należy do zwyczajnego gatunku, wzrasta niespodziewanie i na przekór okolicznościom, dzięki czemu jest zjawiskowa i rości sobie pretensje do wyjątkowości. I choć zdawałem sobie sprawę, że mój anioł okazał się może nie tyle kurewką, co dziewczyną o dość wybujałej seksualności i lekkim do niej podejściu, byłem gotów złożyć Tatianie, nawet dopiero co zerżniętej w każdą z dziur, należny bogini hołd, całując centymetr po centymetrze skalane przez namiętności ciało.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Póki co jedyną dostępną mi przyjemnością o pewnym perwersyjnym odcieniu było obserwowanie, jak jej związek dogorywa i jak cierpi. Rafał nie miał dla niej czasu, tym bardziej, że nagliły go bardziej doniosłe sprawy: praktycznie rozstrzygnięte zostało, że będzie musiał powtarzać klasę, a co za tym idzie, postanowił przenieść się do liceum na drugim krańcu miasta, które, jak głosiła zachęcająca go fama, ukończy nawet najgorszy osioł. Podczas rozdania świadectw, obserwowałem  na wskroś teatralną scenę ich rozstania. On coś mówił, ona potrząsała nerwowo głową i rzucała mu się w ramiona, on głaskał ją od niechcenia po włosach i odpychał, ona przytupywała nogą jak mała dziewczynka, on wywracał oczami, ona znów chciała się przytulać, on spojrzał na zegarek, powiedział coś i jak gdyby nigdy nic odszedł, ona została sama na środku placu przed szkołą, nareszcie sama, spoglądała jeszcze całą minutę w jego kierunku, po czym ze spuszczoną głową udała się wolnym krokiem w stronę przystanku. Wracaliśmy tym samym autobusem, lecz nie miałem odwagi (który to już raz?), by się do niej zbliżyć. Zauważyłem, że jest zapłakana i co chwila przeciera chusteczką oczy. Chyba pierwszy raz widziałem ją wyzutą zwykłej dostojności i polarnego chłodu dla otoczenia, emanującego z posągowej twarzy. Rozpacz dziewczyny sprzęgła się z moim szczęściem, wynikającym z odrodzenia nadziei na ponowne usadzenie bogini na należnym tronie. Przed zaśnięciem znów wyobrażałem sobie, że całuję jej odziane w czarne rajstopy nogi. Nie onanizowałem się, pragnąłem trwać w tym podnieceniu u wyimaginowanych stóp Tatiany na zawsze.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podczas wakacji straciłem dziewictwo. Gabrysia była trzy lata starsza i mieszkała przecznicę ode mnie, co stanowiło jej największą zaletę. Jedyną istotną wadą był w gruncie rzeczy wygląd: miała krótko ścięte włosy o kolorze siana, piegowatą twarz, zabawnie cofnięty podbródek i w ogólności nie kwalifikowała się w żadnym wypadku do miana dziewczyny ładnej. Dostała się właśnie na medycynę i snuła wielkie plany z lekarską przyszłością. Twierdziła, że kocha dzieci i chciałaby zostać pediatrą, by im pomagać. Namiętnie wspominała też po każdym stosunku własne dzieciństwo, w którym przewijała się toksyczna matka i ojciec alkoholik, dzięki Bogu od kilku lat niepijący.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Sprzedałem zatem ideę, wierność i bezkompromisowość za bezcen. Za to, by mieć ten cholerny pierwszy raz z głowy. I cóż, muszę powiedzieć, że poczułem wielką ulgę. Odbyłem te kilkanaście pionierskich stosunków wyłącznie dla celów statystycznych i, powiedzmy, badawczych, w myśl hasła, że doświadczenia winno się przeprowadzać na istotach lichych. Czułbym się rozczarowany, gdyby nie świadomość, że ten prawdziwy, wyczekiwany pierwszy raz, który przyniesie nie ulgę i garść informacji o kobiecej anatomii, lecz bezkresną przyjemność, dopiero przede mną. W tym sensie nie czułem, żebym Tatianę zdradził, w tym sensie dalej byłem niewinnym prawiczkiem czekającym na tę jedyną. Tym bardziej, że kochając się z Gabrysią, zamykałem oczy i wyobrażałem sobie Tatianę, a raz nawet nakłoniłem przyjaciółkę, by wdziała na nogi czarne rajstopy, następnie zaś rzuciłem się jak głupi do jej stóp i obsypałem je pocałunkami. Żal mi było dziewczyny - po tym epizodzie naprawdę mnie polubiła, ja natomiast zrozumiałem ze smutkiem, że w zwykłych okolicznościach nigdy nie otrzymałaby od żadnego mężczyzny podobnego hołdu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dwa tygodnie przed rozpoczęciem roku szkolnego oznajmiłem Gabrysi, że nasza dalsza znajomość nie ma sensu, a żeby dodać dozy dramaturgii, nadmieniłem zgodnie z prawdą, że kocham do szaleństwa inną. Spodziewałem się krzyku i łez, ale nic takiego nie nastąpiło: Gabrysia skinęła tylko głową i z wysilonym uśmiechem powiedziała, że rozumie i jeśli zmienię zdanie, to ona może zaczekać. Było jej piekielnie smutno, ale zachowywała zimną krew i nie miała zamiaru nic mi wyrzucać. Życie musiało ją już zahartować w podobnych sytuacjach, odrzucenie było refrenem, który przylgnął do niego jak głupia, lecz chwytliwa melodia. Być może uznała, że ta wakacyjna miłostka jest wszystkim, na co zasługuje, a pocałunki złożone na jej stopach należały do odległego snu: kiedyś musiało nastąpić przebudzenie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Szybko zapomniałem o pierwszej kochance i niecierpliwie odliczałem dni do rozpoczęcia roku szkolnego. Zastanawiałem się, jaka będzie Tatiana. Czy ta głupia miłość do Rafała odcisnęła na niej piętno? Czy wróci do swojej wyniosłej, wionącej polarnym chłodem pozy, którą przybierała nieodmiennie, gdy wyobrażałem sobie, że padam do jej stóp? A może Rafał, raniąc ją, zdarł z niej ostatecznie maskę obojętności wobec całego świata.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Już pierwszego dnia szkoły dostrzegłem Tatianę w jadącym do szkoły autobusie. Wsiadłem do niego tylnymi drzwiami, ona zaś siedziała w środku, z twarzą zwróconą do mnie, w białej bluzce, czarnej spódniczce i, tego nie widziałem, ale nie miałem wątpliwości, czarnych rajstopach na nogach. Dostrzegła mnie, uśmiechnęła się uśmiechem, który w zawodach polegających na przyjmowaniu klientów określa się mianem służbowego, i skinęła głową. Chciałem się do niej przedrzeć, ale w zatłoczonym autobusie nie miałem na to najmniejszych szans. Wysiadając zastanawiałem się, czy na mnie zaczeka. Celowo przepuściłem większość osób i wyszedłem na zewnątrz na szarym końcu. Nie, nie zaczekała, skierowała się w stronę szkoły, lecz szła wolniej niż inni i wkrótce musiałem zrównać się z nią krokiem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Cześć, Tatiana - rzuciłem za jej plecami, zdziwiony, że głos nie więźnie mi jak zwykle w gardle.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- O, cześć. Ale szkoda, że już koniec wakacji, co?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Szkoda, szkoda. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką katorgą były te dni bez ciebie i jak pragnąłem cię znów zobaczyć. Jej promienny uśmiech sprawił, że zakręciło mi się w głowie. Kiedy ostatnio uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie? Przebiegłem przez wspomnienia i wyglądało na to, że dokładnie rok temu, wtedy, gdy pierwszego dnia szkoły wyłoniła się z zimnego świata niczym anioł, by zaraz potem rozwiać ledwie zrodzone złudzenia.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W czasie wakacji zastanawiałem się przez wiele godzin, jak może wyglądać, jak się zachowywać, ale jedno nie przyszło mi na myśl: okaże się jeszcze piękniejsza niż w moich fantazjach. O dziwo jednak nie traciłem kontenansu i rozmawiało mi się z nią płynnie jak nigdy dotąd. Nie miałem bladego pojęcia, jaka jest tego przyczyna. Fakt, że już nie jestem prawiczkiem? A może coś w jej postawie się zmieniło? Nie, choć uśmiechnęła się promiennie na powitanie, zachowała ten sam chłodny dystans i roztaczała wokół tę samą, mimowolnie żądającą hołdu, aurę. A może szczątkowa wiedza o jej seksualnych upodobaniach sprawiła, że przestałem ją traktować niczym istotę z innego świata? Spójrz tylko, pomyślałem: te cudowne usta ssały fiuta, a potem połknęły tryskającą z niego spermę. I momentalnie poczułem, że penis chce rozerwać mi spodnie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tego dnia chyba zbyt mocno uwierzyłem w siebie i spełnienie marzeń, bo wkrótce popełniłem kardynalny błąd. Nie, nie byłem na tyle głupi, by wyznać jej uczucia. Zaprosiłem Tatianę jak gdyby nic na spotkanie. Tak właśnie powiedziałem - "może spotkalibyśmy się gdzieś na mieście". Przygryzłem się w język i nie dodałem, że "mam ci tyle do powiedzenia", co byłoby równoznaczne z wyjawieniem skrywanej  miłości (czy ona naprawdę nie wiedziała, że kocham ją do szaleństwa? - naprawdę, trudno mi było w tak rażącą niespostrzegawczość Tatiany uwierzyć). Wcale nie planowałem, że zaproponuję jej randkę, ba, jestem skłonny uznać, że słowo poprzedziło myśl: najpierw usłyszałem słowa, które gdzieś tam trzymałem w zakamarku umysłu z przeznaczeniem na lepsze czasy, potem stwierdziłem zdumiony, że to mój głos i dopiero wtedy pomyślałem - właśnie zrobiłem to, zaprosiłem Tatianę na spotkanie w cztery oczy. Wcisnąłem to pytanie między jedną pogawędkę o niczym a kolejną, według wszelkiego prawdopodobieństwa też nie tyczącą rzeczy doniosłych, gdy po lekcjach czekaliśmy na przystanku na autobus. No chyba, że by się zgodziła - wtedy,  przemknęło mi przez myśl, o tak, wtedy czekają nas już tylko tematy otchłannie głębokie, o sprawach zasadniczych. Czy aby na pewno? Niekoniecznie. Jeśli tylko powie "tak", raczej nic więcej nie będę mieć do powiedzenia, moje usta przylgną na wieki do jej stóp w podzięce za ten niezasłużony dar.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Oczywiście nie zgodziła się. Chyba po raz pierwszy w dziejach naszej znajomości utkwiła we mnie swe oczy, dotąd tylko ulotnie i bez większego zainteresowania prześlizgujące się przez moją postać, odwróciła twarz na drugą stronę ulicy i przez kilka, może dziesięć sekund spoglądała w dal w namyśle, po czym powróciła do mnie, ściągnęła usta ni to w wyrazie żalu, ni bezwzględności i pokręciła przecząco głową. Żadnego słowa, tylko ten wymowny gest. Nie ma możliwości, żebyśmy się póki co spotkali. Póki co! Być może sam dopisałem sobie w jej jednoznacznym i niepozostawiającym żadnej nadziei przeczeniu odkładające bezterminowo spełnienie marzeń "póki co". Ale przecież był namysł! Było kilka, może nawet dziesięć sekund wahania, i właśnie tego wahania miałem uczepić się przez najbliższe miesiące i w nim pokładać nadzieję, że owszem, nie spotkamy się i nie padnę do jej stóp, ale tylko póki co.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czyją matką jest nadzieja, nie trzeba powtarzać. Nasze relacje znów zatrzymały się na mało ambitnym formalno - koleżeńskim pułapie. Bliskość Tatiany już nie paraliżowała mnie jak wcześniej, ale podczas każdej rozmowy z nią, a te toczyliśmy praktycznie tylko w drodze do szkoły albo na przystanku, czułem się jak pies czyhający na ochłap. Dziewczyna chyba litowała się nade mną, bo od czasu feralnej propozycji była nieco bardziej przyjazna i oszczędzała mi dawnych tortur: z jej twarzy nie wionął polarny chłód, pozwalała wreszcie zbliżyć się do siebie na tej elementarnej, koleżeńskiej stopie, póki co, powtarzałem w myślach, póki co tylko na tej. Aplikowała mi za to inne, słodkie tortury: uśmieszki, przydługawe, taksujące spojrzenia, raz nawet chwyciła mnie znienacka za rękę. Patrzyła na zakochanego w niej faceta jak na ciekawe zjawisko przyrodnicze. I bawiła się nim, a szanse nieszczęśnika były warunkowane tym, jak długo i na ile ta zabawa sprawiać jej będzie przyjemność.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Druga klasa dłużyła się jak nudna telenowela. Odnosiłem wrażenie, że perypetie uczuciowe kolegów i koleżanek też coraz mocniej naśladowały idiotyczne tasiemce. Ktoś z kimś chodził, ktoś z kimś się przespał, ktoś zrywał, ktoś zdradzał, ale wszystko to było miałkie, pozbawione ciężaru i  znaczenia. Ot, usilne zawiązywanie akcji przez początkujących scenarzystów życia, bez jakiejkolwiek dbałości o przewodnią ideę. Co odbierało tym związkom sens? Nie miałem wątpliwości: to przebijająca się na pierwszy plan chęć posiadania, uchwytne i demokratyczne niby-spełnienie w drugiej osobie. Bez tak fascynującej w miłości woli zatraty i najmniejszej o nią obawy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tuż przed świętami doczekałem się upragnionej niegdyś tragedii, ale płonne były moje nadzieje, że naruszy ona fundamenty chłodnego świata. Dziewczyna z równoległej klasy, jeden z ulubionych obiektów kpin Łukasza z uwagi na pocętkowaną krostami twarz i wytrzeszczone niczym w nieustannej panice oczy, popełniła samobójstwo. Dyrektor był w szoku, że takie nieszczęście spotkało uczennicę naszej wspaniałej szkoły, ale wkrótce odetchnął z ulgą: dziewczyna ponoć zostawiła list pożegnalny, z którego dobitnie wynikało, że powodem targnięcia się na życie były wyłącznie problemy rodzinne. W dniu pogrzebu odwołano zajęcia, a większość klas, w tym nasza, udało się na nieodległy cmentarz. Na ulicy mijaliśmy grupki uczniów. Z usłyszanych strzępów rozmów wywnioskowałem, że większość próbuje przywołać obraz nieżyjącej nieszczęśnicy. Nie udawało im się: zmieniała to kolor włosów, to znów uczesanie, raz była niska, raz wysoka, zawsze się uśmiechała, coś ją ciągle dręczyło. Jej brzydka, upstrzona czerwonymi cętkami twarz zupełnie rozmazała się w kreślonych uparcie sprzecznych opisach, rozpłynęła się w niebycie i wreszcie przestała zwracać czyjąkolwiek uwagę. Być może właśnie o tym marzyła nieżyjąca dziewczyna.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po dwudziestu pięciu miesiącach objąłem wreszcie swe szczęście. Uchwyciłem swe marzenie, z myślą, że już nigdy nie wypuszczę go z rąk. Słowem, zatańczyłem z Tatianą, moją boginią, na półmetku. Dotychczas dziewczyna stroniła od wszelakich szkolnych uroczystości i sam fakt, że pojawiła się na imprezie wywołał już mój entuzjazm. Miała na sobie krótką turkusową sukienkę, upstrzoną połyskującymi cekinami, włosy uformowała w łagodne fale. Najbardziej ekscytujący był jednak fakt, że przybyła na półmetek bez osoby towarzyszącej. A więc nie miała chłopaka. Nie miała nawet przyjaciela czy zwykłego kolegi, z którym chciałaby się pokazać, pozorując przynajmniej posiadanie kogoś bliskiego. A może, podobnie jak ja, utkała wokół swej samotności siatkę bezkompromisowej ideologii?  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Za te kilka ulotnych minut, w trakcie których obejmowałem Tatianę, oddałbym do niedawna wszystko, ale bynajmniej mnie nie uszczęśliwiły, choć powinienem stwierdzić za klasykiem, że cała chwila rozkoszy to aż nadto na całe człowiecze życie. Ta chwila rozkoszy wyzwoliła jednak we mnie dotąd uśpioną żądzę posiadania. Owszem, nadal fantazjowałem o jej odzianych w czarne rajstopy nogach,  wiedząc i mając nadzieję, że Tatiana pozostanie w naszych powikłanych relacjach osobą bezspornie dominującą, ale zapragnąłem ją mieć tylko dla siebie. Komiczny przebłysk mocarstwowej ambicji sługi wobec swej pani. W tym sensie krótki taniec z Tatianą rozdrażnił mnie i rozchwiał emocjonalnie. Uderzył mnie czasowy kontrast incydentalnej, efemerycznej bliskości i przewlekłej tęsknoty. Czułem ten smutek i żałość jak po wybudzeniu z pięknego snu. W gruncie rzeczy to chwilowe uchwycenie szczęścia zdawało się zjawiskiem onirycznym: byłem na siebie wściekły, lecz nie potrafiłem przywołać żadnych szczegółów, które utwierdziłyby mnie samego w przekonaniu, że to zdarzyło się naprawdę i, co ważniejsze, należało do tego świata. Nie pamiętałem zapachu perfum Tatiany, nie potrafiłem przywołać jej mimiki, nie miałem nawet pojęcia, jaka muzyka grała w tle. Było tak, jakbym przespał najpiękniejsze chwile życia. Albo inaczej: w odurzeniu bliskością Tatiany, przetransponowałem nas w inną, daleką rzeczywistość. Teraz zaś pragnąłem tylko do tego odległego świata powrócić. Nie na kilka minut, lecz na zawsze. Aż ten znany do bólu świat stanie się czymś dalekim i nierealnym. Myślałem, zdając sobie sprawę z absurdalności swych ambitnych zamierzeń: miłość sprzęgnięta z żądzą posiadania jest właśnie pragnieniem wymiany światów i już w nim tkwi całe jej przekleństwo i przepowiednia tragicznego końca.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Późną jesienią zakochała się we mnie dziewczyna z jednej z niższych klas. Nigdy nie poznałem jej imienia ani nie zamieniłem z nią choćby słowa. Może nie olśniewała pięknem, ale była całkiem ładna: szczupła nastolatka z sięgającymi do ramion, lekko kręconymi, rudymi włosami. Zabawne były jej starania, by się do mnie zbliżyć. Na przerwach prawie nieustannie czułem na sobie jej spojrzenie, po lekcjach często wyczekiwała na mnie przed szkołą, niekiedy podążała w bezpiecznej odległości, gdy szedłem na przystanek.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dziwaczna miłość rudej dziewczyny nie sprawiała mi wcale przyjemności. Ba, czułem się jako obiekt fascynacji źle. Jakbym otrzymał błędnie zaadresowaną korespondencję. Jednocześnie próbowałem zrozumieć na jej przykładzie mechanizm chorej, urojonej miłości. Ujrzeć w rudej dziewczynie i jej nieudolnych zabiegach samego siebie. Takim, jaki byłem pewnie w oczach Tatiany. Wnioski były ponure. Kto kocha prawdziwą (czyli chorą tudzież urojoną) miłością, nie jest godny szacunku. Można nim się bawić, oglądać w jego oczach własną wyidealizowaną postać, lecz nie można traktować go poważnie. Kto swoją postawą wykrzykuje miłość, prosi się o cierpienie, które na pewno kiedyś trzyma. I wreszcie: ta gorąca, prawdziwa miłość, choć wiele mdłych uczuć do niej aspiruje, jest tak rzadka i osobliwa, że budzi strach: kochający nie daje kochanej osobie żadnych szans na wzajemność.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Raz na śródlekcyjnej przerwie jej koleżanka wcisnęła mi wyrwaną z notatnika, pachnącą słodkimi perfumami karteczkę z własnoręcznie wypisanym wyznaniem dziewczyny. Żadnej propozycji, żadnego pytania, tylko ta sucha deklaracja. "Kocham cię", zamykające sprawę. Może zatem myliłem się i wcale nie chciała się do mnie zbliżyć ani mnie poznać. Jej uczucie jakby żywiło się samym sobą i nie miało żadnej ochoty wykroczyć poza granicę platonicznej fascynacji. Było samowystarczalne.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Może przypuszczała, że jeśli zbliży się do mnie, całe piękno jej zauroczenia pryśnie. Byłem dla niej abstrakcyjnym punktem odniesienia, a zarazem oparciem dla bezkompromisowości. Wyznanie uczucia stanowiło dla rudej dziewczyny jego ostateczne spełnienie. Instynkt samozachowawczy nakazał jej zachować dystans i nie zrobić ani kroku dalej.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tylko raz widziałem ją z bliska, gdy przypadkowo natknęliśmy się na siebie pod szkolnym sklepikiem. Wytrzeszczyła oczy, jakby ujrzała zjawę. Patrzyłem na nią i kompletnie nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Roześmiać się szkaradnym śmiechem? Odezwać się, jak gdyby nigdy nic? Odejść? A może zachować zimną wyniosłość Tatiany. Ostatecznie uśmiechnąłem się do niej wymuszonym uśmiechem. Ten uśmiech chyba ją przestraszył, a może roztrzaskał na kawałki mój wyidealizowany obraz, bo odwróciła twarz i odeszła w panice szybkim krokiem.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nigdy potem jej nie widziałem. Może zmieniła szkołę, wyprowadziła się, a może przepadła, rozpłynęła się niczym chimera, podobnie jak jej zrodzone tylko na chwilę, nonsensowne uczucie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Być może, myślałem, los podesłał mi rudą dziewczynę, by udzieliła mi przestrogi. Żebym jeszcze zatrzymał się i nie kroczył dumnie w ogień. Ale ja chciałem przecież iść, chciałem spłonąć. Ale ja chciałem kochać, choćby nieszczęśliwie i bez żadnej nadziei. Nawet jeśli ostrze idealizmu wycelowane buńczucznie w ten nieidealny świat, kierowało się na mnie, i to mnie według wszelkiego prawdopodobieństwa miało zrobić krzywdę. Jeśli cierpienie ma moc kreślenia wyrazistych konturów jestestwa, tak i moja miłość zyskiwała w niespełnieniu ciężar. Tożsamość zlała się w jedno z bezkompromisowością, bezkompromisowość w miłość, miłość miała tylko jedną twarz: twarz Tatiany. Zdradzając ją, zdradziłbym przede wszystkim siebie, wyrzucenie jej z pamięci stanowiłoby bunt przeciw samemu sobie, niezgodę na własne ja.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Póki co jednak wciąż nasze relacje były stricte koleżeńskie i to "póki co", którego uczepiłem się po tym, jak Tatiana odmówiła randki, zdawało się tworzyć betonowy, coraz wyższy, możliwe, że już nieprzekraczalny mur - jakby każdy dzień zwłoki dokładał kilka cegiełek. Postanowiłem jednak, że nie ponowię ataku, dopóki nie wyczuję jakiejkolwiek szansy powodzenia. Nie chciałem, aby moje uczucia zaczęły mówić błagalnym głosem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mur runął tuż po zimowych feriach, runął niespodziewanie i bez żadnych starań z mojej strony. Podczas jałowej pogawędki na naszej jedynej trasie między przystankiem a szkołą, Tatiana zaprosiła mnie na imprezę z okazji osiemnastych urodzin. W tym jeszcze nie było nic szczególnie ekscytującego, ale gdy spytałem, dla podtrzymania tematu, jak wielka będzie ta impreza i czy zaprasza całą klasę, dziewczyna odparła niespodziewanie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Nie będzie nikogo z klasy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dodała, że planuje zorganizować przyjęcie we własnym domu, dobrze się składa, bo rodzice wyjeżdżają akurat na spóźnione wakacje, ale to wszystko było dla mnie mało istotne. Upajałem się myślą, że zostałem wybrany. Nie będzie nikogo. Tylko ja. Wybraniec, jeden spośród milionów. Z nią, przy niej, u jej upragnionych stóp.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Czyli zapraszasz tylko mnie? - chyba ten fakt do mnie nie docierał albo wietrzyłem jakiś podstęp.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Tak - odpowiedziała, lekko znudzona, jakbym zmuszał ja do powtarzania oczywistości. - Tylko ciebie z klasy. Chciałabym bardzo, żebyś przyszedł. To będzie mała impreza. Taka kameralna...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W piwnych oczach Tatiany dostrzegłem coś dziwnego i złowrogiego. Coś, co uznałem za piękną, zbyt piękną, obietnicę. Przestrzeń ukazująca się po zburzeniu muru była rozległa i kusiła wielością ścieżek, z których większość musiała prowadzić donikąd. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Miałem spory problem z wyborem upominku dla Tatiany. Ja, który chciałbym złożyć u jej stóp wszystko, co posiadam, teraz, w konkretnej sytuacji nie wiedziałem, jaką jedną rzecz mógłbym jej ofiarować. Biżuterię? Zbyt pretensjonalna. Czarne rajstopy do kolekcji? Zbyt ordynarne. Maskotkę,  przywodzącą na myśl minione, niewinne lata? Głupi pomysł, mogłaby doszukać się w niej złośliwej aluzji. Kosmetyki? Żebym jeszcze wiedział, jakich używa. Ostatecznie, uznając, że Tatiana nie należy do dziewczyn, które zdobywa się wyszukanymi prezentami, zdecydowałem się na kupno trywialnego bukietu osiemnastu herbacianych róż i butelki dobrego koniaku.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W dniu urodzin Tatiany, a ściślej w dniu zaplanowanej imprezy, bo nie wiedziałem nawet, czy pokrywa się ona dokładnie z rocznicą jej przyjścia na świat, pogoda od rana była paskudna: wiał porywisty wiatr i co chwila zacinał deszcz ze śniegiem. Ubrałem się zwyczajnie, w dżinsy i koszulę, na nią zarzuciłem zimową kurtkę z kapturem. Koniak upchałem z trudem do jednej z kieszeni kurtki, kwiaty owinąłem starannie ze wszystkich stron folią, którą zamierzałem zdjąć i wyrzucić dopiero nieopodal jej domu, a póki co miała chronić bukiet przed deszczem, skoro nie zamierzałem zabrać parasola, i wziąłem do ręki.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W dzielnicy, gdzie mieszkała Tatiana, nigdy wcześniej nie bywałem. Jej dom znajdował się na obrzeżach miasta: najpierw musiałem dojechać do centrum, a stamtąd złapać autobus kursujący do podmiejskiej wsi i wysiąść na szóstym przystanku. Kilka dni wcześniej dziewczyna podała mi godzinę, o której jest ostatni, wieczorny kurs, ale oczywiście jej nie zapamiętałem i z lekką obawą spojrzałem na przybitą do przystanku tabliczkę. Miałem szczęście, autobus miał odjechać dopiero za dwadzieścia minut.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Odliczając kolejne przystanki, myślałem o jednym: po wręczeniu kwiatów i złożeniu życzeń, powinienem ją pocałować. Nie zastanawiałem się nad treścią życzeń, choć przypuszczałem, że na poczekaniu nie wymyślę nic oryginalnego i skończy się szablonową wiązanką o szczęściu, pomyślności, zdrowiu i wszystkim, co najlepsze, ale ten moment, kiedy będę ją musiał pocałować, ekscytował mnie i przerażał zarazem. Próbowałem wyobrazić sobie, jak zbliżam usta do jej policzków, ale nijak mi się nie udawało. W ogóle nigdy nie lubiłem tej ceremonii towarzyszących życzeniom całusów i odnosiłem wrażenie, że zwyczajnie nie umiem ot tak cmoknąć kogoś w twarz bez dziwnego, erotycznego napięcia. A teraz miałem ot tak cmoknąć moją miłość i jedyną seksualną fascynację. Tysiąc wyobrażeń o lizaniu jej stóp bynajmniej nie ułatwiało zadania.  Żałowałem, że dla dodania rezonu nie strzeliłem jeszcze w domu kilku kielichów. Strzemiennych na pożegnanie z zimnym światem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zgodnie z instrukcją Tatiany, po drugiej stronie, dokładnie vis a vis przystanku, na którym wysiadłem, odbijała od głównej arterii niewielka uliczka. Obsadzona była szpalerem młodych wierzb, ich bezlistne gałęzie celowały w niebo w mdłym świetle rozsiewanym przez nieliczne latarnie. Deszcz nieco zelżał, ale po całodziennych opadach droga roiła się od kałuż i ostrożnie stawiałem każdy krok. I tak będę wyglądał jak zbity pies, myślałem, ale wolałem, by ubłocone buciory nie skompletowały nędznego obrazu. Dom Tatiany miał być dziesiątym po lewej stronie ulicy. Nie podała mi po prostu adresu, tylko kilka wskazówek, jakbym szykował się do wyruszenia  na poszukiwanie skarbu. Przystanąłem przy ósmym budynku i delikatnie odwinąłem folię z bukietu, bacząc, by nie połamać żadnej z róż. Jak na złość, gdy tylko zatrzasnąłem klapę kosza na śmieci, znów zerwał się wiatr i zaczął zacinać deszcz. Starając się osłonić swym ciałem kwiaty, doszedłem szybkim krokiem pod dom Tatiany. Był to zwyczajny dom jednorodzinny, jakich wiele na przedmieściu: otynkowany na łagodny beż, z jednym piętrem, tarasem i garażem. Tuż przed nim znajdował się dość spory ogród z kilkoma drzewami: dwoma świerkami, brzozą i chyba jabłonką.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Otrzepałem kurtkę i bukiet z kropli deszczu, zdjąłem kaptur i nacisnąłem dzwonek przy bramce. Przez tę paskudną pogodę niemal zapomniałem o czekającym mnie wyzwaniu: pocałowaniu Tatiany, mojej bogini. Nie czułem nawet zdenerwowania czy podniecenia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ukazała się w drzwiach po kilku chwilach, z parasolką w dłoni, w czerwonej sukience, narzuconej na plecy kurtce i, a jakże, czarnych rajstopach na nogach, po czym w kilkunastu uroczych podskokach  podbiegła pod bramkę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Chodź szybko - nakazała, otwierając furtkę. - Strasznie zimno.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ledwie znalazłem się na ganku, zacząłem wyrzucać z siebie sztampowe życzenia, ale Tatiana skrzywieniem ust i machnięciem ręką, dała do zrozumienia, że moja paplanina jest zbędna. Sięgnęła po wyciągnięty w jej kierunku bukiet i utkwiła we mnie oczy. Trwało to może trzy sekundy, trzy sekundy, przez które ewidentnie dawała mi szansę, żebym to zrobił, żebym odważył się zbliżyć do niej i ją pocałował. Zdecydowałem się wreszcie - dokładnie w sekundzie czwartej, gdy kpiący półuśmieszek wypłynął na jej twarz. Kiedy uczyniłem żałosny krok do przodu, ona zdążyła już odwrócić się do mnie tyłem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Chodź - rzuciła zza ramienia. - Nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nastrój w pokoju, do którego zaprowadziła mnie Tatiana, bardziej przypominał stypę niż imprezę urodzinową. Przy dwóch złączonych niezbyt precyzyjnie stołach siedziało kilku, bodajże sześciu facetów i dwie dziewczyny. Dziewczyny rozprawiały o czymś zapamiętale, często chichocząc, natomiast reszta siedziała w milczeniu. Wyglądało, że poza dwoma przyjaciółkami nikt z zaproszonych się nie zna. Chłopcy, ubrani w większości na czarno, co tylko potęgowało dziwacznie posępną aurę, zachowywali się sztywno, jakby znaleźli się tu z przymusu, służbowo. Przemknęło mi przez myśl, że każdy z nich jest w niej zadurzony. Zrobiła głupi żart, zapraszając na osiemnastkę tylko zakochanych w niej do szaleństwa amantów. Może przewidziała jakieś zawody? Cokolwiek to miałoby nie być, pragnąłem stanąć w szranki i walczyć o jej wdzięki do ostatniego tchu. I oczywiście byłem też gotów w razie potrzeby dać im wszystkim po mordzie, co stwierdziłem, przebiegając wzrokiem po ich szczupłych sylwetkach.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Na stole znajdowało się kilka salaterek z owocami - winogronami, bananami, brzoskwiniami, i talerze z rozmaitymi ciastkami, chipsami i orzeszkami. Były też oczywiście soki, napoje gazowane, kilka butelek wódki i wina. Ze stojącej na regale w rogu pomieszczenia wieży leciała rockowa muzyka: skończyło się "Open your eyes" Guano Apes, zaczęło "Join me in death" H. I. M. -a.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tatiana przedstawiła mnie zebranym, ale tylko siedzący najbliżej chłopak, krótko ostrzyżony blondyn, wstał i wyciągnął dłoń w geście powitania. Reszta skinęła ledwie głowami bądź uniosła od niechcenia ręce, a dwie kumoszki nawet na chwilę nie przerwały dysputy. Teraz odniosłem wrażenie, że prawie wszyscy są naćpani. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Postawiłem koniak na stole i usiadłem obok blondyna, tusząc, że to jedyna osoba na tej grobowej imprezie, z którą będę mógł się napić. I chyba się nie pomyliłem, bo Michał, tak miał na imię, od razu sięgnął po flaszkę i nalał mi kieliszek. Wychyliłem bez przepicia, przeżuwając jeszcze porażkę z pocałunkiem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Wypijesz jeszcze karniaka, bo się spóźniłeś - powiedział Michał.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Chętnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Miałem ochotę spytać go, skąd zna Tatianę, ale nie wiedzieć czemu nie chciałem znać odpowiedzi. Po wypiciu kilku kieliszków pogrzebowa atmosfera wokół przestała mi przeszkadzać. Rozmawiałem od niechcenia z Michałem o mało znaczących rzeczach i słuchałem muzyki - od dłuższego czasu leciała Metallica z niezbyt udanej płyty "Load", ale nie marudziłem: lepsze to niż jakieś disco. Nie zauważyłem nawet, kiedy zniknęła Tatiana, która na początku imprezy przechadzała się od gościa do gościa z drinkiem w dłoni, rzucała każdemu kilka słów, uśmiechała się i szła dalej. Pomyślałem, że ten uśmiech to jedyna atrakcja wieczoru - ale za to jaka!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wychyliłem kolejny kieliszek i przebiegłem jeszcze raz oczami po obecnych. Pojawiło się kilku chłopaków, których wcześniej nie widziałem, za to zniknęły gdzieś dwie przyjaciółki. Teraz w pokoju przy biesiadnym stole znajdowali się sami faceci, a ja nie miałem już wątpliwości, że to  dziwaczna gra Tatiany. Spoglądając na obmalowane niepewnością twarze zebranych doszedłem do wniosku, że wszyscy o tym wiedzą, ale nikt nie zna jeszcze ani jej reguł, ani celu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pomyślałem, że nie powinienem pod żadnym pozorem przeszarżować z alkoholem, ale z drugiej strony nie miałem nic lepszego do roboty niż opróżniać kolejne kieliszki. Gdy flaszka była już pusta, sięgnąłem po przyniesiony koniak i odtąd starałem się sączyć go jak najwolniej, lecz czułem, że tak czy inaczej upiję się tego wieczoru. Michał wyglądał już marnie, język plątał mu się coraz bardziej, a twarz zrobiła się czerwona jak sukienka nieobecnej. Upił ze szklanki łyk koniaku, zakrztusił się, przepił sokiem, i zwracając na mnie lekko kiwającą się facjatę, spytał:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Po co tu w ogóle przyszedłeś?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Dla Tatiany - odpowiedziałem bez namysłu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Chcesz ją?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Chcę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Spoglądał na mnie dłuższą chwilę jak na osobliwe, niebezpieczne zjawisko z mieszanką podziwu i politowania, po czym odwrócił twarz do stołu i pokiwał głową w ten sposób, w jaki kwituje się ludzką głupotę. Może czekał, aż zadam mu to samo pytanie, ale nie miałem ochoty. Co mnie obchodzi, kto jeszcze ją chce, kto o niej fantazjuje w bezsenne noce? Zapewne pragnie jej każdy zdrowy facet, i co z tego? Będzie moja, tylko moja. Wychyliłem szklankę do dna - teraz już na pewno byłem pijany. Z głośników popłynęła melodia "Don't speak" No Doubt, a gwar przy stole przewrotnie się zmógł, jakby w jednej chwili wszystkich naszła ochota, by otworzyć gębę, o coś spytać, coś ważnego powiedzieć. Niestety nie mogłem dorzucić kilku swoich słów: mój towarzysz Michał od dłuższego czasu nie wracał z ubikacji i przypuszczałem, że wymiotuje. W rogu pokoju mignęła mi jakaś dziewczyna, ale nie była to Tatiana, a jedna z przyjaciółek. Sięgnąłem po kilka chipsów i nalałem jeszcze jedną porcję koniaku. Wypiję i wyruszam na poszukiwania, postanowiłem.  Dotąd nikt nie zwracał na mnie uwagi, ale od dłuższego czasu miałem wrażenie, że kolejni goście taksują mnie intensywnymi spojrzeniami, nabrałem też przekonania, że przynajmniej część rozmów tyczy właśnie mnie. Znów wypadłem poza margines i wróciła ta paranoiczna wizja: jestem ja i oni, ja i cały świat. Jeszcze przed paroma godzinami nawet się nie znali, lecz teraz zwarli przeciwko mnie szyki, na niechęci i odtrąceniu zacieśniają między sobą więzi i budują ciepłe relacje. Do diabła, do diabła z wami wszystkimi! Do diabła z całym światem! Liczy się tylko ona, Tatiana. Która znikła, przepadła, rozpłynęła się, a być może też coś knuje do spółki z resztą. Dopiero teraz, na tę myśl, naprawdę się przeraziłem. Wybaczyłbym swej bogini wszystko, ale nie to, że wpisze się w ten świat.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="http://www.blogger.com/post-edit.g?blogID=6120938696594882244&amp;amp;postID=8563545560562958713" name="watch-headline-title"&gt;&lt;/a&gt; Zerknąłem na zegarek. Dochodziła już dziesiąta, po jubilatce ani śladu, a wszyscy siedzieli jak kołki, połączeni zmową milczenia. Miałem ochotę rozpaczliwie krzyczeć: Tatiana! Tatiana! Tatiana! Niechaj wyłoni się jak wtedy, pierwszego dnia, niczym miraż, zjawa, niczym pomocny anioł, zanim runę desperacko w przepaść. Niech wtargnie znienacka do tego zimnego świata i już nigdy mnie nie opuści, a ja obiecam, że nie będę chcieć nic więcej, jak tylko przylgnąć ustami do jej stóp. Odczekałem jeszcze kwadrans, może dłużej, bo czas, jak to po alkoholu, gwałtownie przyspieszał, wypiłem resztę koniaku ze szklanki i przy akompaniamencie "Tubthumping" Chumbawamby opuściłem pokój. Wydawało mi się, że gwar rozmów na tę chwilę przycichł i wszyscy odprowadzali mnie w skupieniu wzrokiem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Lekko zataczałem się, ale czułem się dobrze i rozpierała mnie energia. Korytarz tonął w mroku, tylko z jednego z pomieszczeń, które mogło być spiżarnią wylatywała przez uchylone drzwi wąska smuga światła. Dał się stamtąd słyszeć chichot dziewczyn, zapewne dwóch przyjaciółek. Rozmawiały o jakimś Darku: jedna zapewniała, że jest z niego ciacho i chętnie by się z nim umówiła, druga była przeciwnego zdania, ale każdą tezę puentowały wspólnym śmiechem. Zbliżając się do łazienki poczułem woń rzygowin, a zaraz potem, przy następnym kroku, poślizgnąłem się i omal nie wyrżnąłem na nie orła. Ubikacja też była zapaskudzona wymiocinami i w zasadzie nie dało się zbliżyć do sedesu bez postawienia w nich nogi, więc wyszczałem się do umywalki. Przejrzałem się w wiszącym nad nią lustrze: byłem nieco zarumieniony, ale wyglądałem całkiem nieźle. Przemyłem jeszcze twarz w zimnej wodzie i wyszedłem na zewnątrz. Stąpając na palcach udałem się wzdłuż korytarza. Przeszedłem obok znajdującej się przy łazience dużej kuchni i spiżarni, gdzie wciąż chichotały dwie przyjaciółki, tym razem rozmawiając żywo o niejakim Damianie. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi. Szarpnąłem bez namysłu klamkę, ale były zamknięte. Pewnie sypialnia rodziców, stwierdziłem. Kontynuując obchód, udałem się schodami na piętro. Według wszelkiego prawdopodobieństwa tam właśnie znajdował się pokój Tatiany.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Gdy człowiek stara się zachowywać bezszelestnie, zawsze niechcący narobi hałasu. Przynajmniej ja tak mam. Zahaczyłem nogą o zagięty róg wykładziny i ratując się przed upadkiem walnąłem o stojący w rogu przedpokoju regał. Odczekałem kilka chwil, ale usłyszałem tylko bicie własnego serca i ledwie dobiegającą muzykę z dołu - chyba "Listen to your heart" Roxette.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Z okropnym zgrzytem otworzyłem pierwsze drzwi, tuż przy nieszczęsnym regale: ukazały się prowadzące na górę, zapewne na strych i taras, schody. Żeby już nie robić zbędnego hałasu nie zamykałem ich, i udałem się przedpokojem, nadal szukając gniazdka Tatiany. Wzrok już przyzwyczaił się nieco do ciemności, ale wciąż poruszałem się z duszą na ramieniu, opierając jedną rękę o boazerię. Blada jasność doprowadziła mnie do dużego pomieszczenia bez drzwi, które mogłoby być jeszcze jednym pokojem gościnnym albo gabinetem. Na środku znajdował się duży stół, przy nim kilka krzeseł, w rogach dwa fotele, przy ścianach szafy i regały pełne książek. Był też barek i to właśnie do niego się zbliżyłem, przekręciłem tkwiący w zamku kluczyk i uśmiechnąłem się na widok opróżnionej do połowy, żurawinowej finlandii. Wziąłem ją i upiłem z gwinta duży łyk, momentalnie czując przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele i wypierające strach. Utkwiłem wzrok w wiszącym na ścianie obrazie: była to kunsztownie oprawiona fotografia ślubna jej rodziców. Ojciec wydał mi się mało wyrazisty. Miał ulizaną na bok grzywkę i rozciągał usta w kretyńsko wyglądającym uśmiechu, gapiąc się w kierunku fotografa. Matka wyglądała za to pięknie: jej smutny wyraz twarzy i spojrzenie zwrócone w bok, dziwnie kontrastowały z postacią męża. Jakby już w dniu ślubu znajdowali się na przeciwległych biegunach. On myślał w tej chwili o sprawach ulotnych, trywialnych, ona - zasadniczych i wiecznych. Posiadanie pięknej małżonki malowało na jego obliczu radość i dumę, z jej twarzy tchnęło chłodem i wyniosłością, które dobrze znałem, i które dopełniały moje erotyczne fantazje o padnięciu do stóp jedynej bogini. A więc tak wygląda ta uchwycona na wieki miłość, której obrazy wypełniają galerię tego świata - pomyślałem z przekąsem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Spojrzałem jeszcze raz na niego i wydał mi się przezabawny w swym przekonaniu o nadchodzącej pomyślności. Nic nie wiedziałem o związku rodziców Tatiany, ale byłem przekonany, że nie są razem szczęśliwi, a on nigdy nie posiadł tej pięknej kobiety do końca. Zastanawiałem się: czy taki sam naiwny i błazeński uśmiech wypłynie na moją twarz, gdy zdobędę jakimś cudem jego prześliczną córkę, choćby w elementarnym, fizycznym znaczeniu? Wyobraziłem sobie siebie obok Tatiany na podobnej fotografii i naraz pragnienie przeżycia całej wieczności u boku kochanej dziewczyny wydało mi się komiczne i pozbawione sensu. Przede wszystkim zaś wybitnie nieestetyczne.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wróciłem do barku i wypiłem kolejny łyk żurawinówki, ale cała nadzieja i pewność siebie ze mnie uleciały. Czułem tylko dojmujący smutek z powodu oczywistej teraz myśli: Tatiana nigdy nie będzie moja, i niewielkim pocieszeniem było, że nie będzie też należeć do nikogo innego. Jej piękno będzie jej przekleństwem i nie wpisując się w ten świat, nie pozwoli na uchwytne w nim i konstytuujące go zarazem uczucia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W butelce zostało jeszcze trochę wódki. Obejrzałem się za siebie jak złodziej i wetknąłem ją za spodnie, przekonany, że wkrótce się przyda, po czym opuściłem pokój. Już nie stąpałem na palcach. Chyba fala smutku i przekonanie, że Tatiana nigdy nie odwzajemni uczucia, wyzuły mnie całkowicie ze strachu i poczucia winy, odebrały też ekspedycji po jej domu fascynujący smak przygody. Nie zastanawiając się wiele, wszedłem do pokoju naprzeciwko. Było to niewielkie pomieszczenie z łóżkiem, kilkoma szafkami, regałami i biurkiem - to tutaj mieszkała Tatiana. Na biurku stała zapalona lampka, rozsiewając wokół nieco światła, nad łóżkiem wisiała słomiana mata z przypiętymi do niej pinezkami okolicznościowymi kartkami i widokówkami. Na wielu kartkach widniał motyw serca: ponura kolekcja miłosnych wyznań, jakich Tatiana musiała przeczytać niemało, choćby w dniu zakochanych, kiedy z pewnością otrzymywała liczne walentynki. Co zostało z tych miłości? Czy choć jeden z tych chłopaków, którzy odważyli się obnażyć jej swe uczucia, wciąż o niej pamiętał?  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W rogu pokoju, przy jednej z szafek pod kaloryferem, zauważyłem równiutko ułożone pantofle i szkolne trampki Tatiany. Choć marzyłem najczęściej o całowaniu nóg dziewczyny i w najszczęśliwszej wizji właśnie do jej nóg chciałem paść, pomijając incydent z Gabrysią, nigdy wcześniej nie dostrzegłem w sobie fetyszystycznych inklinacji, ale teraz widok jej obuwia wywołał przyjemne mrowienie na całym ciele: myśl, że wsuwa w nie swoje stopy zawładnęła całym umysłem. Podszedłem pod szafkę, przyklęknąłem, z pietyzmem podniosłem pierwszy trampek, a potem przystawiłem go do twarzy. Zamknąłem oczy i oddychałem głęboko przez całą minutę, delektując się utrwalonym, łagodnie słodkim zapachem jej nogi, by potem powtórzyć to samo z drugim z butów. Sięgnąłem też po pantofle, polizałem kilkakrotnie ich wnętrze, przytknąłem do nosa i wdychałem łapczywie, pragnąc, by krążyło we mnie jak najwięcej aromatycznych molekuł z jej stóp. Bawiłem się tak przez trudny do określenia czas, może kwadrans, może godzinę, kolejno sięgając po trampki i pantofle, wąchając je, całując i liżąc. Przemknęła mi przez głowę myśl, by ukraść jeden pantofelek. Byłby moim fetyszem, obcałowywałbym go każdego dnia, tylko dlatego, że doznał zaszczytu bliskości jej stopy, o jakiej ja od lat tylko fantazjowałem. Ostatecznie jednak uznałem pomysł za niegodny swych uczuć i odłożyłem zarówno pantofle, jak i trampki na swoje miejsce, zazdroszcząc im szczerze pełnionej wobec Tatiany służby. Z gorzką refleksją, że musiałem być bardzo podły w poprzednim życiu, skoro przypadło mi w udziale to nijakie, ludzkie wcielenie, a nie mogę zostać jej pantofelkiem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Upojony, usiadłem na posłanym purpurowym kocem łóżku, z uśmiechem rozczulenia spoglądając na leżącą na wezgłowiu tuż obok poduszki pluszową maskotkę wyobrażającą psa. Był biało - brązowy, miał krótkie łapki, sterczący ogonek i wielki sympatyczny pysk z kłapciatymi uszami. Z mordki zwisał mu jęzor. Jak wszystkim twoim napalonym adoratorom, Tatiano, pomyślałem i zawstydziłem się swoich niedawnych zabaw i lizania jej butów. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Sięgnąłem po leżący obok psa kalendarzyk i otworzyłem go. Pełen był krzyżyków, haczyków, plusów i minusów, którym moja bogini zaznaczała czerwonym długopisem dni cyklu menstruacyjnego. Zabawne: nigdy nie pomyślałem, że ta istota może mieć zwykły, kobiecy okres.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Odłożyłem kalendarzyk na swoje miejsce z poczuciem winy, że przekroczyłem ostatnią granicę intymności. Wziąłem natomiast z półki nad łóżkiem książeczkę, która okazała się albumem ze zdjęciami. Znajdował się na samym wierzchu, więc musiała niedawno go przeglądać. Prawie wszystkie fotografie pochodziły z dzieciństwa Tatiany. Najpierw ujrzałem bezpłciowego bobasa z rozwartymi ustami, potem niewinną, kilkuletnią dziewczynkę z warkoczami, na twarzy której już pojawiła się zapowiedź cudownej urody. Machinalnie wyjąłem ze spodni butelkę i przystawiłem do ust. Urzeczony, przeglądałem kolejne zdjęcia zatrzymując się na dłużej na fotografii, na której pięcioletnia może, uśmiechnięta od ucha do ucha Tatiana paraduje zupełnie goła nadrzeczną plażą. Marzyłem tyle nocy, że kiedyś ujrzę ją nagą, ale nie sądziłem, że zobaczę jej ciało sprzed parunastu lat. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, nie mogąc wyjść z podziwu: to w ciele tego dziecka zapisany  został kod absolutnego piękna. Przewróciłem stronę i ukazały się zdjęcia z komunii: moja bogini ze złożonymi w modlitwie dłońmi prezentowała się w białej sukni. Chyba po raz pierwszy spoglądałem na nią w wyłącznie estetycznym, wyzbytym namiętności, uniesieniu. Coś mi jednak nie pasowało, rozbrzmiał nieprzyjemny dysonans pomiędzy obrazem Tatiany, jaką znałem, a jej fotografiami z dzieciństwa. Słowem, wydawało się dziwne, że to właśnie dziecko stało się piękną dziewczyną, którą bez pamięci pokochałem. Przyjrzałem się intensywnie kilku zdjęciom i wreszcie odkryłem wywołującą rozdźwięk różnicę. Na wszystkich fotografiach z dzieciństwa oczy Tatianki śmiały się, wyrażały niezmąconą radość, ciepło i wiarę w piękno świata.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wróciłem do zdjęcia, na którym moja bogini jest naga. Wpatrując się z zachwytem w niewinną, przepełnioną radością dziewczynkę, niewiedzącą jeszcze, co to namiętność, trwającą w przekonaniu, że nic nigdy nie zmąci jej szczęśliwej wizji świata, i zupełnie nieświadomą uroku, jaki wkrótce wokół siebie roztoczy, oraz tego, jaką destrukcyjną siłą będzie zarówno dla niej, jak i dla innych, poczułem, że z policzków spływają mi kolejne łzy. Skapywały na liliową poduszkę i pstrzyły ją ciemnymi kropkami. Wyglądały niczym wygasłe gwiazdy na płonącym firmamencie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wirowało mi w głowie, jakbym obracał się na karuzeli. Nie wiedziałem, czy to alkohol, czy upojenie zachwytem, prawdopodobnie działała tak mieszanka obu. Od dzieciństwa miałem uraz do karuzel i mdliło mnie na sam ich widok, a teraz czułem się, jakbym siedział na krzesełku i kręcił się w zawrotnym tempie. Już nie chciałem odnaleźć Tatiany, wiedziałem, że nic dobrego dziś się nie wydarzy. Pragnąłem pójść jak najszybciej do domu i zasnąć w łóżku, choć przypuszczałem, że jutrzejszy poranek nie będzie miły i to nie tylko z powodu poalkoholowego kaca.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Z trudem znalazłem prowadzące na dół schody i trzymając się kurczowo barierki wróciłem pod pokój, gdzie odbywała się impreza. Przy drzwiach stało dwóch chłopaków palących nerwowo papierosy. W ich oczach dostrzegłem przerażenie, sprawiające, że wzbierała we mnie agresja - jakbym zagłuszał nią swój własny, zagubiony strach.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Widzieliście Tatianę? - rzuciłem, patrząc na nich spode łba.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nic nie odpowiedzieli, łypali tylko tymi przestraszonymi, doprowadzającymi mnie do szału oczami.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pchnąłem pierwszego z brzegu o ścianę i zbierając w sobie resztkę sił, chwyciłem go za szyję.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Mów, gdzie jest Tatiana!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Spokojnie, jest tam... w środku - usłyszałem głos drugiego.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zwolniłem uścisk i ciężko dysząc, pchnąłem drzwi. Z głośników płynął mało znany utwór U2, przy stole siedziała spora grupa, może dziesięciu chłopaków. Większość z nich była jeszcze nastolatkami, najstarsi mogli mieć dwadzieścia lat. Przebiegając mętnym wzrokiem przez twarze, niektóre uśmiechnięte, inne spięte, zamajaczyło mi wśród czerni i różnych odcieni szarości coś czerwonego: sukienka Tatiany. Potrząsnąłem głową, próbując ustabilizować nieco rozchwiany i rozmazany obraz: siedziała, roześmiana, na kolanach jednego z gości, by chwilę potem wstać i przenieść się do jego sąsiada. Ten od razu chwycił ją w pasie, a potem przesuwał ręką po jej piersiach i brzuchu. Tatiana nie protestowała, pozwalała się pieścić przez kilka chwil, następnie zaś jak gdyby nigdy nic odchodziła i uśmiechnięta od ucha do ucha sadowiła tyłek na kolejnych kolanach. Była jeszcze bardziej pijana niż ja. Przy stole zostało kilka wolnych miejsc, więc przeszło mi przez myśl, by zająć jedno z krzeseł i dołączyć do tego dziwacznego rytuału, ale myśl o dotykaniu dziewczyny w takich okolicznościach bynajmniej mnie nie roznamiętniała. Większą ochotę miałem, żeby się napić. Zbliżyłem się do stołu i sięgnąłem ręką po stojącą na środku, opróżnioną do połowy butelkę wódki, kątem oka wciąż obserwując rozbawioną Tatianę kręcącą tyłkiem na kolanach kolejnego faceta, jakby chciała się w niego wwiercić. I wtedy na chwilę nasze spojrzenia się spotkały: uśmiech spełzł od razu z jej twarzy, roziskrzone przed sekundą oczy znów zmroziły mnie chłodem. Odwróciłem się jak winowajca, przypuszczając, że nie byłaby zachwycona, gdyby wiedziała, co wyrabiałem w jej pokoju. Podszedłem pod ścianę przy drzwiach, a gdy ponownie zwróciłem twarz w stronę stołu, zmroziło mnie i omal nie wypuściłem butelki z rąk: Tatiana całowała się namiętnie z jednym z chłopaków siedząc na jego kolanach, kilku innych, rozochoconych, stało tuż obok i wyciągało łapy, by ją obmacywać. W pierwszym odruchu chciałem rzucić się na nich z pięściami, ale w porę się zmitygowałem. Zrozumiałem, że nie należałoby to do wyznaczonej mi roli. A to przecież gra, powtarzałem w myślach, tylko głupia gra, której sens zaczynam powoli rozumieć.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Upiłem duży łyk, potem zaś, pijany, usiadłem, a raczej obsunąłem się bezsilnie na podłogę. Patrzyłem na to przedstawienie w stanie, który przypominał hipnozę, a co jakiś czas pociągałem z gwinta wódkę, by utrzymywać upojenie na tym samym, graniczącym z utratą przytomności poziomie. Tylko to, jak mniemałem, uchroni mnie przed szaleństwem. Nie wiedziałem, czy to co widzę, to już moje rojenia, czy też wszystko dzieje się naprawdę. Czy chcę zasnąć, czy się obudzić. Nie miałem bladego pojęcia, po której stronie znajduje się sen, a po której rzeczywistość, ani też, i to było w moim zagubieniu najgorsze, do którego spośród wykluczających się światów należy ta jedyna bogini.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tymczasem przedstawienie rozwijało się i nieuchronnie wkraczało w ohydny, orgiastyczny wymiar. Ktoś chyba przypomniał sobie o tradycyjnych osiemnastu uderzeniach pasem: zapanowało ogólne poruszenie, odsunięto od stołu dwa krzesła, a jeden z chłopaków, ten, który wyglądał na najstarszego, zdjął ze spodni skórzany pas. Dwóch innych, trzymając Tatianę za ręce, zmusiło ją, by położyła się na złączonych krzesłach na brzuchu i wypięła pośladki. Kolejny podwinął jej sukienkę oraz zsunął z dorodnych, krągłych pośladków rajstopy i czarne stringi, a chłopak z pasem z beznamiętnym, nieobecnym wyrazem twarzy przystąpił do dzieła. Zadawane razy nie były zbyt mocne, ale Tatiana piszczała głośno po każdym z nich. Reszta, zaśmiewając się, odliczała do osiemnastu. Po tej ceremonii dziewczyna wstała i nasze spojrzenia znów się na moment skrzyżowały. Tym razem jednak nie przestała się uśmiechać, jej zmrużone oczy połyskiwały w podnieceniu. Szepnęła coś do chłopaków, uklękła, oni zaś stanęli przy niej w półkolu. Z głośników leciał największy hit Bono i spółki, "One", a Tatiana rozpinała kolejnym gościom spodnie i ssała jeden za drugim ich fiuty. Czułem, że zaraz mogę się porzygać, ale nie miałem sił, by się ruszyć, a co dopiero wstać i dojść do ubikacji. Mimowolnie przystawiłem znów butelkę do ust.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tatiana wstała, by przez głowę zdjąć sukienkę i z radosnym okrzykiem rzuciła ją na podłogę. Ktoś rozpiął jej stanik i ukazały się małe, kształtne piersi ze sterczącymi figlarnie sutkami. Teraz miała na sobie tylko ukochaną część garderoby: zsunięte do kolan, rozdarte w kilku miejscach, czarne rajstopy. Ponownie uklękła przy krzesłach i oparła o nie ręce, chłopcy zaś podzielili się na dwie pięcioosobowe grupki: jedni czekali, aż obsłuży ich ustami, pozostali rżnęli ją po kolei od tyłu. Tak jak najbardziej lubi, przypomniałem sobie słowa Rafała.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Początkowo patrzyłem na tę scenę jak gorliwy wyznawca na profanację jego religii, ale po pewnym czasie przestała mi sprawiać przykrość. Zrozumiałem, że ani to, co robi, ani to, co jej robią oni w gruncie rzeczy nie ma dla moich uczuć żadnego znaczenia i nie zdoła ich choćby drasnąć. Wyzwoliły się z pragnienia posiadania, były teraz lekkie i unosiły się lekko ponad smutną rzeczywistością. Ba, ta orgia, zamiast rozpaczy bądź namiętności, rozbudzała we mnie czystą, ekstrahowaną ze wszystkich złych myśli czułość: z każdym obciągniętym przez Tatianę kutasem, miałem większą ochotę, by mocno ją przytulić. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego chciała to robić. Żeby unaocznić mnie i innym pewne oczywistości? Tak bardzo nienawidziła swojego ciała za to, że w każdym mężczyźnie budziło pożądanie? A może, podobnie jak ja, potrzebowała wyzwolić się z żądzy posiadania, a oddając swe ciało do dyspozycji wszystkim, pozbawiała pojęcie "mieć" wszelkiego ciężaru i usankcjonowanego przez uchwytną miłość znaczenia - doprowadzała je konsekwentnie do absurdu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Widowisko docierało wreszcie do finału. Tatiana usiadła na podłodze, a jej kochankowie kończyli jeden po drugim, tryskając na głowę, twarz i piersi dziewczyny. Przebiegłem wzrokiem po ich twarzach: były to głupawe gęby nastolatków, pragnących, by wszystkie kobiety były łatwe i ogólnie dostępne. Tatiana dziś ziszczała ich wizje utopijnego świata. Sperma ściekała po ciele dziewczyny kilkoma strużkami, w okolicach pępka łączącymi się w jedną, płynącą prosto między jej uda.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tatiana nie podnosiła się jeszcze, mówiła coś do chłopaków zniżonym głosem, lecz treść słów zagłuszała skutecznie piosenka "With or without you" płynąca z odtwarzacza. Wydawało się, że nalega na coś, droczy się, oni zaś są skonsternowani i niezbyt chętni, by wypełnić jej polecenie. Trwało to minutę, może dwie, powiedzmy, że pół piosenki, po czym cała grupka stanęła nad nią z oklapłymi już penisami trzymanymi w dłoniach i jak gdyby nigdy nic zaczęli na moją boginię szczać jak do wielkiego pisuaru w publicznej toalecie. Łukowate strumienie moczu spadały na nią ze wszystkich stron, na twarz, ramiona, brzuch - Tatiana zwijała się na podłodze, cicho pojękując, przebierała nogami, gładziła rękami piersi, otrzepywała się, przecierała oczy i przerzucała klejące się do twarzy włosy na tył głowy. To już był finalny akord przedstawienia, ostatni z chłopaków opróżnił do ostatniej kropli pęcherz - powinna opaść kurtyna.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Teraz jest twoja - rzucił ktoś z uśmiechem&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Choć miałem wrażenie, jakbym był oddalony od nich wszystkich o kilometry, nie widziałem ich w sposób umożliwiający rozpoznanie i rozróżnienie, byli anonimową grupą statystów, oni zaś nie mogli widzieć mnie, jedynego widza tej okropnej sztuki, obserwuję to wszystko z innego świata, byłem pewien, że te słowa skierowane są właśnie do mnie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Teraz jest moja. Splugawiona i upokorzona. Sprofanowali mój pomnik piękna, ale nie potrafili go zniszczyć. Trwałem w żelaznym przekonaniu, że nic nie zachwieje moim uczuciem do tej dziewczyny: w tej pewności znajdowałem otuchę, ta pewność była moim orężem, sprawiała, że czułem się bezpiecznie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wypiłem resztkę pozostającej na dnie wódki, lecz nie ruszałem się z miejsca. Czekałem, aż wszyscy opuszczą pokój. W odtwarzaczu skończyła się płyta. Goście wychodzili jeden po drugim, w ciszy, chyba zażenowani tym, co się właśnie stało. Wymykali się pojedynczo, ledwie zadzierzgnięta więź znajomości pękła i wrócili do początkowego punktu. Podniosłem się, gdy ostatni z nich zamknął za sobą drzwi. Cisza mnie irytowała, więc najpierw podszedłem do wieży, by wstawić płytę. Wybrałem ją na chybił trafił spośród sterty rozrzuconych dysków i rozbrzmiało R.E.M. - "Losing my religion". O, ironio.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zbliżyłem się do Tatiany. Leżała w kałuży moczu, w potarganych rajstopach, z zamkniętymi oczami i błogim uśmiechem na twarzy. Nad nią roztaczała się mdła woń uryny, mokre ciało lśniło w półmroku. Schyliłem się i dotknąłem jej twarzy, przekładając kosmyk zlepionych włosów za ucho. Przeciągnęła się, jakby zbudzona z pięknego snu, z jej ust dobyło się ciche, krótkie jęknięcie. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się niewinnym, zakłopotanym uśmiechem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- To ty... wiedziałam, że zostaniesz...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Kocham cię, Tatiana - wyszeptałem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zawsze chciałem, by pierwszemu wyznaniu miłości w moim życiu towarzyszyły nietrywialne okoliczności, ale nie spodziewałem się w najśmielszych wyobrażeniach skali ich osobliwości. That was just a dream, zanuciłem w takt piosenki, just a dream.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jej twarz zmieniła w jednej chwili wyraz: znów zagościła na niej dawna, zimna obojętność, choć kropla spływająca jej po policzku mogła być równie dobrze samotną łzą zdradzającą zwyczajne, ludzie uczucie wstydu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Pocałuj mnie - nakazała.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Chodź do łóżka - zaproponowałem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Potrząsnęła głową, przy okazji mnie ochlapując, co chyba bardzo jej się spodobało, bo rozpromieniła twarz w uśmiechu.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Chcę tutaj.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nachyliłem się i pocałowałem ją delikatnie w policzek, a potem w usta. Roześmiała się, jej oczy iskrzyły figlarnie i drwiąco. Tyle? Tylko tyle? Więcej namiętności już nie wycisnę z tego swojego wielkiego uczucia? Schyliłem się raz jeszcze i zaczęliśmy całować się łapczywie jak kochankowie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Potem rozebrałem się do samych slipów - nie chciałem pobrudzić ubrania, ale przede wszystkim pragnąłem być przy jej ciele jak najbliżej, przylgnąć do niego całym sobą. Tatiana wstała i czekając na mnie, z wyrazem żywego zainteresowania na twarzy kreśliła stopą w kałuży kółka i zawijasy niczym mała dziewczynka na ulicy po gwałtownej burzy. Ten widok, ulotne zetknięcie piękna i plugawości, roznamiętnił mnie momentalnie. Wkrótce wylądowaliśmy na podłodze, leżałem przy jej nagim ciała, tuliłem je i głaskałem. Mogę być z tobą wszędzie, myślałem, jeśli zechcesz, Tatiana, mogę kochać cię nawet w kupie łajna.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czułość mieszała się z namiętnością, by stopniowo ustępować miejsca żądzom. Nie chciałem jej już całować i przytulać, pragnąłem ją lizać łapczywie, centymetr po centymetrze, każdy skrawek ciała. Skoro miała fantazję, by zostać upokorzoną, pragnąłem być częścią jej upokorzenia. Zmyć z niej cały brud, jaki przygotował jej ten świat. Wśród cichych pojękiwań Tatiany, lizałem jej szyję, ramiona, piersi, brzuch. Mój język ustanawiał na powrót zniesione granice między tym, co piękne, niebiańskie, a tym, co ziemskie i plugawe. Namiętność, zamiast kalać, przywracała pięknu rzęsisty blask. Prześlizgnąłem się przez starannie przystrzyżony trójkąt łonowych włosów, docierając do cipki dziewczyny i zanurzyłem w niej z ukojeniem język. Pieściłem ją przez jakiś czas, może kwadrans, może godzinę, a może ta noc zaraz miała się już skończyć, po czym skierowałem się niżej, przez uda, kolana, łydki, aż do stóp. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Fantazjowałem o nich tyle, a nigdy nie widziałem ich nawet z bliska. Teraz, oczarowany, z pietyzmem dotykałem je przez rajstopy: były dość wąskie, miały wysokie podbicie i harmonijną, łukowatą podeszwę. Uśmiechnąłem się na myśl o przywoływanych co wieczór wizjach i schyliłem, by złożyć na nogach mojej bogini wymarzony pocałunek. Potem zapragnąłem zobaczyć jej stopę nagą. Delikatnie ująłem w dłoń tę prawą, rozdarłem tkaninę przy podbiciu i podwinąłem aż do łydki. Wpatrywałem się następnie w nią kilka długich chwil, aż Tatiana zdradziła zniecierpliwienie tą wnikliwą, niemal lekarską obserwacją i zaczęła rozkosznie ruszać paluszkami. Jakby domagała się pieszczot i ostatecznego hołdu. Nie musiała mnie ponaglać: ssałem każdy z palców, osobno i wszystkie razem, w najpiękniejszej z podróży wędrowałem językiem po pięcie i podeszwie, krążyłem długimi minutami wokół bladobrązowego pieprzyka na podbiciu, a na koniec próbowałem wetknąć całą nagą stópkę Tatiany do ust. Moje marzenie się spełniło: leżałem u jej nóg i miałem możliwość robić z nimi wszystko, co zapragnę. Teraz mogłem zasnąć, teraz mogłem pogrążyć się w niebycie w słodkim przekonaniu, że w życiu zdołałem ujrzeć to, co najpiękniejsze, oraz uczynić to, co najbardziej doniosłe i nadające mu sens.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Włożyłem stopę Tatiany do ust: to ostatnie, co pamiętałem z tego głupiego, pijackiego snu. Bo tak właśnie ujmowałem, a przynajmniej starałem się ujmować z braku lepszego określenia wczorajsze zdarzenia - to był sen. Tatiana, zjawisko bądź co bądź oniryczne, była moim snem. Nie, bynajmniej nie tylko snem, nie widziałem powodu, by umniejszać tę alternatywną rzeczywistość wobec rzeczywistości uchwytnej. Przeciwnie, stanowiła ona wyższy, donioślejszy poziom. A zatem Tatiana była aż snem, aż snem było też nasze zbliżenie. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie pachnąłem wprawdzie zbyt przyjemnie, lecz nie wyczuwałem amoniaku. Ot, zwyczajny poimprezowy pijacki odór, który mógł od biedy dowodzić, że to wcale nie był sen, ale równie dobrze mogłem cuchnąć z innego, bardziej prozaicznego powodu: kto wie, czy nie wywróciłem się gdzieś, choćby w łazience - czemu nie? Zazwyczaj po pijaku zdarza mi się wyrżnąć przynajmniej raz orła, dlaczego wczoraj miałoby być inaczej?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Obudziłem się na kanapie w pomieszczeniu, którego nie kojarzyłem ze wczorajszego obchodu. Tuż przy niej stało krzesło, a na nim, starannie złożone, leżały moje spodnie, koszula powieszona była na oparciu. Wstałem i zacząłem się ubierać. Suszyło mnie jak diabli, ale poza tym czułem się wyśmienicie. Rzekłbym: jak nowo narodzony. Oczywiście, że odczuwałem również niesmak, tego   moralnego kaca, ale nie wiedziałem do końca, z czego on wynika. Nie, wcale nie z obcałowywania zbrukanego ciała Tatiany. Prędzej już z tego, że musiałem wreszcie wyjąć jej stopę z ust. Z uzmysłowionej wczoraj dobitnie niemożności posiadania miłości.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wychodząc na zewnątrz, natknąłem się na Tatianę. Zdążyła już wziąć prysznic i przechadzała się po przedpokoju: czysta, pachnąca i wyniosła, niedająca po sobie nic poznać. Teraz ja czułem się wobec niej jak brudna ścierka, czyli, można powiedzieć, wszystko wróciło do normy. Zaoferowałem pomoc przy uprzątnięciu domu, ale jednym ledwie zauważalnym, przeczącym gestem dała do zrozumienia, że nie życzy sobie niczyjej, a już zwłaszcza mojej obecności. Arktyczne zimno znów wionęło z jej twarzy. Spoglądała na bok, w niesprecyzowany punkt, jak jej matka na ślubnym zdjęciu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pożegnaliśmy się chłodno i oficjalnie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że wczoraj odbyliśmy podróż do zupełnie innego świata, do którego już nigdy nie powrócimy. Musiałem się jeszcze zastanowić, czy jestem najszczęśliwszym czy najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem świata. Wiedziałem, że nie mam już innej możliwości, jak zająć pozycję na jednym ze skrajnych punktów.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Upokorzenie jest cieniem każdej namiętności. Miłość bywa zazwyczaj prośbą o upokorzenie, z naiwną nadzieją, że nie zostanie nigdy spełniona. Błędne koło uczuciowych pragnień się zamyka - niemożność zaznania trwałej, szczęśliwej miłości jest największym upokorzeniem, jakie niesie życie i ten świat.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kochając, mimowolnie tworzymy przepaść, wyznaczamy chłodny dystans między skarłowaciałym sobą a wyidealizowanym, tym jedynym człowiekiem. Z jednej strony pragniemy tej polaryzacji, chcemy doprowadzić ją do końca, z drugiej chcielibyśmy odwzajemnienia uczuć. Mezaliansu wyidealizowanej i uderzającego w pokorę. Ale jaki obraz siebie można ujrzeć w oczach bogini? Co widzi ona, gdy przegląda się w ofiarowywanych jej uczuciach, jak w krzywym zwierciadle?  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A jednak piękno uczuć zasadza się na kontraście. Równość stanów, a tylko wobec niej miłość mogłaby szczęśliwie trwać, niweczy ten fascynujący posmak dostąpienia czegoś wyjątkowego. Niezbędna jest świadomość własnej niegodności, której użycza zimny świat. Dlatego każda miłość jawi się ucieczką, podróżą do innej rzeczywistości. Siłę jej namiętności wyznaczają wylane w odosobnieniu łzy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Moje relacje z Tatianą stały się na powrót zwykłe, koleżeńskie. Czasem rozmawialiśmy w drodze do szkoły albo natykaliśmy się na siebie na przystanku. Była wobec mnie chłodna i wyniosła, ale czasem na dnie jej oczu dostrzegałem cień sympatii i cieszyłem się z niego jak dziecko.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podobnie jak ruda dziewczyna, uznałem swe uczucia za spełnione i nie chciałem do niej ponownie się zbliżać. Kojąca świadomość, że moja miłość już na ten jeden moment rozbłysła, utwierdzała mnie w słodkiej apatii. Każdy następny krok byłby niepotrzebny i bezcelowy. Tatiana musiała pozostać nieosiągalną ideą, senną fantazją, nie wykroczyć nigdy poza oniryczną sferę rojeń.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Do końca szkoły średniej żadne z nas nie miało partnera. Byliśmy jak dwa bieguny, które nie mogły się do siebie nijak zbliżyć. Dwie samotności, które nie chciały się wzajemnie ochraniać, dostrzegając w takiej opiece zapowiedź klęski.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wyczekiwaliśmy chyba dorosłości. Przypuszczając niejasno, że tam dalej, za przeżytymi namiętnościami, za schwytaną miłością, za smętną zgodą na swój stan posiadania, za akceptacją własnej przynależności, z dala od najjaśniejszych gwiazd, jest tylko przepastna otchłań nijakości.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Oręż bezkompromisowości wypadnie z dłoni, idealizm stanie się filozofią głupców. Dorosłość odbierze znaczenie, dojrzałość rozmaże obraz wspomnień. Otoczą komiczną atencją to, co uchwytne, niezauważalnie zagrabią też nadzieję na piękno. Nigdy nie dowiedziałem się, jak potoczyło się dalsze życie Tatiany, ale życzyłem swojej bogini, by wyzwoliły ją choć częściowo z  dojmującego ciężaru tego piękna, który nie daje szansy na miłość należącą do tego świata.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-8563545560562958713?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/8563545560562958713/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/12/zy-sa-najlepszym-lubrykantem.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/8563545560562958713'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/8563545560562958713'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/12/zy-sa-najlepszym-lubrykantem.html' title='Łzy są najlepszym lubrykantem'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-6093940225364141476</id><published>2011-12-08T14:45:00.000+01:00</published><updated>2011-12-08T14:45:05.472+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>Podsycanie ognia</title><content type='html'>&lt;div style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm;"&gt; &lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-family: Times New Roman,serif;"&gt;Podsycanie ognia, czyli o zaostrzaniu prawa karnego refleksyj kilka&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niedługo po wyborach prezes Kaczyński uderzył mocno w populistyczny ton, a zarazem przypomniał mi, dlaczego mimo prawicowych sympatii, nie mogłem zagłosować na jego partię. Niestety, ale przy okazji udowodnił też, że kampania wyborcza Platformy, polegająca głównie na straszeniu Prawem i Sprawiedliwością, nie była odcięta od politycznej rzeczywistości. Ciągotki do stworzenia z państwa aparatu represji prezes ma. Zaostrzanie prawa karnego to jego swoisty refren, bazujący na tkwiącym w masach przekonaniu, że prawo twarde, surowe, stanowi prostą ścieżkę do znajdującej się w drugim członie nazwy partii sprawiedliwości.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jak owo przekonanie się rodzi? Ano bardzo prosto. Wystarczy zestawić kilka bulwersujących newsów z zasłyszanymi anegdotami i samorzutnie nasuwa się wniosek: prawo jest złe. Prawo należy zmienić. A w jaki sposób, w którym kierunku? Nikt nie ma wątpliwości: jedyną słuszną drogą jest zaostrzanie przepisów karnych.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pierwszy przykład z brzegu. Mój adwersarz, zwolennik kary śmierci i zaostrzania prawa karnego, łącząc kilka medialnych faktów i zasłyszanych opowieści z bliskiego otoczenia twierdzi, że łatwiej pójść do więzienia za posiadanie śladowej ilości narkotyków niż za "zabójstwo nieumyślne". Pomijając, że zabójstwo zawsze jest umyślne, ma rację. Za nieumyślne spowodowanie śmierci można dostać karę pięciu lat bezwzględnego pozbawienia wolności, więc wcale niemało. Niska dolna granica i możliwość zawieszenia kary są potrzebne, bo przypadki są rozmaite. Reszta to tylko praktyka orzecznicza, która może iść w dobrym albo w złym kierunku.&lt;br /&gt;Karalność posiadania narkotyków to właśnie przykład bezsensownego zaostrzania kar. I owszem, prędzej pójdzie się do więzienia za takie właśnie "przestępstwo", bo prokuratorzy lubują się w przetrzymywaniu w aresztach delikwentów złapanych z gramem marihuany w nadziei, że wsypią właściwych dilerów. Skoro mają taki instrument, trudno im się dziwić, że z niego korzystają. Przy okazji smak aresztu poznają nastolatkowie, których jedynym grzechem jest to, że lubią sobie "zajarać" i są na tyle niezaradni, że pozwolili się na gorącym uczynku złapać.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tkwi zatem w społeczeństwie silne przeświadczenie o niewspółmierności orzekanych kar do popełnionych czynów (abstrahuję już od błędnego uznawania aresztu za "karę więzienia"). Drogą do sprawiedliwości jawią się surowe kary za przestępstwa najcięższe. Z karą śmierci za zbrodnie włącznie, a nawet na czele. Ergo: gasić pożar benzyną.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Raczej każdy, kto choćby liznął trochę prawa karnego wie, że argumentów przeciwko karze śmierci  jest więcej i są bardziej donośne. Żonglowanie nią w polityce jest graniem na bardzo niskich instynktach za fasadą rzekomej sprawiedliwości. Mylne jest przekonanie, że wraz z wprowadzeniem surowych przepisów i kary pozbawienia życia, na przestępców padnie blady strach. Nie padnie, nawet gdyby groziło im rozrywanie końmi. Pamiętam przykład z wykładu a propos funkcji odstraszającej kary śmierci i jej praktycznego wymiaru: najwięcej kradzieży kieszonkowych miało miejsce podczas publicznych egzekucji złodziei. Prewencja ogólna nie działa przy najcięższych przestępstwach, a zatem zaostrzanie prawa może mieć uzasadnienie tylko w wypadku lichych występków - w konsekwencji wpadamy naturalnie w pułapkę niewspółmierności kar za popełnione czyny.  Argumentem może być tylko prewencja szczególna, czyli eliminowanie groźnych jednostek ze społeczeństwa, ale w tej sferze właściwie stosowana kara dożywotniego pozbawienia wolności mogłaby równie dobrze spełnić swoją rolę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Analizując wszystkie funkcje, jakie spełnia sankcja karna, łatwo dojść do przekonania, że kara śmierci wpisuje się jedynie (choć to prawda, że wersalikami) w funkcję odwetową. To zdecydowanie za mało, by budować poszanowanie dla prawa, które już teraz jest niewielkie. Zwłaszcza wobec istnienia instytucji, przewidujących korzyści dla przestępców w postaci złagodzenia czy nawet odstąpienia od wymierzenia kary za denuncjację, które są etycznie wątpliwe i świadczą o słabości państwa. Niestety, państwo i prawo łapią się często w swym pragmatyzmie "brzytwy". Dwutorowość przepisów karnych w tym kontekście byłaby szczególnie szkodliwa i na pewno nie sprzyjała budowaniu prestiżu prawa.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zwolennicy kary śmierci uznają tylko jeden argument przeciwko niej: pomyłki. Można powiedzieć, że błędy w orzecznictwie są argumentem przeciwko wszelakim karom, ale w przypadku uśmiercania niewinnych przyjmują szczególnie złowrogą postać.  Pomyłki się niestety zdarzają i ich całkowita eliminacja nie jest możliwa, dopóki w wyrokującego sędziego wciela się niedoskonały z natury człowiek. Mówienie o marginesie i rachunku zysków i strat jest w tym kontekście cyniczne. Wcześniej trzeba by idąc tym tropem ocenić czy skazany na śmierć morderca zabił kogoś wartościowego czy "tylko" jakąś lichwiarkę. &lt;br /&gt;Co więcej, ryzyko pomyłki wzrasta w przypadku spraw głośnych, gdzie na wyrok skazujący jest silna społeczna presja, a właśnie takie sprawy, jak mniemam, kwalifikowałyby się do "głowy".  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Policjanci podczas pościgu też wielokrotnie mogą zabić osobę niewinną, ale to nie znaczy, że nie powinni mieć prawa do używania broni - słyszę. Znaczy to jednak, że w każdej sytuacji zastrzelenia takiej osoby, powinno zostać wszczęte przeciw nim śledztwo o podejrzenie nieumyślnego spowodowania śmierci. Kara śmierci nie byłaby możliwa w procesach poszlakowych - argumentują jej zwolennicy. Takie wyłączenie powoduje z kolei, że przyznanie się do winy staje się znów koroną dowodów, a to szkodliwe dla procesu i przerabiane w czasach minionych. Orzekano by ją tylko w niemalże jasnych sytuacjach? &lt;i&gt;De lege lata&lt;/i&gt; do skazania przestępcy konieczne jest rozwianie wszystkich (!) wątpliwości. Albo okoliczności czynu i wina budzą wątpliwości, albo nie. Nie mogą nie budzić ich "mniej" lub "bardziej". "Konkretne dowody", przełamujące domniemanie niewinności, już teraz są niezbędne w każdej sprawie, a nie eliminują w wadliwej praktyce błędów. Nie mogą mieć jednak mniejszej lub większej, określonej ustawowo wagi (do tego prowadzi w prostej linii wyłączenie poszlak), bo byłby to powrót do średniowiecza.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Koronnym argumentem przeciwko karze śmierci jest jednak jej oczywista nieodwracalność, choć oczywista nie dla wszystkich, skoro onegdaj Brithney Spears miała uroczo stwierdzić: "Jestem za karą śmierci, przestępca powinien mieć nauczkę na przyszłość". &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przy skazaniu na dożywocie jest jeszcze (przynajmniej teoretycznie, jeśli ktoś nie powiesi się w pierwszych dniach odbywania kary, "zachęcony" przez otoczenie) czas, by delikwenta zrehabilitować w przypadku wypłynięcia nowych faktów. A przypadku kary śmierci? Zostanie męczennikiem idei? Nieodwracalności kary śmierci nie można analizować jednak wyłącznie w kontekście ewentualnej pomyłki, ale też prawa każdego człowieka do, stosując obcą mi skądinąd frazeologię chrześcijańską, "odkupienia winy". Zdaję sobie doskonale sprawę, że to postulat idealistyczny, ale więzienne realia i nieskuteczność resocjalizacji stanowią przede wszystkim problem państwa, a nie jednostki. A zatem sięgając po karę śmierci, państwo nie pokazuje siły, lecz swoją bezsilność. No chyba, że powie ustami tego czy innego polityka wprost: owszem, jesteśmy bezradni, nie potrafimy nic z tym zrobić, a skoro tak, musimy was, drodzy przestępcy, zabijać.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Reasumując, podczas dyskusji na temat kary śmierci z jej zwolennikami, najczęściej słyszę przykłady niesprawiedliwych ich zdaniem orzeczeń, z reguły dotyczących spraw głośnych, tak zwanych medialnych. Pomijając nawet, że takie nawiązywanie do jednostkowych przykładów jest bezcelowe, skoro nie znamy okoliczności sprawy, a nie można nic o niej powiedzieć czerpiąc informacje z  lakonicznych medialnych sprawozdań, zła praktyka sądownicza nie może być żadnym argumentem za karą śmierci, bo to ci sami źli i nieporadni sędziowie w przyszłości by ją orzekali.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ba, skoro jest taka zła, to TYM BARDZIEJ nie dajmy tym BEZNADZIEJNYM SĄDOM zabawki w postaci możliwości orzekania o czymś życiu. Podobnie rzecz ma się z wadliwym systemem penitencjarnym i całym prawem wykonawczym. Bezradność państwa nie może owocować złowrogim celowaniem przepisami karnymi w jednostkę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mniejszy problem widzę w fizycznym aspekcie pozbawienia kogoś życia, większy - w filozofii czy nie daj Boże systemie pozwalającym na zabijanie. Spotkałem się za to z wypowiedzią zwolennika kary śmierci, akcentującej problem etyczny w postaci odpowiedzialności za uśmiercenie przestępcy. Myślę wprawdzie, że w dobie kryzysu znalezienie chętnych na posadę kata nie byłoby wcale trudne, niemniej jednak osoba ta doszła do wniosku, że ostatecznie mordercy i inni zbrodniarze mogliby zabijać się sami nawzajem, skoro i tak jest im wszystko jedno i pochłonie ich ani chybi piekielny ogień. I jeszcze spłaciliby dług wobec społeczeństwa, eliminując niepotrzebne jednostki! Wcześniej jednak musielibyśmy ocenić wartość osobnika zamordowanego przez skazanego na śmierć, żeby rachunek miał sens. I wraca znów dylemat zabicia "lichwiarki".  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zostaje jeszcze piekło, fakt - ten piekielny ogień można podsycać do woli, wierząc nieugięcie w ostateczną sprawiedliwość. Ale przecież większość morderców to psychole, więc być może z puntu widzenia niebios są niewinni jak dzieci. Albo są nawet narzędziem w rękach Boga.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To smutne i człowiekowi trudno się z tym pogodzić: choć miewamy nieodparte pragnienie, by osądzać, nasze ziemskie poczucie sprawiedliwości bywa bardzo niedoskonałe, a może z innej, wyższej perspektywy, jest kompletnie wynaturzone.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;8.12.11&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-6093940225364141476?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/6093940225364141476/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/12/podsycanie-ognia.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6093940225364141476'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6093940225364141476'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/12/podsycanie-ognia.html' title='Podsycanie ognia'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-8290503664482931224</id><published>2011-12-05T20:21:00.002+01:00</published><updated>2011-12-05T20:21:47.618+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miniatury'/><title type='text'>Nieufność</title><content type='html'>&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nieufność&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="color: black; font-size: large;"&gt;&lt;span style="background: none repeat scroll 0% 0% transparent;"&gt;&lt;i&gt;Into the dark where you can't see &lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="color: black; font-size: large;"&gt;&lt;span style="background: none repeat scroll 0% 0% transparent;"&gt;&lt;i&gt;But I breathe free I want you to leave me&lt;/i&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="color: black; font-size: large;"&gt;Black Sun Aeon, "Frozen"&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="LEFT" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Los uśmiecha się półgębkiem, jak zwykle. Nie ufam mu, o nie. Nie lubię tego antytwórczego niepokoju, jaki niosą względna równowaga i nadzieja kojącego zastygnięcia uczuć. Wkradł się niepostrzeżenie niczym ten szczur do piwnicy przez uchylone okno, a teraz wzmaga we mnie coraz częściej. Nietwórczy, niezbuntowany niepokój. Niepokój, jaki jest cieniem trywialnego zadowolenia z życia. Niepokój konformisty, zatroskanego o stan posiadania. Pragnącego odtwarzać do znudzenia ten sam dzień niczym piosenkę, którą uznał ostatecznie za ulubioną. Niepokój człowieka, który mimowolnie odnalazł przystań, a teraz nie wie: został zbawiony czy skrępowany. Wyrok już zapadł, a on, choć jakaś jego cząstka wciąż protestuje, nie ma ochoty, by się odwołać. Nie ma sił, by walczyć, ale nie potrafi też się poddać.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To ona. Tylko cząstka, stwierdza ze zdumieniem. Jakaś JEGO cząstka, próbuje zaakcentować rozpaczliwie. Mniejsza i mniejsza, nie potrafi jej nawet precyzyjnie zlokalizować. Wskazać, gdzie się zrodziła, gdzie trwała. W wyblakłej idei? W zapomnianym słowie? A może w człowieku, którego twarz coraz trudniej przywołać. Pomyśleć tylko: to ją nazywał dumnie TOŻSAMOŚCIĄ. Teraz jest ostatnim przyczółkiem myśli, dla których nie znajduje żadnego uzasadnienia czy oparcia. Jeszcze jeden element stanu posiadania, pragnący obrócić go jednak wniwecz, by móc stać się na powrót JEDNOŚCIĄ.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tylko cząstka. Jej jedyną bronią jest teraz nieufność. Prosi niemo, by jeszcze raz uciec. By daremnie chwycić się tej jedynej tożsamości, której miano dumnie kiedyś nosiła. Tożsamości zbudowanej wprawdzie na kruchych fundamentach abstrakcyjnych idei, lecz wyłącznie PRAWDZIWEJ. Harmonia i czcze zadowolenie jak tanie pochlebstwa, wzmagają nieufność. Są niczym obcy stan narkotyczny, którego nie można się pozbyć. Męczy, osłabia, więzi. Tylko jedno pragnienie: móc wyzwolić się z tępego uścisku. Móc wrócić do własnego JA.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wkradł się niepostrzeżenie jak ten szczur, węszący szansę na ucztę. Niepokój, który każe zatrzymać się i odtwarzać wybraną raz na zawsze, wciąż tę samą melodię. Zostać tu, w tym właśnie miejscu.  Rozpłynąć się, a potem zastygnąć w uchwyconych uczuciach, niedomagających się wzniosłych nazw. Starając się nie myśleć, że jest wiele piękniejszych miejsc. A na końcu samemu w to uwierzyć, ze szczerym uniesieniem witając każdy dzień i podziwiając znienawidzony jeszcze wczoraj widok za oknem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Myślę, znów wpadając w pułapkę znanego anankazmu. Słucham ulubionej muzyki. Tej, co dawniej, tej, która mogłaby posłużyć mojemu życiu za soundtrack. Piję kawę. Sprawdzam wiadomości na komórce. Odpisuję słowami, w których ktoś bez wątpienia mnie odnajdzie. Idę na spacer na ulubione pustkowie. Nie czuję się winny, lecz w każdej powtarzanej czynności dostrzegam niesprecyzowaną zdradę. Słowa stają się sztywne, pozbawione znaczenia. Brzmią obco, więc kurczowo czepiam się tej przystani. Będącej moim zesłaniem i moim wybawieniem jednocześnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Myślę, znów schwycony w tę samą pułapkę. Niewzruszony idealizm był taki prosty. Taka łatwa jawi się żelazna bezkompromisowość. Ale teraz wzmaga się we mnie częściej i częściej nietwórczy niepokój. Każe zatrzymać się i odtwarzać do znudzenia znienawidzoną chwilę. Jakaś cząstka wciąż protestuje niemo. Ona. Element stanu posiadania, który pragnąłby przekuć go w idealną pustkę. Nie można zatrzymać się. Jeszcze nie teraz. Nie można rozpłynąć się i zastygnąć pośród jałowych uczuć i mdłych uniesień. Nie można pozbawić się wszystkich przywilejów, jakie niosły ze sobą niewzruszony pesymizm, zdeklarowana samotność, wolność absolutna. Rozsiewam więc z ukojeniem nieufność. Jak truciznę, zabijającą strach i nadzieję na określony, nęcący ciepłem konturów, kształt jutra.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-8290503664482931224?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/8290503664482931224/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/12/nieufnosc.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/8290503664482931224'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/8290503664482931224'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/12/nieufnosc.html' title='Nieufność'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-8837609273887338016</id><published>2011-11-29T18:54:00.000+01:00</published><updated>2011-11-29T18:54:09.986+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>Cenna skóra Pudziana</title><content type='html'>&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Cenna skóra Pudziana&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Na wstępie powiem, że nie lubię Pudziana. Powiem ściszonym nieco głosem, dodając zarazem spiesznie, że nie, bynajmniej nie miałbym ochoty powtórzyć tej deklaracji podczas rozmowy z Mariuszem w cztery oczy. Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że długość ewentualnej walki z nim czy raczej konfrontacji argumentów w rzeczonej materii, byłaby wprost proporcjonalna do szybkości mojego biegu, a właściwie panicznej ucieczki. Narażam się więc być może, niekoniecznie jemu, bo pewnie tego nie przeczyta, a nawet jeśli, moja niechęć niezbyt by nim emocjonalnie wstrząsnęła, ale licznym fanom, zapatrzonym w idola, i gotowych wyręczyć go w brudnej robocie wyprowadzania oponentów z myślowych błędów w niezawodny sposób, w jaki uczyniłby to zapewne ich mistrz. Nic to, zaryzykuję. Oglądam się jeszcze trwożliwie za siebie i powtarzam, już nieco pewniejszym głosem: nie lubię Pudziana. Nie lubię gościa i tyle. Za   cwaniaczkowatą postawę, za pajacowanie w roli celebryty, za jego pompatyczne przemowy, które  &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;span&gt;są porywające jak, nie przymierzając, te prezydenta Komorowskiego. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="" name="firstHeading"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;span&gt;Sympatii doń nie generuje nawet pewien nieco wstydliwy pudzianowski sentyment. Druga walka w   karierze Mariusza, z Japończykiem, niejakim Yūsuke Kawaguchim, zbiegła się bowiem z moją osobistą, o niebo trudniejszą przeprawą, a mianowicie heroicznym zmaganiem się&lt;/span&gt; z kacem po spotkaniu z miłością mojego życia, ściślej zaś po emocjonalnych konsekwencjach tegoż niepotrzebnego spotkania, zatapianych rozpaczliwie w trunkach rozmaitych. Wszystko będzie dobrze, myślałem, czując pulsujący ból w głowie i mimowolnie rozdrapując nie do końca jeszcze zabliźnioną na niej ranę, obejrzysz sobie wkrótce Pudziana, obejrzysz Pudziana... O, Boże, Boże, mój głupi łeb (gdzie ja w ogóle wyrżnąłem?). Pudzian, Pudzian, myśl lepiej o Pudzianie, Pudzianie, Pudzianie...! Ha! Pudzian wyjdzie na ring, a ty wstaniesz z łóżka. Nie możesz być gorszy, o nie. Nie warto sprzedać skóry za chimerę, mrzonkę, łyśnięcie gwiazdki na czarnym, zasnutym chmurami niebie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No cóż, tak właśnie było - uczepiłem się tego Pudziana, jak za przeproszeniem rzep psiego ogona. Skoro Pilch, a raczej jego bohater trzeźwiał tak jak Luis Figo prowadzi piłkę, ja niczym Mariusz  postanowiłem, że tanio skóry nie sprzedam. Choć czułem się i oddychałem ciężko niczym Pudzian w trzeciej minucie drugiej rundy walki. O, miłości mojego życia! Chyba lepiej, żebym wyszedł z Pudzianem na ring, niż spotkał się z tobą raz jeszcze. Alkohol jest jak Gołota, pisał Pilch. Miłość mojego życia ścina z nóg brutalniej i o wiele precyzyjniej niż low kick Pudziana.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zresztą, wracając już ad rem, wśród polskich fajterów, czy to w mieszanych sztukach walki, czy wśród pięściarzy, mało kogo darzę obecnie sympatią. Często mam problem z kibicowaniem naszym gwiazdeczkom w starciu z przywiezionymi nie wiadomo skąd Murzinami na galach w Pipidowie Dolnym, a nawet nie mam problemu, bo trzymam kciuki za biednymi Bambusami (ufam, że wywodzące się od Żyda Tuwima określenie nie zostanie uznane w kontekście za rasistowskie), albo po prostu wyłączam telewizor. Andrew to był gość. Dla niego warto było zarywać noce, nawet jeśli podczas zalewania kawy wrzątkiem, walka wkraczała w krytyczny moment i można było wracać do łóżka przeżuwając bezsilnie przekleństwa.  Kreowany na następcę Gołoty Adamek nie ma tego czegoś. Może będą ludzie ze Szpili - w końcu wychodził na nich w Tarnowie, który, szanowny redaktorze Kostyra, wcale nie leży "gdzieś tam w okolicach Bieszczad". Niektórzy wprawdzie widzą w nim buraka, chyba ze względu na więzienną przeszłość, którą on sam się chlubi, tymczasem gość, co by o nim nie mówić, ma dystans, poczucie humoru i na pewno w rankingu buractwa polskich pięściarzy wiele innych gwiazdeczek nokautuje go w pierwszej rundzie. Śledzę też poczynania Masternaka, życząc mu wreszcie sprawdzenia się z rywalem z wyższej półki, ujmuje mnie sercem do walki Wilczewski. Większość pięściarzy jednak nie potrafi wyzwolić we mnie swymi pojedynkami choćby elementarnych emocji, jakie powinien nieść sport i występy naszych reprezentantów. To nie tak, że trudno zaszczepić we mnie sympatię. Liczy się postawa w ringu i poza nim, nieczęsta umiejętność sformułowania dwóch składnych zdań. Żadne wielkie oczekiwania. Czasem wystarczy odpowiednia muzyka na wejście, wszak podczas gal niekiedy więcej słucha się muzyki niż ogląda mordobicia, a ja wolę posłuchać jako przerywnik Metalliki niż hiphopowego badziewia.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mimo tych emocjonalnych problemów z zaangażowaniem się w sportowe widowisko, lubię od czasu do czasu obejrzeć polsatowskie gale. Zarówno te bokserskie, choćby dla malowniczych porównań i uroczych metafor Kostyry, typu "męczy się jak aktorzy porno przy dialogach", jak i kolejne, szumnie zapowiadane edycje KSW. I to nic, że niemieckie gale są pełne przekrętów, podczas polskich zaś walki są nudne jak diabli (albo nawet jak Diablo), a cały boks zawodowy to obecnie przede wszystkim biznes, nie sport. Zasiadłem więc też, by obejrzeć, przynajmniej we fragmentach, kolejne widowisko oznajmiające dumnie światu, że Polacy swoje MMA mają, a zapowiadane złowrogo jako "Zemsta" i obejrzałem kilka walk, w tym tę, na którą czekałem szczególnie, czyli Janka Błachowicza z Kameruńczykiem Sokoudjou. Spokojnie, nie będę się wymądrzał, ile walk podczas ostatniej gali było przekręconych, a przynajmniej punktowanych źle. Głównie dzięki Pudzianowi, liczba znawców MMA bywa w porywach porównywalna do ilości ekspertów od biegów po sukcesach Justysi, bo rzesza specjalistów od skoków i formuły wciąż jest jednak, jak myślę, liczniejsza, więc bezcelowe jest dołączanie do tego grona.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po walce Błachowicza na ring wyszedł wreszcie przy akompaniamencie kretyńskiej piosnki Pudzian. A niech to, zapaliłem papierosa i zostałem przed odbiornikiem. Bądź co bądź, tuż po werdykcie nie czekałem, co powiedzą o sędziowskiej decyzji fachowcy, gdyż odruchowo, powiedzmy, że w geście samoobrony, wyłączyłem telewizor. Nie zobaczyłem więc już, jak James Thompson, skądinąd zawodnik marny, skoro dał się trafić jednym czy drugim cepem Pudziana, wyrywa temu śmiesznemu, małemu redaktorkowi mikrofon i wypowiada kilka gorzkich słów prawdy o KSW, po czym Polsat, zdecydowanie zbyt późno, przerywa transmisję, i emituje długi blok reklamowy (obejrzałem sobie tę przezabawną scenę później).&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nieco zdziwiony werdyktem zasiadłem przed kompem, by zobaczyć, co piszą o tej walce w internecie. Nie szukałem specjalistycznych portali, odpaliłem wszystkowiedzący onet. I przeczytałem (wytłuszczenia co bardziej uroczych fragmentów moje):&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;"Pudzian" na początku został przez rywala trafiony i sprowadzony do parteru. Klincz obu wojowników i próba duszenia ze strony Thompsona nie dały efektów. Sędzia kazał obu wstać, ale po chwili znów tarzali się po ringu w "morderczym" uścisku. &lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;Pudzianowski był w defensywie, przyjmował ciosy od Anglika, aż Atlas Arena rozbrzmiała gwiazdami&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;i&gt;. Wreszcie Polak wstał i zaczął walczyć w stójce. &lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;"Pudzian" osłabiał rywala kopniakami i ciosami, w końcu znów wylądował na deskach.&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;i&gt; Wreszcie starcie przerwał gong, pierwszą rundę wygrał zdecydowanie Thompson.&lt;br /&gt;Po gongu na drugą odsłonę Pudzianowski ruszył do ataku i potężnym ciosem trafił rywala, aż ten się zachwiał. &lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;"Pudzian" sprowadził walkę do parteru, w którym dobrze bronił się przed atakami &lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;i&gt;wściekłego i krwawiącego po ciosach Polaka rywala. Kibice głośno wspierali swojego faworyta skandując: "Pudzian!", "Pudzian!", on tymczasem kontrował rywala i starał się założyć mu chwyt na duszenie. &lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;Thompson rozciął Polakowi łuk brwiowy, sam broczył krwią z nosa, ale siedział na "Pudzianie" i okładał go niemiłosiernie&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;i&gt;. Wreszcie "Pudzian" sam "dosiadł" rywala, a w końcówce przy linach okładał go tak, że wydawało się, że Thompson przegra przed czasem.&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No majstersztyk po prostu. Tak osłabić rywala, żeby samemu w końcu paść na dechy. Albo sprowadzić rywala do parteru, żeby się bronić przed atakami. Ale pomijając onetową poetykę, tak to właśnie wyglądało. Ogólnie utwierdziłem się w przekonaniu, że Pudzian wygrał zasłużenie - nie tyle pokonał, co obalił sam siebie. I to ile razy. Aż arena rozbrzmiewała gwiazdami. Urocza literówka. Miriady gwiazd, które nie oślepiają, lecz działają jak LRAD, i nawet zaprzysięgły idealista zatyka przerażony uszy i kuli się z bólu, jak ja po kolejnym low kicku miłości mojego życia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A tak poważnie? Cóż można powiedzieć, siląc się na powagę? Tylko powtórzyć za Thompsonem - "KSW is going down the fucking toilet". Nie odkryję Ameryki, jeśli napisze, że chodzi o pieniądze, które w konfrontacji wartości, zakładają duchowi sportu gilotynę. Kolejna porażka Pudziana mocno nadwerężyłaby finanse KSW - już wszyscy fani "Tańca z gwiazdami" przestaliby się nim interesować. Promowanie Mariusza na siłę wynika też w jakiejś mierze z trudności w znalezieniu chętnych do udziału we freak-showach, które mogłyby zachęcić do obejrzenia walk czytelników "pudelka". A że ze sportem ma to niewiele wspólnego, to inna sprawa.  Powinien zatem wygrać. Założono, że jeśli tylko dotrwa do końca, dostanie zwycięstwo. Pewnie, że walczył lepiej niż ostatnio. Albo inaczej: po prostu walczył, a nie sapał. Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszą rundę przegrał z kretesem, a w drugiej od biedy zremisował. Już remis jako końcowe rozstrzygnięcie byłby mocno kontrowersyjny, ale wiadomo, że dogrywki Pudzian mógłby nie zdzierżyć. Jego zwycięstwo było kpiną z widza choćby elementarnie zainteresowanego sztukami walki i ukłonem w stronę kibiców rozkochanych w "Tańcu". I tylko szkoda mi Janisza i Jurasa, których nawet lubię, że musieli firmować tę chałę komentarzem, choć po werdyktach głos im wiązł często w gardle. Ale oczywiście słowa "skandal" nie wolno im było powiedzieć.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ostatnio, na poprzednią gali, udało się zaprosić kilku niezłych fajterów i nasze gwiazdeczki dostały ostro po tyłku, co nie podobało się najwyraźniej spragnionej nie tylko krwi, ale i zwycięstw "swoich" gawiedzi. Teraz postanowiono, że Polacy muszą się "zrewanżować". W przyszłości  sukcesy rodzimych gwiazd powinny być o tyle łatwiejsze, że nikt szanujący się na tę pseudo-galę nie przyjedzie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tak to sobie mniej więcej poukładałem i tłumaczyłem tuż po walce, ale prawdziwe ośmieszenie organizatorów nastąpiło jednak dopiero po dwóch dniach, wraz z uderzeniem się w pierś i przyznaniem do rzekomego błędu w podliczaniu sędziowskich werdyktów. Wygląda więc na to, że się przestraszyli, a szum wokół rozstrzygnięcia wymknął się spod kontroli. Po takim paskudnym przekręcie już tylko samych kelnerów mogliby zaprosić na kolejną galę albo Bam... znaczy się Afroamerykanów wyrwanych z buszu. Co akurat dla Pudziana byłoby dobrą wiadomością. Bądź co bądź jeśli kręci się wałki, trzeba już iść w zaparte. Według nieśmiertelnej zasady, że jeśli nawet chwycą cię za łapę, wyprzyj się i jej. Odkręcanie wałka to już ośmieszanie się do kwadratu. Możni KSW chyba się nieco zapętlili.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To oczywiście nie pierwsza  i zapewne nie ostatnia szopka związana z polskim MMA. Nie tak dawno miało miejsce żenujące zamieszanie z Finami, czyli wiocha jakiej nawet na polsatowskich galach wcześniej nie widziałem. Oto podczas tradycyjnego ważenia, jeden z zawodników przekroczył odrobinę wagę, więc rozciągnięto przed nim parawan i zdjął slipy. Fin Nikko Puhakka przekroczył dozwolony limit wagowy o 200 gramów (sic!), ale nie mógł zdjąć publicznie t-shirtu, i także w t-shircie (a ściślej w tak zwanym rashguardzie) musiał walczyć, ponieważ ma, podobnie jak jego kolega Toni Valtonen, "niepoprawne" dziary, na które nikt nawet nie zwrócił uwagi, zanim bodajże "Fuckt" nie rozpętał afery. Pamiętam, że na jednej z pierwszych gal KSW walczył wytatuowany swastykami Włoch i była cisza (no, zebrał tylko trochę więcej gwizdów od widowni), a po aferze z Finami wszyscy zamienili się w znawców znaków runicznych i działalności Blood &amp;amp; Honour. I jeszcze to żenujące fotoszopowanie zdjęć zawodnika.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Swoją drogą ciekawy typ z tego Puhakki. Wyciszony, skromny, nierobiący wokół siebie zbędnego szumu. O, takich właśnie zawodników darzę sympatią. Jego polski rywal Maciej Górski napinał się przed walką, że to głupek i naziol, on tymczasem zawsze wypowiada się o przeciwnikach z szacunkiem, i robi swoje. Bił się zarówno z czarnymi, jak i  żółtymi, i nieodmiennie traktował ich z respektem - jakoś nie włączała mu się żadna rasistowska ideologia. Inna sprawa, że na miejscu organizatorów, gdyby przeszkadzały mi czyjeś poglądy, po prostu nie zapraszałbym go i finito. Po rozkręceniu afery zaś, nawet ci, którzy wcześniej nie zwrócili najmniejszej uwagi na tatuaże, googlowali, pragnąc zobaczyć, co tam takiego ma - gołą babę może czy co?&lt;br /&gt;Nic zatem, jeśli chodzi o polskie, wciąż raczkujące, MMA nie ma prawa zadziwić. Podczas gal najbardziej lubiłem turnieje, lecz niestety organizatorzy od nich odeszli (inna sprawa, że co drugi zwycięzca był kontuzjowany i nie mógł walczyć dalej). Odbiło się to na ilości walk. &lt;br /&gt;Podczas ostatniej przez cztery godziny doszło do ledwie siedmiu pojedynków, czyli naciągając około  półtorej godziny jako takiego mordobicia tudzież tarzania się w uścisku. Pozostałe dwie i pół to reklamy, pieprzenie o dupie Maryni, wejścia i robienie wielkiego sioł. Czyli mieszanka jedynie dla prawdziwych twardzieli.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zaklinałem się kilkakrotnie, że koniec z polsatowskimi galami, ale pewnie, jeśli nie będę mieć nic lepszego do roboty, znów zasiądę w sobotni wieczór przed telewizorem. choćby po to, żeby się pośmiać. Ze świadomością, że it's a fucking joke. Just a fucking joke.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;P.S. Niedawno ogłoszono listę kandydatów nominowanych do miana sportowca roku. Gdzie jest Pudzian, pytam się, no gdzie jest Pudzian? To, co on robi, to nie jest sport, słyszę. A kiedy on w ogóle ostatnio coś wygrał? Oj tam, podłe czepialstwo. Tanio skóry nie sprzedał!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;29.11.11&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-8837609273887338016?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/8837609273887338016/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/11/cenna-skora-pudziana.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/8837609273887338016'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/8837609273887338016'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/11/cenna-skora-pudziana.html' title='Cenna skóra Pudziana'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-6806800391405539044</id><published>2011-11-16T16:03:00.002+01:00</published><updated>2011-11-16T16:03:59.379+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>Gaz na ulicach</title><content type='html'>&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br clear="LEFT" /&gt;Gaz na ulicach&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wypada zacząć od tego, co zdaniem większości mediów było najmniej ważne, a może właśnie mówić o tym nie wypadało. Marsz Niepodległości w Warszawie był wielkim sukcesem środowisk narodowo-patriotycznych. Według różnych źródeł ulicami miasta przeszło od kilkunastu do ponad dwudziestu pięciu tysięcy osób (pomijam cynicznie zaniżające liczbę uczestników marszu media lewackie). Takiej mobilizacji Polaków nie wywołała od wielu lat żadna inicjatywa, żadne święto, żadna idea. &lt;i&gt;Ulicami stolicy popłynęła istna rzeka biało-czerwonych barw niesionych przez patriotów w każdym wieku. W tłumie mnóstwo było tych, których obecność tak bardzo usiłuje się przemilczeć - zwykłych ludzi, zwykłych Polaków. Takich, jakich codziennie widzi się na ulicach, w sklepach, spotyka w pracy. (...) To nie w tłumie młodych nacjonalistów z środowisk stawianych „pod kreską” trzeba było szukać zwykłych Kowalskich. Było dokładnie na odwrót&lt;/i&gt; - czytamy na stronie autonom.pl.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przemarsz miał charakter demonstracji pozytywnej, połączył wszystkich, dla których "niepodległość" nie jest pustym pojęciem, ale zarazem miał charakter opozycyjny - ci, którzy po wyborach wieścili triumfalnie rewolucję moralną nad Wisłą, teraz muszą przełknąć gorzką pigułkę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mimo nachalnej promocji w mediach i zaangażowania znanych postaci lewa strona barykady poniosła druzgocącą klęskę. "Faszyzm", jak nazywają wszelaką identyfikację z tym co polskie, dumnie przeszedł przez centrum miasta, a do zmiany wyznaczonej trasy, którą "kolorowa niepodległa" próbuje przekuć w swój sukces, oczywiście by nie doszło, gdyby nie druga blokada - policyjnego kordonu, osłaniającego żałośnie nieliczną grupkę przeciwników marszu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Media skupiły się jednak na zamieszkach, których zresztą bez żenady wyglądały na ulicach Warszawy od godzin przedpołudniowych, kiedy to wyraźnie zawiedzeni dziennikarze przekazywali, że "na razie na szczęście jest spokojnie". Wreszcie jednak rozpętała się bójka kilkuset uczestników marszu z policją. Przykro było patrzeć na te obrazki w dniu narodowego święta, ale nie mogło stać się inaczej. Oczywiście, że w szeregach "narodowych" znalazło się dużo osób "do bicia", którym bardziej zależało na fizycznym rozprawieniu się z przeciwnikami niż godnym uczczeniu narodowego święta. Ale czemu się dziwić, skoro antifiarze ściągnęli bojówki z Niemiec, dodatkowo mobilizując "kiboli" z całej Polski, dla których, i trudno im się dziwić, zaproszenie "antyfaszystów" zza Odry w jasnym celu zakłócenia obchodów dnia niepodległości, było cyniczną prowokacją? Swoją drogą, wyobraźmy sobie, że Polacy jadą "uświetniać" obchody święta narodowego na Litwie czy na Ukrainie (o Niemczech nawet nie mówiąc), łażą sobie jak gdyby nigdy nic po Wilnie czy Lwowie, zamaskowani i z kijami w łapach, a miejscowe służby cierpliwie "czekają na rozwój wydarzeń". Cóż, polska gościnność, jak widać, nie zna granic i szukających awantur Niemców zatrzymano dopiero po ataku na Bogu ducha winne grupy rekonstrukcyjne.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;em class="western"&gt;&lt;span style="font-style: normal;"&gt;Część publicystów z prawej strony próbuje obwinić za zamieszki grupę nieogarniętych kiboli, postulując całkowite odcięcie się od nich przez "prawdziwych patriotów". &lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;em class="western"&gt;&lt;i&gt;Czy konserwatysta może dziś w Polsce, w jakimkolwiek miejscu publicznym, manifestować swój patriotyzm bez udziału kiboli?&lt;/i&gt;&lt;/em&gt; – pyta na łamach "Rzeczpospolitej" Marek Magierowski. Odpowiada mu trafnie Piotr Lisiewicz z "Gazety Polskiej Codziennej":&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="" name="anchorbbtBubble270"&gt;&lt;/a&gt;&lt;i&gt;Cóż, niektórzy już próbowali. To było pod Krzyżem Pamięci. Telegadzinówki poszczuły wówczas motłoch na jego obrońców. I okazało się, że nasze państwo pozwala, by na nich pluć i oddawać mocz. Policja? Nie widziała. Media? Szczuły. Konserwatywna „Rz”? Zdezerterowała. Magierowski? Doradzał PiS, że działania w tej sprawie „z punktu widzenia politycznych zysków są całkowicie jałowe”. Dlaczego nie pluto na uczestników Marszów Niepodległości? Dlaczego Antifa nie urządziła im „radosnego happeningu” i wolała wyżywać się z dala na przechodniach? A policja oddzielała obie grupy? Bo kibicom bojówkarz od Tarasa boi się zajrzeć w oczy.&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;    &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Skoro środowiska antylewackie pokazały swoją siłę, jedynie fakt zamieszek można uznać za mały sukces "kolorowych", gdyż "gaz na ulicach" przesłonił w mainstreamowych mediach wielki sukces marszu. "Tolerancyjnym" antyfaszystom zależało na awanturach, kompromitujących święto niepodległości, ich przedsięwzięcie miało wbrew deklaracjom otwarcie konfrontacyjny charakter, i w tym aspekcie dopięli swego. Niestety, ale można się spodziewać, że zamieszki odstraszą od udziału w tego typu przedsięwzięciach zwykłych ludzi, którzy bić się nie chcą, a tacy stanowili większość uczestników marszu. W tym sensie wielka praca organizatorów i wielu środowisk poszła na marne, a TVN dostał upragnionego "gorącego niusa", jak stwierdził ktoś a propos spalonego wozu transmisyjnego. Stacja ta skądinąd przeszła samą siebie w "obiektywnym" komentowaniu wydarzeń, a "wisienką na torcie" byłą wypowiedź wielce zbulwersowanej dziennikarki o wznoszonym przez uczestników, "prowokacyjnym i agresywnym" haśle "Bóg, honor, ojczyzna".&lt;br /&gt;Po zamieszkach w Warszawie wiele mądrych głów debatuje na temat zmiany prawa o zgromadzeniach, strony zwalają na siebie nawzajem całą odpowiedzialność, tymczasem przebieg wydarzeń wydaje się nawet dla śledzącego je z perspektywy telewizyjnych kamer oczywisty.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zastanawiać może jedno - dlaczego "bezstronna" policja zezwoliła na blokadę legalnego przemarszu na jego trasie. Przecież nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć konsekwencje, a chyba łatwiej byłoby usunąć kilkaset rzekomo "pokojowo" nastawionych osób (które, bądź co bądź, popełniają wykroczenie), niż tworzyć de facto drugą blokadę. Skoro jednak policja dała przyzwolenie na łamanie prawa, ba, skoro naruszających je osłaniała, trudno się dziwić, że po drugiej stronie znalazło się kilka krewkich osób i doszło do rozróby. Tym bardziej, że zdaniem uczestników marszu, którzy z własnej woli bądź nie, znaleźli się w pierwszej linii zgromadzenia,  miały miejsce liczne prowokacje, a akcja policji, która postanowiła spacyfikować nie tylko "chuliganów", ale przy okazji cały wielotysięczny tłum, musiała doprowadzić do eskalacji burd Niestety dla policji, której wersja zdarzeń, zazwyczaj jest przyklepywana przez media jako jedyna prawdziwa, w internecie łatwo znaleźć filmiki pokazujące katowanie uczestników tudzież nieuzasadnione  "pacyfikowanie" spokojnych grup, w których zamiast rzekomych "bandytów", znajdują się ludzie starsi, raczej nieskorzy do agresywnych zachowań.  Oglądając je, nawet ci, którzy uważają przemoc za najmniej sensowny argument w wyrażaniu poglądów, mogą zacisnąć mimowolnie pięści.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A zatem zależało na awanturach lewakom, zależało "chuliganom", a może racje mają ci zwolennicy spiskowej teorii dziejów, stwierdzający, że są one na rękę także władzy, która oto dostała argument do zmiany prawa i zbrojenia się przeciw obywatelom, na wypadek pogłębienia kryzysu i zamieszek podobnych tym w Grecji? Na forum policyjnym znalazłem interesujący głos uczestniczącego w marszu wojskowego:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;(...)Panowie, do jasnej cholery, kto Was uczy "pracy z tłumem"? Jak można sobie pozwolić na tak nieprofesjonalne "wejście z buciorami" w spokojny tłum (pomnik Dmowskiego - tam byłem pod koniec Marszu)? Ludzie wokół mnie byli zupełnie neutralni, ale po "wejściu" Policji poleciały mocne wiązanki. W mojej pracy często mieliśmy do czynienia z tłumem, z którego strony butelki, kamienie i wyzwiska to najmniejsze zło, jakie mogło się nam przytrafić. Gdybyśmy się zachowali wobec niego tak, jak Policja blokująca wejście na Plac Konstytucji (potem też wyjścia), to pożylibyśmy może z godzinę.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;(...) O jakim sukcesie Wy mówicie? To była totalna klęska. Banda, może 200 gówniarzy, puszcza Wam z dymem ileś tam radiowozów. Gazujecie się sami nawzajem, jak ostatnie niedojdy! Na filmach widać zagubionych, płaczących od gazu gliniarzy. Gdyby moi ludzie tak się załatwili na jakiejkolwiek akcji, to nie wystawiliby nosa za bramę bazy do końca zmiany! Przecież, gdyby przeciwko Wam ruszyło nie te kilku wyrostków tylko 5% tego tłumu, to by Was po prostu roznieśli na strzępy! (...) Żalicie się, że Wam zabronili lać z gładkiej lufy w taki tłum? Czy Wyście do reszty oszaleli? Widzieliście kiedyś, co się dzieje z kilkutysięcznym tłumem, który usłyszy strzały z broni palnej? Nie wiem, czy starczyłoby w Warszawie karetek, żeby wywieźć stamtąd wszystkich stratowanych. A jakby ruszyli np. w Waszą stronę, to wątpię żeby ktoś "brał jeńców" (...).&lt;br /&gt;Co się stanie, jeżeli kiedyś przeciwko Wam ruszy nie 200 gówniarzy, jak było w Warszawie, tylko 2000 równie zdesperowanych gości? Przecież Was zadepczą! Niemożliwe? To zobaczcie na relacje z greckich ulic i przypomnijcie sobie o nich, kiedy za kilka miesięcy zadłużenie przekroczy magiczne 55% i Tuski podniosą VAT do 25%, a zaraz za tym pójdą cięcia socjalne. To Wy staniecie w pierwszym szeregu przeciwko wkurzonemu tłumowi. Zajścia z Marszu będą przy tym tylko lekką zaprawą! Warszawa dała dowód, że w razie buntu wewnętrznego na miarę Grecji, Policja nie ma żadnego przygotowania i pomysłu, jak bez rozlewu krwi spacyfikować ulice. Co gorsza, w Polsce jest "potencjał w narodzie" (...).&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I ten potencjał w narodzie powinien dać władzy do myślenia na przyszłość. Oto okazało się, że Polacy jeszcze nie są tak pokorni ani urobieni przez mainstreamowe media, żeby bali się wyjść na ulice. Z biało - czerwonymi flagami w rękach, które w niektórych wyzwalają nie wiedzieć czemu agresję i przemożne pragnienie oporu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;16.11.11.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-6806800391405539044?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/6806800391405539044/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/11/gaz-na-ulicach.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6806800391405539044'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6806800391405539044'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/11/gaz-na-ulicach.html' title='Gaz na ulicach'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-5266660099600359109</id><published>2011-11-13T18:55:00.003+01:00</published><updated>2011-11-13T19:27:46.252+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>Z logotypem na piersi</title><content type='html'>&lt;div style="line-height: 100%; margin-bottom: 0.21cm; margin-top: 0.42cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Arial CE,sans-serif; font-size: large;"&gt;Z logotypem na piersi&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 100%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 100%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 100%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Miałem już nie zajmować się reprezentacją pezetpeenu. W ogóle. Nie poświęcać jej ani słowa więcej, zlać tylko ciepłym moczem, i to bynajmniej nie w ramach realizacji erotycznej fantazji, bo łączenie tego, co obrzydliwe, w przeciwieństwie do kontrastów, jakoś mnie nie rusza.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W piątkowy wieczór nie oglądałem występu naszych orłów, a raczej już nie naszych i, abstrahując nawet od nowych trykotów, niezupełnie orłów. Emocjonowałem się pojedynkiem Turków z Chorwatami, trzymając kciuki za Hrvatską. Zemsta jest słodka. Chorwaci zagrali niesamowicie, rewanżując się Turkom za pamiętną porażkę na Euro 2008. Przypomniała się ta stara dobra drużyna, gromiąca Niemców, a jeszcze później Angoli. Co do Turków, to zagrali w zasadzie swoje: okresami mieli ogromną przewagę, walczyli szalenie ambitnie, a nawet agresywnie... ale zostali precyzyjnie wypunktowani i w sumie powinni się cieszyć, że skończyło się na trzech bramkach. Chorwaci prawie awansowali tym samym na Euro - pięknie, bo myślałem, że będę zmuszony kibicować Sbornej, co jeszcze ujdzie płazem panslawiście, ale jak na polskiego "prawdziwego patriotę" trochę nie halo.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale Turasy to Turasy, więc poczekajmy do rewanżu. Zresztą, jeśli chodzi o moje kibicowskie dylematy,  bodaj najlepszym rozwiązaniem byłoby wyjechać w trakcie tej całej szopki na zadupie i zaszyć się z jakąś miłą dziewczyną lub nawet bez niej w miłym miejscu, w którym nie będzie żadnych fan-zon ani telewizora w wynajętym pokoju. Uwidim.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Chciałem zatem dać sobie spokój z kadrą pezetpeenu, taki ambitny miałem plan, ale oto rozkręciła się nowa afera, związana ze wspomnianymi nowymi strojami, na których zabrakło godła, a mianowicie logotyp – gate. Porażka "bezorzełkowców" z makaroniarzami wcale mnie nie smuci. Ba, cieszy nawet. Ponoć Szpaku siedział za mikrofonem, z trybun dało się słyszeć trąbki bądź garstkę Włochów - żeby to oglądać trzeba być naprawdę zagorzałym fanatykiem piłki i wyznawcą pezetpeenu zarazem. I jeszcze „to coś" na koszulkach, przypominające rzekomo godło, a będące logosem związku.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Bo właśnie o "tym czymś" chciałem słów kilka. Oto bowiem, jak na ironię w dniu narodowego święta, nominalnie polska kadra zerwała z tradycją i wystąpiła po raz pierwszy z pezetpeenowkim "czymś" zamiast godła. Szczerze, jeśli chodzi o pomysły pezetpeenu, to już nic nie ma prawa mnie zdziwić i może nawet lepiej, że ta wesoła drużyna unika polskich symboli – zapewne, by nikt z obcojęzycznych reprezentantów nie czuł się dyskryminowany. Poza tym, jak wiadomo, tylko faszyści używają narodowej symboliki, więc pewnie obawiano się reakcji Nigdy Więcej. No i zalecenie Unii Europejskiej, nie zapominajmy też o nim. Jak gonić tę Europę, to najlepiej symbolicznymi rewolucjami. Kto przeciwny ten nie- Europejczyk. A każdy nie- Europejczyk to zaściankowy homofob i ani chybi antysemita.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Rozpędziłem się nieco. Nie, wcale nie uznaję zastąpienie poczciwego orzełka szkaradnym orłopodobnym ptaszyskiem za jakiś wielki skandal z gatunku tych ideowych. Nie, to tylko kolejny przykład, że widzimisię pezetpeenu jest wartością nadrzędną w polskiej piłce. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Towarzysz Kręcina wyjaśnił zresztą, że chodzi tylko o pieniądze, a nie żadną ideologię. Jak to powiedział, z czegoś muszą bidule żyć, a złe państwo nie pomaga.  Niech zatem sobie wybudują prywatne stadiony na Euro. Niech znajdą możnych sponsorów, jako reprezentacja pezetpeenu, nie Polski. Z drugiej strony Lato, Kręcina, a może ktoś inny, wszyscy mówią i tak jednym głosem i jednym językiem, stwierdził zirytowany, że cokolwiek zrobi pezetpeen, to będzie i tak źle. Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Tylko że pezetpeen zdając sobie z tego sprawę, na wszelki wypadek robi wszystko źle, tak, by na cięgi zasłużyć.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Oczywistą sprawą jest również, że nie podniosłoby się takie larum, gdyby nie chodziło o pezetpeen. Inne związki sportowe nie mają takiej sławy, choć piekiełko bywa w nich podobne, w innych krajach, na których rzekomo kadra się wzoruje, federacje zapewne cieszą się też ciut większą estymą. Koniec końców zastąpienie godła własnym logosem, wobec "szacunu", jakim cieszy się pezetpeen na szeroko rozumianej kibicowskiej "dzielni" (a zatem wśród kibiców wszelakich, nie tylko tych "prawdziwych", ale i pożeraczy kiełbasek) odbieram jako działanie cyniczne. Lato i spółka pokazują nie pierwszy raz, że psy mogą sobie szczekać, a karawana i tak mknie dalej. Albo, co niewykluczone, przed tym całym Euro stracili już definitywnie kontakt z rzeczywistością.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niech im będzie. Niech kopacze mają pezetpenowskie logo przy sercu, niech je nawet całują po zdobytych bramkach, niech grają kolesie niewiedzący, dlaczego 11. listopada w kraju, który reprezentują, jest jakieś święto (jak reprezentant Matuszczyk). Ja już tę kadrę i niusy na jej temat traktuję tylko w kategoriach humorystycznych, a nie jako „dobro narodowe”. Jako „prawdziwy patriota” w lewackim rozumieniu.  Zanucę nawet, wprawdzie trochę nie w takt, ale ujdzie: „Nic się nie stało, pezetpeenie, nic się nie stało”. Ogólnie jednak nie - to nie jest skandal, w który należałoby wmieszać podniosłą, narodową retorykę. Kiedy jednak czytam kolejnego niusa związanego z logotyp-gate, a wbrew sobie czytam, odnoszę wrażenie, nie po raz pierwszy zresztą, że pezetpeen robi sobie z ostatnich kibiców, wiernych tej zbieraninie, buńczucznie nazywanej reprezentacją, jaja, i teraz Kręcina z Latą przy kielichu zalewają się do łez z tych wszystkich, którzy psioczą na to "coś". Znaczy się - na nowy logotyp.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.5cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&amp;lt;&amp;lt; Logo zamiast „orzełka”. PZPN wskazał powody &amp;gt;&amp;gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Taki właśnie onetowy, przykuwający uwagę, nie tyle szepcący, co wołający głośno „Kliknij! Kliknij!”, tytuł. Kliknąłem, naiwny, wlazłem tam szczerze zafrapowany, jakie to powody. I czytam, wbrew sobie czytam:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.64cm; text-indent: -0.64cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"Żeby docenić materiał, z którego została wykonana, trzeba ją założyć. Dopiero kiedy się ją zakłada, można poczuć, że jest niesamowicie miękka i przylegająca – powiedział Maciej Lasoń, PR Manager Nike Poland, przedstawiciela producenta strojów".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Aha, no to 1 - 0 dla logotypu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.5cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"Nie zmieniła się kolorystyka stroju, który zaprojektowany został tak, aby designe odzwierciedlał barwy narodowe polskiej flagi".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Już tak ściśle estetycznie patrząc ten "designe" jest do dupy. Przede wszystkim ten czerwony pasek na koszulce. I żeby dojść do takiego wniosku, wcale nie trzeba patrzeć nań akurat z prawej strony.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.5cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"Na koszulce pojawił się nowy logotyp reprezentacji. Już na etapie projektu dołożono wszelkich starań, by &lt;b&gt;logo zawierało elementy najważniejsze dla kibica, kojarzące się z polskością i narodową dumą&lt;/b&gt;".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podkreślenie moje, a deklaracja kuriozalna. Mnie się z polskością kojarzy GODŁO, a nie jakieś gówniane, zrobione na zamówienie, logo. Co to za pomysł w ogóle, by państwo czy naród traktować jak firmę, która ma czy też winna mieć logo?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.5cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"Podobnych zmian w strojach reprezentacji dokonała większość federacji, m.in. Francji, Włoch, Niemiec czy Holandii".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Aha, czyli jesteśmy teraz "europejscy" jak Niemcy i Francuzi. 2 - 0 dla loga   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.5cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie PZPN w ostatnim tygodniu października, kibice, przedstawiciele mediów, klubów piłkarskich, wojewódzkich związków piłki nożnej oraz instytucji rządowych i sponsorów dobrze ocenili zmianę logotypu i identyfikacji wizualnej".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Szkoda słów nawet. Zresztą, ja już straciłem "wizualną identyfikację" jakiś czas temu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.5cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"W badaniu opinii na temat wizerunku PZPN udział wzięło 2248 osób. &lt;b&gt;Najliczniej reprezentowani byli kibice, rekrutowani do badań z grupy osób, które w ciągu ostatnich 3 miesięcy kupiły bilet na mecz reprezentacji Polski&lt;/b&gt;."&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ależ wspaniałomyślność! Widać zatem, kogo jeszcze ta kadra interesuje: nie dość, że to tylko mityczni "Żydzi, geje i lewacy", to jeszcze za grosz zmysłu estetycznego.  I jeszcze te śmieszne badania jak i całe napisane marketingową nowomową, apologizujące "logotyp" oświadczenie - ubaw po pachy. Abstrahując od wiarygodności badań, przecież wiadomo, że umiejętnie formułując pytania, można przeforsować wszystko. Gdyby zapytać wprost - chcesz zastąpienia godła pezetpeenowskim logo, na "tak" odpowiedzieliby zapewne tylko ci mityczni "Żydzi, lewacy i pedały"  A nawet nie wszyscy. Co zresztą widać, patrząc na obecne na różnych stronach, mało pochlebne dla "logotypu", sondy. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;W całym tym komicznym zamieszaniu, w którym patetyczne frazesy ścierają się z marketingową nowomową zdziwiły mnie, ale tylko troszkę, wypowiedzi grajków. Zwłaszcza kreowanego na wielką gwiazdę Szczęsnego, gdyż myślałem, że charakterny bądź co bądź ojciec wpoił mu jednak pewne zasady. Syn tymczasem, specjalizujący się ostatnio w żarcikach, na temat których onet pisuje liczne artykuły, stwierdza:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;"Poszliśmy wzorem innych reprezentacji europejskich więc myślę, że doganiamy pod tym względem Europę". Boruc wróć! - chciałoby się krzyknąć. &lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;Kontrastują z tą "nowoczesną" opinią wypowiedzi innych sportowców pytanych na okoliczność znaczenia dla nich godła, na czele z Sylwią Gruchałą. Piłkarze siedzą cicho albo owijają sprawę w bawełne, jak Błaszczykowski.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm; margin-left: 0.64cm; text-indent: -0.64cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"Każdy ma swoje zdanie na ten temat. My nie mamy wpływu na pewne decyzje. Osobiście wolę grać z orzełkiem. Wychodząc z szatni lepiej czuję się z nim na piersi – skomentował gorący ostatnimi dniami temat".&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Chyba naprawdę ktoś z góry kazał kopaczom nie wypowiadać się na pewne tematy, a ci, co mieli cojones, by głośno wyrazić swoje zdanie, jak choćby Boruc czy Żewłakow, już zostali z kadry pogonieni. Z drugiej strony to trochę nie halo, gdyby Perquis, Obraniak czy Polanski zabrali głos "w obronie tradycji". I śmieszno, i straszno.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Choć stadion we Wrocławiu się zapełnił, kibice, którym na sercu leży dobro polskiej piłki, już dawno odwrócili się od kadry, wyparci przez zwykłych oglądaczy futbolu tudzież stadionowych turystów, co ma odzwierciedlenie w atmosferze na meczach.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;"Trudno mówić, żebyśmy zawiedli się na kibicach, bo było to kolejne spotkanie, w którym doping nie był super. Wiadomo, jest w tym trochę naszej winy. Gdybyśmy wygrywali, to na pewno kibice mieliby więcej radości z oglądania spotkania i łatwiej byłoby im dopingować. Ale to są mecze towarzyskie, mam nadzieję, że kibice tak do tego podchodzą i na Euro będzie pełna mobilizacja, przez co lepiej będzie to wyglądało."&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tako rzecze Mierzejewski. Nie mam pojęcia: góra każe im tak mówić, czy oni naprawdę żyją w oderwaniu od rzeczywistości i zupełnie nie wiedzą, co się wokół, a w szczególności na trybunach dzieje. Wyniki nie mają wpływu na jakość dopingu, a jest on, jaki jest, nie od wczoraj. Na Euro będzie z pewnością fatalny, nawet jak, nie daj Boże, piłkarze będą wygrywać 4 - 0 z Anglią bądź Hiszpanią. Tymczasem kopacze nic nie widzą poza sobą. Nawet tych, dla których rzekomo grają. Tylko słyszą ich raz lepiej, raz gorzej. W jednym programie obwieszczono również, że doping był nijaki, bo kibice protestowali... przeciw brakowi orzełka na strojach.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale z drugiej strony dało się ponoć wyłowić nawet z telewizyjnej perspektywy dodające skrzydeł (niekoniecznie orlich) trąbki! Idzie lepsze, a na Euro będzie ani chybi "mobilizacja". Wśród odgłosów, od których puchną uszy, Szpaku stwierdzi ani chybi, że w tej trudnej chwili przyda się wsparcie wspaniałych polskich kibiców.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Grać z orzełkiem na piersi - to brzmiało dumnie, podkreślają wszyscy zgodnie, nawet jeśli określenie stało się wytartym frazesem. "Logotyp" zdaje się otwierać formalnie mało chlubny i oby jak najkrótszy rozdział historii polskiej piłki. Oby grać z tym "czymś" stało się w niej powodem do rumieńca, i mniejsza o wyniki, jakie osiągnie pseudo-kadra. I powtórzę się - lepiej, że zagrają bez orzełka.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0.21cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Natomiast za to, że przeobrazili narodową reprezentację w to "coś", życzę pezetpeenowi jakiejś wielkiej organizacyjnej wtopy i wstydu na Euro i jestem prawie pewien, że "coś" zabawnego się wydarzy. Uraduje wszystkich, poza prezesem i jego świtą, skoro nie będzie można cieszyć się wynikami. Zdaję sobie sprawę, że taka wtopa źle będzie rzutować na całą sportową Polskę, ale pewne wartości są bezcenne, a taką będzie skrzywiona gęba Laty. Mam też nadzieję, że po Euro wszystko zacznie wracać do względnej normy, może wróci też z czasem i Bogu ducha winny orzełek.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-5266660099600359109?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/5266660099600359109/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/11/z-logotypem-na-piersi.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5266660099600359109'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5266660099600359109'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/11/z-logotypem-na-piersi.html' title='Z logotypem na piersi'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-1612935984485920255</id><published>2011-10-31T20:30:00.000+01:00</published><updated>2011-10-31T20:30:50.972+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lubelskie'/><title type='text'>Słabi ludzie</title><content type='html'>&lt;div align="CENTER" style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;&lt;b&gt;Słabi ludzie&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;(cykl płomienny)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;And so I hear my voice again&lt;br /&gt;The tale of the bitter man here I am&lt;br /&gt;Shake the silence and hear what it says&lt;br /&gt;The tranquil pride that become the lie &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;In Flames, Only For The Weak&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jesteście  słabymi ludźmi – powiedział Murzyn i wyszczerzył zęby.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Według Wała miłość była oznaką słabości. Albo nawet nie tyle miłość, co każda fascynacja przechodząca w nieodparte pragnienie posiadania, bo właśnie tak Wał rozumował najmożniejsze z uczuć, jakie można żywić wobec kobiety. Jakkolwiek je rozumował, zapałał do Monisi, tej skośnookiej córy Czyngis – Chana o wiecznie nadąsanej buźce i kruczoczarnych włosach najgorętszą z dostępnej mu palety emocji namiętnością. Namiętnością spychającą na dalszy plan cały świat, zmuszającą do dostrzeżenia w dziewczynie celu, sensu i jedności, a zatem namiętnością niewątpliwie osłabiającą, dalekosiężnie zaś straceńczą.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pierwszy etap jego namiętności przyjął postać romantyczno – poddańczą, a zatem konwencjonalną i typową . Wał deklarował Monisi miłość i swe oddanie, a córa Czyngis - Chana zapewne mrużyła, zakłopotana, swe skośne oczęta, nie mogąc uwierzyć, że ten facet, który zaimponował jej przede wszystkim wspaniałą muskulaturą i emanującą zeń siłą, teraz pałęta się u jej stóp jak zbity pies, gotów wykonać każdą komendę. Bądź co bądź Monisia, choć rozczarowana mocno postawą swojego chłopaka, poczuła się pewna, zarówno jego uczuć, jak własnej niepodważalnie dominującej pozycji, i gdy namiętność Wała niepewnie uniosła pokorny łeb, wkraczając w trywialny etap erotycznego pragnienia, dziewczyna nie wahała się długo, a zrzucając z siebie ubranie, być może wierzyła, że teraz wszystko wróci do normy zwyczajnego związku i skończy się ta komedia romantycznych początków, stawiających ją na piedestał dla bogini.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tak też się stało, z pierwszym stosunkiem pierzchły płomienne wyznania i cały romantyzm wielkiej miłości, pierzchła też ona: cudowna córa Czyngis – Chana, która powinna na zawsze pozostać nieosiągalna. Wał, choć jego jedynym celem zdawało się zaciągnięcie dziewczyny do łóżka, nie mógł zrozumieć, że zdobycie tej bogini z marzeń poszło mu tak łatwo. Ba, nie mógł wybaczyć dziewczynie, że ugięła się pod naporem ledwie tygodniowych usiłowań. Mimo że nie w głowie było mu padanie do stóp Monisi, a wieczorne rozmowy z dziewczyną coraz częściej schodziły na grząski temat jej przeszłości seksualnej, niezbyt okazałej jak na dziewiętnastolatkę, lecz nieprzystającej w żadnym wypadku bogini piękności, Wał wcale nie stał się na powrót silnym człowiekiem. Co więcej, on słabł coraz bardziej, słabł z każdym stosunkiem, słabł z każdą rozmową, z każdym wypalonym w milczeniu papierosem, skoro padły brutalne, lecz doskonale puentujące słowa, słabł wreszcie z każdym wypitym w ciemności ewakuacyjnych schodów cavalierem, którego, gdy przychodziły coraz częstsze ciche dni, łaknął o wiele bardziej niż seksu – nieuchronnie niszczącego, teraz już o tym wiedział, wszystko co piękne.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mózg Murzyna pracował prosto.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ot,  dwa takie przewody tylko – mawiał z przekąsem Wał. - Czasem się  stykają i następuje reakcja.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Reakcja najczęściej prosta, stroniąca od intelektualnych wygibasów. Wymierzonemu w niego żartowi, odpowiadał żartem dokładnie w tym samym stylu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Co, Murzynie? -  zaczepiałem go nieraz.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nic, żółtku  – odpowiadał niezmiennie.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie miał absolutnie żadnego wyczucia ironii, co od pierwszych dni znajomości rodziło wiele kuriozalnych sytuacji, wszystko, ale to wszystko odbierał dosłownie. Podchwycił również utyskiwania Wała o jego postępującej słabości, a jako że nie w głowie była Murzynowi miłość ani żadna namiętność, którymi nie tyle nawet gardził, co traktował z tępawą mieszanką niezrozumienia i politowania, usytuował się samozwańczo na pozycji silnego człowieka. W rzeczywistości był jednak karykaturą bezwolności, o czym przekonywaliśmy się z rosnącym zdumieniem każdego dnia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W początkach znajomości Wał rzucił pomysł wspólnego udania się na miasto całej naszej czwórki. Wąwol zgodził się po dłuższych wahaniach, Murzyn wyraził entuzjastyczną wręcz aprobatę dla pomysłu i wkrótce wszyscy zbierali się do wyjścia. Kiedy trzech z nas, ja, Murzyn i Wał, było już gotowych, tradycyjnie najwolniejszy we wszelkich czynnościach Wąwol niespodziewanie się rozmyślił i stwierdził, że jemu jednak nie chce się nigdzie iść i najbliższe godziny najchętniej spędziłby w łóżku. Murzyn spojrzał na Wała, potem na mnie, a na końcu na Wąwola, którego z racji zainteresowania filmami fantasy i grami komputerowymi uważał za najlepszego kumpla, po czym bez słowa zdjął buty.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Taką właśnie miał silną wolę, takie było jego własne zdanie. Skoro jednak Murzyn wszystko odbierał dosłownie, bawiliśmy się nim, wmawiając mu niezłomną siłę i z trudem powstrzymując śmiech stwierdzaliśmy, że konsekwentnie buduje z naszych słów swoje urojone ja.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przekonanie o własnej sile, jaskrawo kontrastującej z naszą słabością, wzmacniał w Murzynie fakt, że jako jedyny nie palił papierosów. Wał próbował usilnie zerwać z nałogiem, lecz ilekroć udawało mu się wytrzymać bez nikotyny choćby jeden dzień, kłótnia z dziewczyną sprawiała, że pogrążał się w słabości i wypalał całą ramę odpalając jednego papierosa od drugiego. W trakcie jego usiłowań natomiast, Murzyn złośliwie zapalał żółtego goldena z mojej paczki, niepewnie przystawiał go do ust i nie zaciągając się wydmuchiwał w naszą stronę dym:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jesteście  słabymi ludźmi – powtarzał, szczerząc zęby.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To nieprawda, że Murzyn nie miał żadnych emocji. Czasem zauważaliśmy, że jest nie w sosie, gniewnie marszczył czoło, a rzucanym w naszym kierunku „wale” i „żółtku” nie towarzyszyły wyszczerzone w uśmiechu zęby, tylko wrogi grymas. Spostrzegliśmy też, że w porywach największej z dostępnych mu wściekłości, zawsze zalewał wrzątkiem chińską zupę – to był zewnętrzny znak najpotężniejszego u Murzyna wzburzenia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jeszcze zanim Wał związał się ze swą boginią ze snów i zanim zaczął słabnąć w jej bliskości, tak że nawet cowieczorne ćwiczenia z ciężarkami i podnoszenie się na przymocowanym między szafkami tuż przy wyjściu drążku sprawiały mu coraz większe trudności, popełniłem koszmarny i brzemienny w skutki błąd: pożyczyłem mianowicie od Cycatej, mojej przyszłej dziewczyny, dwie kasety In Flamesa, które ona z kolei pożyczyła od kogoś ze znajomych, choć sama nie gustowała w mocnych brzmieniach. Nasze muzyczne zainteresowania były średnio zróżnicowane. Ja, naturalnie, słuchałem głównie ciężkiego grania, Wąwol słuchał wszystkiego od Roxette po Kata, dla Murzyna zaś, ma się rozumieć, nie istniała żadna ulubiona muzyka: z przymusu słuchał tego, co słuchali inni, słabsi od niego. Z całej czwórki wyjątkowo parszywym gustem odznaczał się Wał. Pal licho, że jego ulubionymi kapelami były Offspring i Nirvana, gorzej, że kilku swoich ukochanych utworów z „Rape me” i nieśmiertelnym „Smells like teen spirit” potrafił słuchać nawet po kilkanaście razy dziennie, a kiedy, co na szczęście zdarzało się nieczęsto, łapał romantyczny klimat, odtwarzał dziesięć razy pod rząd „Ostatniego” z repertuaru Edyty Bartosiewicz, tępo wpatrując się w ścianę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pożyczony od mojej miłości in spe In Flames stał się zatem jedyną obroną przed znanymi do znudzenia klasykami grunge'u i kinder-punkiem, którym katował mnie współlokator. Gdy przebywałem wraz z Wałem w pokoju, ustalaliśmy ściśle prawo do korzystania z wąwolskiego odtwarzacza, niekiedy określane ilością kawałków, niekiedy piętnastominutowym bądź półgodzinnym czasem. I tak rozbrzmiewały w pokoju „Jotun”, „Food for the gods” i „Gyrospope” z zacnego materiału „Whoracle”, a Wał z napięciem czekał, aż wreszcie minie moja kolej, następnie to ja odliczałem z grymasem wstrętu na twarzy, aż skończą się „Rape me”, „Smells like teen spirit”, i „The kids aren't alright”, potem rozbrzmiewało „Coerced coexistance”, „Resin”, „Behind space”, i znów „Rape me”, Smells like teen spirit” i „The kids...”, wracałem do „Whoracle”, Wał do „Rape me”, udawało mi się wreszcie przesłuchać na raty całą „Colony”, a Wał dziesiąty raz puszczał „dzieciaki”. W końcu interweniował zirytowany naszymi muzycznymi przepychankami Wąwol, bądź co bądź właściciel odtwarzacza:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Kuuurwa! - mówił, przeciągając z charakterystyczną sobie werwą pierwszą sylabę. - Może radia dla odmiany posłuchamy?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Któregoś dnia stała się jednak rzecz niebywała. Gdy wróciłem z zajęć, zdumiony spostrzegłem, że Wał z własnej nieprzymuszonej woli słucha pożyczonej od Cycatej kasety. Po kilkudziesięciu mimowolnych przesłuchaniach spodobał mu się melodyjny „Gyrospope”, a także instrumentalny „Dialogue with the stars”, a wkrótce doszedł do wniosku, że cały repertuar In Flamesa jest wart uwagi i  nastąpiła niewyobrażalna rewolucja: Offspring i Nirvana przestały gościć nagminnie w wąwolskim odtwarzaczu, Wał sięgał po nie coraz rzadziej, jakby jeszcze czepiając się rozpaczliwie traconej, wyznaczanej kilkoma znanymi na pamięć melodiami tożsamości, aż wreszcie, nie mogło stać się inaczej, goeteborskie brzmienie odniosło niepodważalne zwycięstwo, a „the kids” i cały „teen spirit” odeszły fortunnie do lamusa.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przestaliśmy się spierać i odliczać skrupulatnie przesłuchiwane przez tego drugiego kawałki, ale po kilku tygodniach miałem już melodyjnego death metalu w wykonaniu In Flamesa powyżej uszu. Oddałem Cycatej nieszczęsne kasety, lecz nie minęła godzina i wróciły w rękach Wała do naszego pokoju, a później gościły całymi dniami w wąwolskim magnetofonie. Wał był zachwycony, energetyczna muzyka pomagała mu zwłaszcza podczas cowieczornego pakowania, całej reszcie, znaczy się mnie i Wąwolowi, bo Murzyn pozostawał niewzruszony, chciało się rzygać. Skuteczne kształtowanie gustu kolegi niestety zachwiało moim własnym gustem, lecz na próżno błagałem Wała, by nie obrzydzał mi do końca tak lubianej jeszcze niedawno muzyki. Na domiar złego podczas wizyty w rodzinnym mieście dorwałem nową, wydaną kilka miesięcy wcześniej kasetę In Flamesa o wdzięcznym tytule „Clayman”. Przez pewien okres wróciło stare: znów wyznaczaliśmy sobie limit kawałków, jakie każdy z nas może odtworzyć, nim odda magnetofon we władanie drugiego, z tym że przez cały czas rozbrzmiewała ta sama kapela, i tylko niekiedy Wąwol, jako jedyne antidotum, domagał się posłuchania choćby przez pół godziny radia. Wał, jak należało się spodziewać, nie od razu polubił nowego In Flamesa, ba, marudził, że to już nie to, co wcześniej, lecz po kilku tygodniach „Clayman” wreszcie wpadł mu w ucho i odtąd już nie było uproś – słuchał przywiezionej kasety bez ustanku, a zwłaszcza jednego, ulubionego numeru.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;I can't tolerate your sadness &lt;br /&gt;cause it's me you're drowning &lt;br /&gt;I won't allow any hapiness &lt;br /&gt;cause everytime you laugh, I feel so guilty &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To jest  zajebiste! – zachwycał się w uniesieniu. - To jest kult! To jest  na miarę „Smells like teen spirit”!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zaniemówiłem po takiej druzgocącej recenzji.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Am I forced to have any regret? &lt;br /&gt;I've become the lie, beutiful and free &lt;br /&gt;In my righteous own mind &lt;br /&gt;I adore and preach the insanity you gave &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kuuurwa!  - zawył flegmatycznie Wąwol, gdy Wał po raz dwudziesty pod rząd  słuchał tego samego kawałka. - Ileż można?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Długo, bardzo długo. Wał wraz z końcem piosenki wciskał stop, potem rewind, aż doszedł do takiej wprawy, że kolejnym stopem idealnie trafiał na początek utworu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Sell me the infection, it's only for the weak &lt;br /&gt;No need for sympathy, the misery that is me &lt;br /&gt;No need for sympathy, it's only for the weak&lt;br /&gt;On bleeding knees... &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I accept my  face! - wykrzyczał końcówkę refrenu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Fate –  poprawiłem. - Swój los. Swojej twarzy, Pawełku, nigdy nie  zaakceptujesz.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Z kwaśnym uśmiechem pokiwał głową.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Szybko znienawidziłem ten kawałek, pożałowałem nawrócenia Wała na jedynie słuszne dźwięki, a nawet, niech to szlag, zatęskniłem za „nieporządnymi dzieciakami”. Ale już nic nie dało się zrobić – kultowy, zdaniem Wała, utwór budził mnie każdego poranka, towarzyszył przez cały niemal dzień, słyszałem go nawet przez kruchy sen, kiedy Wał, po powrocie o trzeciej w nocy ze spotkania z dziewczyną, musiał, niezależnie od jego przebiegu, czy kończyło się kłótnią, czy uprawianym w ciemnej wnęce na końcu schodów ewakuacyjnych seksem, przynajmniej raz wysłuchać ulubionej piosenki.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;I've lost the ability to paint the clouds &lt;br /&gt;cause it's me you're draining &lt;br /&gt;I'm stuck in this slow-motion dark day &lt;br /&gt;cause everytime you run, I fall behind...&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Oh sell me the infection, it's only for the weak &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Only for the weak. Tylko dla słabych. Piosenka stawała się nieuchronnie hymnem tamtych dni. A potem stała się naszym hymnem – hymnem słabych ludzi, opętanych przez pozornie bliźniaczą namiętność. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Gdy Wał był już osłabiony trzymiesięcznym związkiem z Monisią, zacząłem chodzić z jej współlokatorką, która spodobała mi się najbardziej już na samym początku spośród poznanych w pokoju dziewczyn – Cycatą.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Spodziewałem  się tego – tylko tyle, tonem wizjonera, powiedział  przywdziewając złowrogą minę, Wał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Obawiał się, że mój związek skomplikuje jego relacje z córą Czyngis – Chana, i owszem, zdarzało się odtąd, że rozmaite półsłówka i aluzje docierały okrężną drogą do niepożądanych uszu, niemniej jednak dziewczyny, wbrew przepowiedniom Wała, nie zbliżyły się do siebie i nie zostały przyjaciółkami. Cycata, mówiąc oględnie, nie uważała Monisi za osobę wystarczająco lotną, Monisia zaś, podobnie jak Wał, widziała w Cycatej kurewkę. Mnie nie zajmowały jeszcze te  moralne kategorie – byłem wszak osłabiony nagłym szczęściem. Mimo powszechnej opinii o wybujałej seksualności, Cycata jako dziewczyna zajęta, odzyskała wreszcie swe imię, bo jakoś głupio było współlokatorom akcentować jakiekolwiek cechy fizyczne kochanki kolegi, nawet jeśli miała okazać się nic nieznaczącą miłostką, lecz proces ten przebiegał stopniowo i przez pewien czas nazywaliśmy ją, oczywiście poza zasięgiem uszu dziewczyny, gdyż nienawidziła tej kontaminacji i jakiejkolwiek aluzji do swego biustu, Casią.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ja i Wał natomiast zbliżyliśmy się do siebie. Tym, co nas łączyło, była nasza słabość. Często udawaliśmy się na wspólną pijatykę – albo w teren, albo do któregoś z cichaczy, gdzie sączyliśmy piwo albo wódkę, naturalnie przy akompaniamencie In Flamesa. Nasze zbliżenie pociągnęło za sobą ostateczne zbliżenie Murzynów – tak właśnie zaczęliśmy określać zbiorczo Wąwola i Pitera, czyli Murzyna właściwego. Powstało zatem stronnictwo murzyńskie i stronnictwo Wałów, jak murzyństwo mawiało o naszej zażyłej znajomości. Wał cieszył się, że to od niego wzięła nazwę nasza koalicja, sugerując, ze podkreśla ona czynnik dominujący.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A myślisz, że  u Murzynów to Murzyn jest czynnikiem dominującym? -  spytałem.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pokiwał głową z kwaśnym uśmiechem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Fakt.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podczas pijatyk mimowolnie kierowaliśmy temat na własne związki. Zwłaszcza pochłonięty przeszłością erotyczną Monisi Wał, mniej lub bardziej świadomie dążył do porównania jej doświadczeń z innymi dziewczynami. Drastyczne delikty seksualne naszych dziewczyn były podobne i polegały z grubsza na przespaniu się z jednym jedynym facetem, do którego żadna z nich nic nie czuła. Ot, pozbyły się balastu dziewictwa, gdyż podświadomie pragnęły być traktowane jak ludzie, a nie istoty nie z tej ziemi, którym składa się hołd, a taki właśnie status, choć o tym nie wiedziały do końca, dawała niewinność powiązana z urodą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Konstatacja, że ta rzekoma kurewka ma identyczne doświadczenie co bogini wstrząsnęła mocno Wałem. Ba, okazało się, że bogini podchodzi do spraw seksu o wiele lżej, gdyż oddała się swemu pierwszemu chłopakowi, jak i jemu, o wiele wcześniej choć Wał przez pewien czas chciał wierzyć, że Casia zwyczajnie kłamie. Paradoksalnie, naszym pogawędkom przy kielichu, towarzyszyły nie do końca uświadomione próby rozpaczliwej idealizacji własnych miłości. Miałem o wiele łatwiejsze znaczenie, skoro moja dziewczyna zaczynała od statusu kurewki. Córa Czyngis – Chana, którą wzniósł w swych pragnieniach do miana bogini, a potem tymi samymi pragnieniami pozbawił brutalnie boskich atrybutów, z przerażeniem dostrzegając, że jak najbardziej należy do tego świata, z każdym dniem stawała się w jego oczach coraz mniej godna lekkomyślnego hołdu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pomyliliśmy  się całkowicie co do panien  - stwierdził wreszcie z goryczą  podczas jednej z pijatyk.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zmiana poglądów Wała przypominała nagłą rewolucję w muzycznym guście. Zamknięty i z własnej woli ograniczony do jednego tylko punktu widzenia, do powtarzanego z uporem refrenu, nagle usłyszał dźwięki, które zaczęły korodować, a wkrótce zniszczyły jego zastały i jak mniemał niewzruszalny świat przekonań. Aż w końcu kapitulując oswajał się z myślą, że właśnie ta zasłyszana, moja melodia miłości jest bardziej wartościowa. Wtedy jednak sam nabierałem coraz większych wątpliwości. Triumf mojej idealizacji był zarazem początkiem jej klęski. Choć potrafiłem przekonać do niej innych, coraz trudniej przychodziło mi samemu uwierzyć w jej sens.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po  jakim czasie dziewczyna może iść do łóżka? - pytał  kolejny raz Wał. - Według ciebie, wiesz, tak, żebyś nie miał  żadnych ale.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wzruszałem ramionami.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie wiem. To  chyba zależy...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A gdyby poszła  po roku...? – drążył.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kawał czasu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No – Wał  kiwał ponuro głową, i patrzył w dal, jakby próbował  sobie wyobrazić stosunek po takim okresie. - A pół roku?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Też niemało.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A tydzień? -  pytał rozpaczliwie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zaśmiałem się tylko.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Gdyby to była  jakaś wielka namiętność...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wielka  namiętność – szydził. - Po której zaraz każe mu  spadać, nie?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Obserwowałem upadek jego związku, próbując wyciągnąć jakiekolwiek wnioski. Nie chciałem popełnić tych samych błędów, więc darowałem sobie płomienne wyzwania i erotyczne dążenia.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niekiedy przerażało mnie podobieństwo przypadków naszych dziewczyn i uzdalniająca do wielkich uczuć defloracja, lecz póki co mój związek fortunnie utknął na etapie wzajemnej nieufności. W hibernacji czekał na lepsze czasy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A gdyby to on  ją rzucił, a jej zależało? - nie rezygnował Wał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Nie wiem, Pawełku – odpowiedziałem raz, znudzony już mocno drążeniem tego tematu. - Trzeba się Murzyna spytać, co mam o tym sądzić.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał parsknął śmiechem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie co on  sądzi, tylko co ty masz sądzić?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Otóż  to.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Że taką ma  niby moc przekonywania? - Wał aż zakrztusił się od kolejnego  ataku śmiechu. - Od razu i bez dyskusji narzuca swój punkt  widzenia?   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;„Trzeba spytać się Murzyna”. To zdanie na stałe weszło do naszego słownika – puentowało wszystkie anankastyczne szarpaniny i prowadzące donikąd rozważania, co by było, gdyby udało się odnaleźć w naszych miłościach upragnioną jedność, nawet w tym trywialnym, fizycznym aspekcie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Sądź sobie co  chcesz! - odpowiadał Murzyn.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Odpowiadał tak zawsze. Więc próbowaliśmy. Na ile starczało nam sił, a niekiedy alkoholu, którego wpływ sprawiał, że osądzało się jakoś lżej.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jednym z najbardziej znaczących i dobitnych przejawów wpływu Murzyna było to, że zaczęliśmy niekiedy porozumiewać się po murzyńsku. Pół biedy, jeśli między sobą, wszak znaliśmy przyczynę,  niekiedy jednak pewne murzyńskie zwroty wyrywały się mimowolnie w trakcie rozmów z osobami trzecimi, niemającymi pojęcia o murzyńskim oddziaływaniu na otoczenie – na nasze poglądy, umysły, uczucia i wreszcie na nasz język.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn nie musiał palić i nie miał kobiety. Siła Murzyna opierała się zatem na dwóch fundamentach, częściowo związanych ze sobą, bo jak stwierdził Wał, pierwszym krokiem na drodze w pozbyciu się nałogu, byłoby porzucenie dziewczyny. Dziwna to rzecz, ale Murzyn, mimo swojej urody, nie mógł znaleźć żadnej partnerki. Owszem, wiele koleżanek było zachwyconych po pierwszym z nim kontakcie, kilka, na czele z prześliczną Kaśką, pochodzącą jak Murzyn z Kasku, próbowało wejść w nim w bardziej zażyłe stosunki, a nawet udało się pełnych nadziei na randkę, ale bliskie zetknięcia były zabójcze dla murzyńskiego uroku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To  czemu już nie chcesz się z nim spotkać? Taki ładny... - szydził  Wał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No  właśnie... - prześliczna Kaśka przewracała oczami. -  Zdecydowanie za ładny dla mnie.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przekleństwem Murzyna był fakt, że po sprawieniu świetnego pierwszego wrażenia, potem już tylko tracił w oczach oczarowanych jego urodą dziewczyn. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mimo tych niepowodzeń, dbał jednak o swój wygląd, słusznie stwierdzając, że to jego najważniejszy kapitał na matrymonialnym rynku. Każdego wieczora smarował się kremem,  rozcierał go z pietyzmem na twarzy i dłoniach, nie zważając na nasze złośliwe uśmieszki i docinki.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jak  się nakremujesz, to naprawdę wyglądasz jak prawdziwy cham –  komentował Wał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn oczywiście nie wychwytywał ironii, a chamstwo stanowiło, obok silnej woli,  największą murzyńską ambicję.  Chyba podświadomie uznał, że status chama nieco nadszarpnie wizerunek grzecznego, ładnego chłopczyka o nastoletniej, nieskazitelnej urodzie.    &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Naturalnie, dawaliśmy mu tę miałką satysfakcję, choć chamstwo Murzyna było bardzo mało urozmaicone.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Co,  Wale? - rzucał, patrząc na niego intensywnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przez chwilę patrzyli na siebie z napięciem, po czym Wał, wybuchając śmiechem odwracał twarz.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie  mogę na ciebie, Murzynie, patrzeć.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn, rzecz jasna, miał swoje wytłumaczenie tej reakcji: nie dość, że jest chamski, to jeszcze silny: nikt nie potrafi wytrzymać nawet jego spojrzenia. Potem  mechanicznym ruchem kierował głowę w moją stronę i wyszczerzał zęby:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A ty co,  żółtku?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nic, Murzynie -  odpowiadałem. - Mnie już dziś oszczędź, proszę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dobrze –  odpowiadał czasem wspaniałomyślnie Murzyn. - Dziś będę znęcał  się nad Wałem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Oddychałem wówczas z ulgą, a Wał wydawał z siebie dziki okrzyk bezradności i frustracji.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ze szczególnie nieznośnym nasileniem murzyńskiego humoru mieliśmy do czynienia, kiedy Wąwol wyjeżdżał na weekend, a Murzyn zostawał, co na szczęście zdarzało się rzadko, gdyż Wąwol, jako bądź co bądź drugi ze stronnictwa, czuł się za swojego kolegę odpowiedzialny.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Pojechałbym do domu na weekend – mówił, gdy bywał z wizytą u dziewczyn - ale nie chce im Pitera zostawiać na pastwę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czasem jednak pilne sprawy okazywały się ważniejsze niż czarna przyjaźń, a wtedy Murzyn przechodził samego siebie: rozpoczynał się prawdziwy festiwal chamstwa.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I co powiesz,  Wale?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Uczę się,  czarnuchu, ty też się czymś zajmij.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A ty... Żółtku!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Daj mi spokój,  Murzynie, czytam.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie – Murzyn  szczerzył zęby – nie będzie spokoju. Dziś mam ochotę rzucać  naprawdę chamskie teksty.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I rzucał, oczywiście wciąż powtarzając to samo. Patrzyłem ukradkiem na Wała, czasem on zerkał na mnie. Obaj nie wierzyliśmy, że to dzieje się naprawdę. Że z kimś takim jak Murzyn przyszło nam obcować. Wreszcie stykaliśmy się spojrzeniami i jeden parskał śmiechem. Potem zaczynał śmiać się drugi. Murzyn, tylko odrobinkę zmieszany, pytał:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I z czego się,  Wale, śmiejesz?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Z niczego,  Murzynie, naprawdę z niczego - dukał, wciąż krztusząc się od  śmiechu, Wał. - Coś mi się tam przypomniało.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn kiwał przyzwalająco głową i wolnym ruchem obracał głowę w moją stronę:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A ty, żółtku?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie wiem,  Murzynie – odpowiadałem przez zasłaniającą roześmianą gębę  dłoń. - Jakoś mi dziś wesoło.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dobrze –  mówił Murzyn. - Bo mam jeszcze kilka chamskich tekstów.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał odpowiadał na taką deklarację kolejnym niepowstrzymanym parsknięciem i wszystko zaczynało się od nowa, aż w końcu naprawdę mieliśmy dość murzyńskich żartów. Od śmiechu bolały nas brzuchy i nieprzyzwyczajone do wybuchów radości mięśnie twarzy, więc mówiliśmy:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie  męcz nas już, Murzynie! Prosimy, daj nam spokój! Jesteś  taki chamski, że nie możemy już wytrzymać!   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Naprawdę  – deklarował płomiennym głosem Wał, przesuwając rękę z  brzucha na serce. - Klnę się, że nigdy nie spotkaliśmy takiego  chama jak ty.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn był wtedy mile połechtany  i szczerzył triumfalnie zęby.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To dopiero  początek – mówił.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I rzeczywiście, nie brakowało mu zapału przez cały weekend, a po powrocie Wąwola w niedzielny wieczór miał poczucie dobrze spełnionej misji i aż palił się do zrelacjonowania swoich wyczynów.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mówię  ci, jak się z nich nabijałem cały weekend... - zaczynał  podniecony.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale na Wąwolu jego słowa, jak i wszystko inne, wywoływało niewielkie wrażenie, więc pewnego razu Murzyn postanowił pokazać próbkę możliwości:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Co się  patrzysz, Wale?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał akurat jadł kolację, wygrzebując widelcem konserwę i przegryzając niepokrojonym chlebem, więc z ustami pełnymi jedzenia potrząsnął tylko głową, nie spoglądając nawet w jego kierunku. Murzyn powolnym ruchem zwrócił głowę w moją stronę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A ty, żółtku?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ja też nie  patrzę, Murzynie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pokazówka Murzyna trwała jeszcze kilka minut, aż wreszcie nie wstrzymując śmiechu, zerwałem się do wyjścia.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Widzisz? -  powiedział Murzyn do śledzącego to widowisko z obojętnym wyrazem  twarzy Wąwola. - Już mają dość mojego chamstwa.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wybiegając z pokoju dostrzegłem jeszcze kątem oka, że Wał, który akurat upijał łyk kranówki, wypluł ją przed siebie, tak,  że struga wody trafiła wprost w siedzącego naprzeciw Wąwola.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kuuurwa!  - krzyknął, w spóźnionej o dobre trzy sekundy reakcji  odsuwając się od stołu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał przerwał posiłek i również wybiegł na zewnątrz. Dochodziliśmy do siebie, paląc papierosy  przy oknie na końcu korytarza, wśród kolejnych eksplozji śmiechu.  Chwilę później wyszedł z pokoju Wąwol. Podszedł do nas i poprosił mnie o ogień.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To tak się z  was nabijał cały weekend? - spytał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Przytaknęliśmy skwapliwie, a Wąwol złapał się za głowę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- O kuuurwa... - zawył bezsilnie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn, nakremowany i wypachniony, wyszczerzał bielutkie zęby w złośliwym uśmiechu, święcie wierząc, że jest największym chamem na świecie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ja  to jestem silnym człowiekiem, nie to, co wy – zapewniał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał słuchał po raz bodaj siedemset osiemdziesiąty piąty „Only for the weak”, a jego osłabienie wkraczało w fazę krytyczną. Kolejny raz próbował przetrawić usprawiedliwienia córy Czygis – Chana, dlaczego tak lekko potraktowała swoją niewinność, a raczej odrzuciła precz, niczym zbędny balast, przez który nie potrafiła nikogo pokochać. Teraz już nie Wał, lecz ona wyznawała przez łzy swe wiernopoddańcze uczucia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie wiem, co  mam o tym sądzić – mówił Wał, nie mogąc znieść  widoku płaszczącej się bogini. - Bambo, powiesz mi? - pytał  błagalnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Sądź sobie,  co chcesz! - powtarzał z naciskiem coraz bardziej zirytowany  Murzyn. - I nie pytaj mnie ciągle o wszystko, człowieku bez  własnego zdania!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt; Parsknęliśmy śmiechem, a Murzyn niezrażony ciągnął:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Czemu się śmiejecie, słabi ludzie?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie było sensu nic tłumaczyć.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Z biegiem czasu zaczęliśmy się obawiać, że Murzyn szykuje na koniec super chamski żart.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wyobraź  sobie – powiedziałem do Wała – że na koniec zrzuci tą  murzyńską maskę i powie: „ale jesteście idiotami, cały rok  się z was nabijałem, a wy myśleliście, że naprawdę jestem taki  głupi”.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał uznał, że to całkiem możliwe, bo być w rzeczywistości takim jak Murzyn to w zasadzie dla człowieka rzecz niemożliwa i odtąd próbował go sondować na tę okoliczność.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie  przygotowujesz, Murzynie, jakiegoś szczególnego żartu na  koniec? - spytał, niby od niechcenia, leżąc na łóżku.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie rozumiem,  Wale, o co ci chodzi – odparł Murzyn wyniośle.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał westchnął ciężko, podniósł się i wbił w niego oczy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czy ty nie  przygotowywać jakaś inna... wyjątkowo chamska żart... na koniec  nasza znajomość?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie –  stwierdził Murzyn po chwili zastanowienia. - Cały czas będą  takie same.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I nieco zirytowany głupimi pytaniami zalał zupę wrzątkiem, a Wał, uspokojony, pokiwał głową.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wkrótce okazało się, że Murzyn nie kłamał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wiosna była tradycyjnie czasem przesilenia. Schwytane jeszcze jesienią, a zmrożone zimą uczucia, odżywały nagle z całą mocą – zarówno te dobre, jak i złe. Przesileniu ulegała miłość, ale i namiętność, przyjaźń, niechęć, nienawiść, nawet elementarna bliskość łącząca współlokatorów. Słowem, wraz z końcem akademickiego roku wiele spraw dojrzewało do sznura, ludzie zdobywali się na odwagę, by powiedzieć to, co w sobie tłumili. Zmienność pór roku zdawała się uwalniać z rozpaczliwych prób zatrzymania tej danej rzeczywistości jako niewzruszalnej, wiecznej, jedynej. Wyzwalała moc, by sięgnąć łapczywie po nowe życie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jestem już  silnym człowiekiem – oznajmił ze smutkiem Wał po powrocie ze  spotkania z Monisią, na kilka dni przed półrocznicą ich  związku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tego wieczoru słuchał kilkunastokrotnie „Ostatniego”, zmrużonymi oczami patrząc tępo w ścianę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Następnie, podobnie jak odtrącona bogini, oddał się konwencjonalnej rozpaczy, z tym że córa Czyngis – Chana chodziła na samotne spacery, utyskiwała na mężczyzn, a wieczorami spoglądała przez okno w dal, Wał natomiast pił jeden za drugim cavaliery. Często towarzyszyłem mu w pijatykach, bo mój związek wciąż, mimo nadejścia wiosny, pozostał chaotyczny i podszyty nieufnością, uparcie czekając na przesilenie, sam już nie wiedziałem, jakiego rodzaju, choć coraz rzadziej byłem optymistą. Bądź co bądź często zalegało mną a Casią kilkudniowe milczenie, przerywane dopiero, gdy przypadkiem spotkaliśmy się na miasteczku. Do pokoju, gdzie mieszkały dziewczyny, chodzili już tylko trwający uparcie w jałowych koleżeńskich relacjach Murzyni, my natomiast, słabi ludzie, udawaliśmy się najczęściej na jedną z miejscówek na wzgórzu przy Głębokiej: Wał sączył cavaliera, ja, dla kompanii, kilka piw. Już bez dawnych ożywionych rozmów, jakby wszystko, a nawet zbyt wiele zostało powiedziane.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Popatrz na  takiego Murzyna – zaczął raz Wał. - On naprawdę jest  szczęśliwy w tym swoim życiu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No jest.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nawet nie wie,  że ktoś się z niego nabija.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No nie wie...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jest  prawiczkiem, kiedyś pozna jakąś równie murzyńską  dziewicę. - Wał, wymawiając słowo „dziewica”, jak zwykle  upił ogromny łyk wina. - I nawet nie będą sobie zdawać sprawy,  że uchwycili coś ważnego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Taki był ideał związku według Wała: dwoje ludzi bez seksualnej przeszłości i rzeczywiście, wszystko wskazywało na to, że właśnie Murzyn po ten ideał, chcąc nie chcąc, może kiedyś, zapewne, gdy zrobi się naprawdę gorąco, jak mawiał z przekąsem Wał, sięgnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Myślisz, że  Murzyn kogoś pokocha? - rzuciłem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał spojrzał na mnie i z kwaśnym uśmiechem potrząsnął głową.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nierealne. Po  co Murzynowi miłość?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wysączył do dna wino, cisnął kartonem na pobliskie wysypisko śmieci, i jak zawsze w chwilach konfrontacji myśli z absurdem tego świata, wydał z siebie dziki okrzyk frustracji: AAAAAAAA!!!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;"Far away is a place where I hide &lt;br /&gt;the truth that have to be locked away" &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;And so I hear my voice again &lt;br /&gt;The tale of the bitter man, here I am &lt;br /&gt;Shake the silence and hear what it says &lt;br /&gt;The tranquil pride that become the lie &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Sell me the infection, it's only for the weak... &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wał nie tylko polubił, a następnie obrzydził mi „moją” muzykę. Kilka lat później uwierzył także tą gorliwą, religijną wiarą, w moją miłość i zapragnął odtwarzać ją do znudzenia. Wcześniej jednak, skoro nadeszło upragnione przesilenie naszej miłości, przeżyłem wraz z K. najpiękniejsze dni życia. Pragnę je dostrzec, czyste, starannie wydobyte z toczących się bez zmysłu kompozycji losów, pragnę widzieć w nich upragnioną JEDNOŚĆ. Wierzę, że kres nie pozbawił ich ani estetyki, ani sensu, a jedynie spiął konieczną klamrą. Wiem: przeszłość nie miała żadnego znaczenia. Tym bardziej nie miało żadnego znaczenia to, co stało się potem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Najważniejszą i zarazem chyba najgorszą cechą słabych ludzi jest potrzeba idealizacji. Pragną, by ich idealizacja rozbłysła cudownie, i by jej blask został obiektywnie zauważony przez otoczenie. Lecz nawet osiągnięcie celu nie dodaje im sił, przeciwnie, osłabia ich jeszcze bardziej. Nie potrafią uchwycić tej rzęsistej iluminacji, by oświetlała pod nazwą spełnienia ich własny ogródek, nie rozumieją obcego świata, który spogląda na nich zazdrośnie, pragnąc schwycić łapczywie i przystroić się wiązką fałszywego, jak im się naraz zdaje, światła. Cudowna świetlistość staje się obca i zimna jak ten wzgardzony świat.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Być może na każdą miłość i przyjaźń czyha to krytyczne przesilenie. Zwycięża zawsze nijakość, stabilna, uchwytna, schroniona przed porywami namiętności, niepokorna kompozycji, uparcie prąca naprzód. Wieczna, zapewniająca temu światu trwanie i względną równowagę. Tanie romantyczne błyski wystarczają jej w zupełności za jasność.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie wiem, kto ostatecznie zwyciężył, nie wiem, czyja idealizacja rzuciła na ten świat strumień ciepła zmieniający choć na chwilę stabilny arktyczno-przejściowy klimat ludzkich uczuć.  Nie mam pojęcia, kto z nas pomylił się w ocenie dziewczyn, uczuć i wyborze drogi, jaką się udał, gdy to, w co wierzył, okazało się mrzonką. Wciąż nie wiem, co mam o tym sądzić, a nie spytam już nigdy Murzyna.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-1612935984485920255?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/1612935984485920255/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/10/sabi-ludzie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/1612935984485920255'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/1612935984485920255'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/10/sabi-ludzie.html' title='Słabi ludzie'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-6066779384710949517</id><published>2011-10-28T00:22:00.001+02:00</published><updated>2011-10-28T00:26:31.158+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>O homofobii i obyczajowej rewolucji</title><content type='html'>&lt;div style="font-style: normal; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;&lt;b&gt;O homofobii i obyczajowej rewolucji&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ponieważ nie lubię i niezbyt umiem kibicować przeciwko nawet nielubianej bardzo drużynie, nie zamierzam też głosować na zasadzie wyboru mniejszego zła. Głosuję tudzież uczestniczę w tak zwanym życiu społecznym tylko wówczas, gdy identyfikuję się z czymś mocno - taką już mam  niezbyt ułatwiającą życie, także to społeczne, zasadę. Wybierać między ospą, dżumą, cholerą i czym tam jeszcze? Dziękuję, życzę sobie i innym zdrowia. Zwłaszcza że pogoda ostatnio mocno jesienna i łatwo się przeziębić, wychodząc z domu na spacer.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ostatnie wybory do polskiego parlamentu pokazały to, co większość wiedziała na długo przed nimi: nasza scena polityczna jest zabetonowana i nie widać realnej możliwości zmiany. Źle się do tego spolaryzowała, jeśli można tak powiedzieć, w czym zasługa zarówno rządzących jak i opozycji, wbrew pokazowym utarczkom żyjących w doskonałej symbiozie i umacniających się wzajemnie jedynie własną słabością. Bo tak naprawdę jedynym wymiernym „sukcesem” Platformy jest rozpostarcie przed wyborcami sztucznej alternatywy PO - PiS i straszenie „niedobrym” Kaczyńskim tudzież jeszcze gorszym ojcem dyrektorem za jego plecami, o kibolach kopiących fotoreporterki nawet nie wspominając. Ogólnie rzecz biorąc, nawiązując wciąż do spotów w rodzaju „oni pójdą na wybory, a ty?”, jakich namnożyło się tuż przed wyborami w sieci, coraz mocniej uwidacznia się, że polityka w Polsce to de facto kabaret, którego nikt nie traktuje poważnie, a już na pewno nikt normalny. Śmieszy mnie tym bardziej gorące namawianie do udziału w wyborach oraz twierdzenie, jakoby wysoka frekwencja dowodziła triumfu demokracji. Brak głosu też jest głosem, tak jak milczenie bywa jedynym adekwatnym komentarzem. Parafrazując przewrotne hasło o Bogu i ateizmie: chwała ci demokracjo za to, że mogę wzruszyć ramionami, zamiast stać w kolejce do urny. „Oni idą na wybory, a ty?” Zostaję w domu, chcę pozostać zdrowy, a ostatnio nieciepło i nieprzyjemnie zawiewa... Komentuję z boku.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wobec złego spolaryzowania i kuriozalnej symbiozy rządzących z główną partią opozycji, scena polityczna na gwałt potrzebowała nowej siły i taka siła miała szansę, by w wyborach odegrać znaczącą rolę, tymczasem większość głosów zirytowanych kondycją polskiej polityki i tym całym piekiełkiem, zgarnia Palikot, czyli osoba, która robiła w ostatnim czasie największe bagienko. Jeśli jego wielkie odejście z macierzystej partii było sfingowane, jest to polityczny majstersztyk Tuska, bo w zasadzie to w głównej mierze dzięki Ruchowi Poparcia, mamy wciąż status quo i bezprecedensowy w dziejach najnowszych triumf partii rządzącej.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Palikot nie podoba mi się jako polityk, nie jest typem człowieka, któremu byłbym skłonny zaufać, ale jedno trzeba mu oddać: nie brnie do władzy, żeby się, mówiąc kolokwialnie, „nażreć”. On bawi się lepiej lub gorzej polityką. Trudniej powiedzieć cokolwiek o zapleczu Ruchu – kto znalazł się w parlamencie z jego list, tego nie wie chyba sam lider. Znam jedną osobę zaangażowaną w tworzenie lokalnych struktur partii w moim mieście i mogę stwierdzić, że ma ona tylko jedną polityczną nadzieję i zarazem ambicję: Palikot zalegalizuje marihuanę, a jeśli nie, otworzy na powrót „dopalacze”. Wolno mi przypuszczać, że takich monoideowych „polityków” jest wśród członków RPP więcej. Póki co media zainteresowały się głównie dwojgiem nowych parlamentarzystów, a mianowicie Robertem Biedroniem, „pierwszym gejem R. P.”, utyskującym, że nieustannie podążają za nim kamery, ale przecież od dawna prącym jak mało kto na szkło, oraz Anną Grodzką, ponoć jedyną na chwilę obecną, transpłciową posłanką na świecie. Niektórzy, wobec wyboru do sejmu zdeklarowanego geja i transseksualistki, mówią o obyczajowej rewolucji. Chyba jednak  nie o taką rewolucję chodziło komentatorom, gdy po katastrofie smoleńskiej, awanturze o krzyż czy zabójstwie pracownika biura poselskiego, postulowali konieczność radykalnej przemiany moralnej w polskiej polityce.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Naturalnie, Robert Biedroń zapewne nie jest pierwszym homoseksualnym posłem w dziejach polskiego parlamentu. Trafił się też może jeden miłujący krówki zoofil i z pewnością liczne grono fetyszystów stóp. Ale nikt się tym do tej pory nie afiszował, nikt nie budował na swej seksualności politycznej kariery. W tym sensie można powiedzieć o pewnej „nowej jakości”, jaką Ruch Poparcia wnosi już na wstępie na Wiejską.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Biedroń, znany głównie z tego, że jest, jak mawia Korwin, tfu! gejem, całą karierę społeczno-polityczną zbudował właśnie wokół swojego homoseksualizmu i przyznawanych przez współbraci w orientacji „tęczowych laurów”. Niejako przy okazji już wielokrotnie pokazywał, jaki z niego ignorant, czy to polityczny (doktorant politologii), czy prawniczy, czy historyczny, więc nie ma co się dziwić, że już na dzień dobry strzelił, odpytywany przez Monikę Olejnik o skład głównych organów sejmu, komentowaną szeroko w mediach gafę. Zasłynął również swego czasu z blokowania legalnego przemarszu, a po zatrzymaniu krzyczał wniebogłosy, jaka to dzieje mu się krzywda, by potem pomawiać panów policjantów o przekroczenie uprawnień i agresję, a przecież nikt nie uwierzy, że w demokratycznym państwie prawa, panowie policjanci śmialiby zachowywać się agresywnie i przekraczać uprawnienia. No, może tylko kibole, z którymi Biedroniowi wybitnie nie po drodze.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mówi się, że spoczywa na świeżo upieczonym pośle wielka odpowiedzialność, bo oto jako pierwszemu gejowi w polskim parlamencie otwarcie deklarującemu swój homoseksualizm, przyszło mu reprezentować środowisko, które de facto do statusu posła na sejm go wypromowało, a co za tym idzie – każde jego słowo może wpłynąć na postrzeganie osób homoseksualnych w ogólności. Cóż, biada tym  szarym „homosiom”, że mają taką „twarz” i takiego reprezentanta w parlamencie, bo najzwyczajniej, chcąc czy nie chcąc, zafunduje im tylko krecią robotę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Triumf Anny Grodzkiej, i to nie byle gdzie, bo w małopolskim Krakowie, okrzyknięto pompatycznie jako znak „postępowości”, „nowoczesności” i wyjścia z mentalnych, ciemnogrodzkich okowów. Cóż, dla mnie nie jest to powód do dumy ani żadne świadectwo postępu, no ale do diabła z moją, mieszkańca tej zaściankowej i prowincjonalnej Galicji, opinią. Przejrzałem z ciekawości kilka wywiadów z posłanką i raczej uderza w nich monotematyczność haseł. Być może spora w tym także zasługa mediów, które Grodzką traktują od momentu uzyskania mandatu jak, nie przymierzając, człowieka – słonia, ale rodzi się w obserwatorach sceny politycznej obawa, że podobnie jak poseł Biedroń, wniesie ona do parlamentu li tylko swoją seksualność. Jeśli tak miałoby się stać, nie ukrywam, że wolałbym te słynne i wyszydzane, młode, piękne i rzekomo zdolne „aniołki Kaczyńskiego” i niechaj to one epatują ile dusza zapragnie płciowością. I pójdę nawet dalej - abstrahując całkowicie od innych, tych rzekomych, zdolności.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wraz z wyborczym sukcesem Biedronia i Grodzkiej, powraca jak bumerang temat praw mniejszości seksualnych, w głównej zaś mierze homoseksualistów. Nie od dziś wiadomo, że naczelnym problemem wielu „uciśnionych mniejszości” i grup jest to, że chcą być „równouprawnieni” zachowując wynikającą z odrębności, a zatem wyróżniającą tożsamość. Pragną być „poza” (głównym nurtem) i „w” (dać mu się porwać) jednocześnie. Zjeść ciacho i mieć ciacho. To samo, co z tak zwaną emancypacją, choć w jej przypadku odrębność wiąże się także z szeregiem przywilejów. Albo – idąc jeszcze dalej - podobnie jak ze zwykłymi, szarymi  ludźmi:  każdy chciałby uważać się i za „normalnego”, i za „wyjątkowego” zarazem, a tak się po prostu nie da. Trudno nie zgodzić się z Korwinem, że „homosie” (ale już nie „tfu! geje”), nie są normalni. Są wyjątkowi i basta.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;O adopcji dzieci przez pary homoseksualne nikt, może poza najradykalniejszymi homo-bojownikami, póki co głośno nie mówi, ale nikt też nie wątpi, że po ewentualnym zdobyciu przyczółku, rozpocznie się bitwa o rozległy teren. Tym przyczółkiem są na chwilę obecną związki partnerskie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Homo też człowiek – oczywiście. Ponadto, jestem zdecydowanie przeciwny ujmowaniu przywilejów, które niesie ze sobą dostępne tylko „heterykom” małżeństwo, jako wynikających z potencjalnego rozrodu. Dopóki rozmnożenie się nie jest statuowanym ustawowo obowiązkiem (oby nigdy nie było), dopóty wszystkie argumenty „rozrodcze” do mnie nie przemawiają i nie powinny być używane w publicznej debacie. Z drugiej zaś strony uznanie homoseksualizmu za „normę” (a nie dewiację), pociąga za sobą wiele skutków, od których nie da się uciec bez odwoływania się do abstrakcyjnych wartości typu religia czy właśnie rozrodczość lub demografia, podrzędnych w państwie bądź co bądź świeckim wobec godności człowieka (także tego homo) i wszystkich wypływających z niej praw.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podkreśla się zatem (i słusznie!), że małżeństwa nie są maszynką do płodzenia dzieci, a małżonkom, którzy nie mogą (liczba przypadków całkowicie nieuleczalnych jest ponoć nikła) albo nie chcą mieć potomstwa, nikt nie odbiera przywilejów związanych z małżeńskim statusem, a wynikających choćby z prawa podatkowego czy spadkowego. Gdyby zająć odmienne stanowisko, doszlibyśmy prędko do absurdu. Przykładowo: jeśli jeden z małżonków umarłby, nie doczekawszy potomka, drugi automatycznie zostałby wyłączony z kręgu spadkobierców i nie uzyskał żadnych praw przechodnich po zmarłym. W końcu warunek rozrodu (w takim rozumowaniu ratio legis uprawnień) się nie spełnił, możliwości już brak. Można maglować problem do znudzenia, szukając  dla odmiany kulturowych argumentów, ale przecież kultura, także ta społeczna, jest zmienna, akcesoryjna wobec naturalnych praw, a poza tym znajdujemy się ponoć na progu obyczajowej rewolucji albo nawet próg ten wraz z ogłoszeniem wyników wyborów przestąpiliśmy. &lt;br /&gt;Adopcja to już jest inna, bardziej złożona sprawa. Nie ma wiarygodnych badań dowodzących, że dziecko wychowane przez homoseksualnych rodziców ma szansę na taki sam prawidłowy rozwój, ekstrahując patologie, które zdarzają się w każdej rodzinie. Obawiam się, że nie można już nawet w czasach politycznej poprawności definicji „prawidłowego rozwoju” bez obrażania jakiejś mniejszości sporządzić. Ale na zdrowy rozum jeśli powiedziało się „a” - związek osób homoseksualnych jest „normalny”, to trzeba powiedzieć „be” - nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tę „normalność” transponować na dzieciaki (jeśli wierzyć przeciwnikom, że wychowanie wśród gejów lub lesbijek „uczy” homoseksualnych postaw). I w zasadzie wracamy do punktu wyjścia - czym jest homoseksualizm.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Rodzina, co tu dużo mówić, to źródło rozmaitych plugastw i patologii. Tak było jest i zapewne będzie, nie zmienią tego nawet tysiące reklam z uśmiechniętymi rodzicami w uścisku, bawiącymi się radośnie pociechami i wystawiającym jęzor koniecznie rasowym psem. Płodzenie nie jest nijak reglamentowane przez państwo – aby spłodzić dziecko nie trzeba mieć żadnych zaświadczeń od proboszcza ani z Urzędu Gminy, można być nawet kompletnie wyzutym cech, jakimi powinien, choćby w tym potocznym mniemaniu, charakteryzować się przyszły ojciec lub matka.  Przysposobienie dziecka to już inna sprawa, nad nim pieczę sprawują państwowe instytucje - żeby „mieć dziecko”, trzeba najpierw wykazać, że na to dziecko się zasługuje i podoła się jego wychowaniu. Teoretycznie zatem odsetek patologicznych rodzin adopcyjnych powinien być mniejszy niż tych zwykłych. Teoretycznie „przetrzepana” do cna na okoliczność dobra malucha i rodzicielskich atrybutów para homoseksualna, dałaby lepszą gwarancję jego szczęścia niż owiany nie najlepszą sławą dom dziecka.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jeśli jednak, choć na dzień dzisiejszy to futurystyczna wizja, pary homoseksualne wywalczyłyby prawo do adopcji dzieci, obawiam się, że, mówiąc kolokwialnie, płynęłyby na fali wznoszącej (trudno im się dziwić), a prawie każda odmowa spotykałaby się z zarzutem „homofobii”, co też odbijałoby się mocno na praktyce i dalekosiężnie być może okazałoby się, że wychowanie przez homoseksualnych rodziców przynosi dziecku same korzyści już z definicji. Myślę, że dla współczesnych „naukowców” to żaden problem zrobić na zamówienie stosowne badania, a w mętnym obszarze psychologii można dowodzić praktycznie każdą tezę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Oczywiście, są niezawisłe sądy, oczywiście – konieczne byłoby piętnowanie nadużyć, także tych zrodzonych przez totalną, tęczową tolerancję. Wszystko pięknie, ładnie, ale nie żyjemy w próżni ani też w próżni nie orzekają niezawisłe przynajmniej z definicji sądy. Niestety, także tej politycznej. Nie zawsze musi to być złe, bo przecież nie wszystko da się reglamentować literą prawa, a wszystkie pojęcia nieostre wyznacza w jakiejś mierze wiejący akurat wiatr (polityczny, społeczny, i tak dalej).  Niedobrze się jednak dzieje, że sprawa homoseksualizmu zostaje coraz mocniej upolityczniona i dorabia się do niej kulawą, tęczową ideologię. Przyznaję bez bicia, że nie widzę dobrego, zadowalającego wszystkich rozwiązania, a jedynie lawirowanie między jednym złem a drugim. &lt;br /&gt;Niektórzy, podchodząc sceptycznie do możliwości przysposobienia dzieci przez pary homoseksualne, podnoszą argument reakcji innych dzieci wychowanych w homofobicznej rzeczywistości. Na tej samej zasadzie można obawiać się reakcji dzieci na osobnika z rodzin mieszanych. Ale nie można przecież zabronić białej kobiecie pójść do łóżka z Murzynem ani mieć z nim potomka. &lt;br /&gt;Osobiście jestem sobie w stanie wyobrazić, że pochodzę z mieszanej rodziny i staje się to elementem mojej tożsamości czy nawet dumy, ewentualna nietolerancja otoczenia natomiast tylko kształtowałaby i umacniała charakter. Ba, jestem w stanie zrozumieć, że elementem mojej tożsamości jest (byłaby) taka, a nie inna orientacja seksualna czy seksualność w ogólności. Jednakże gdybym był wychowany przez rodziców homoseksualnych, raczej odpychałbym od siebie ten fakt, wypierał, po ludzku wstydził się. Czy to już homofobia? Pewnie, zdaniem homo-bojowników, tak. Myślę jednak, że niewielu bez obłudy i z ręką na sercu może powiedzieć, że nie miałoby nic przeciwko takiej sytuacji, która kształtowałaby, co tu dużo mówić, ich własne „ja”.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Homofobia to słowo - wytrych, które zrobiło w ostatnich latach zawrotną karierę. Jak rasizm czy antysemityzm – jest orężem w rękach bojowników tolerancji, i pal licho znaczenie, a jeśli fakty mają się nijak do zarzutów wobec politycznych oponentów, tym gorzej dla faktów. „Homofobia da się leczyć!” – wykrzykują przewrotnie w kierunku przeciwników „promowania dewiacji”, jak kontrmanifestanci nazywają, nie bez dozy słuszności, marsze równości.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Fobie (w znaczeniu właściwym, a więc nieuzasadnione lęki) są złe. Fobie odbierają radość życia, utrudniają, a nawet uniemożliwiają czerpanie zeń przyjemności. Od jaskrawych przypadków koitofobii czy socjofobii począwszy, na „zwykłym” lęku wysokości kończąc. Tutaj nie ma o czym dyskutować. „Homofobia” tymczasem stała się dla niektórych powodem do dumy – można powiedzieć, że przekornie przejęli obraźliwe rzekomo miano albo też nie chcieli pokazać tej samej „wrażliwości”, co obrażający się o poczciwego „homosia” geje. Mamy zatem do czynienia z kuriozalną przepychanką, w której jeden obóz zarzuca drugiemu patologię i vice versa.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Trudno w jakikolwiek sposób porównywać obecną sytuację homoseksualistów do sytuacji czarnych  w Stanach Zjednoczonych na przestrzeni lat. Walka z rasizmem i dyskryminacją, w dużej mierze udana, doprowadziła jednak polityczną poprawność poza granicę paranoi. Oczywiście można powiedzieć, że nawet paranoiczna polityczna poprawność jest mniejszym złem niż rasizm, ale mimo wszystko nie chciałbym, żeby podobnie stało się z prawami homoseksualistów, a pewne środowiska bez żenady do tego zmierzają. I właśnie tutaj widzę problem funkcjonowania homoseksualizmu w sferze publicznej, a nie w tym, że ubędzie dzieci, skoro i tak mamy podobno przeludnienie. Obyczajowa rewolucja może stać się rewolucją paranoiczną. Nie jestem pewien, ale paranoja jest raczej trudniejsza w leczeniu niż homofobia. Zwłaszcza ta zakaźna, ogarniająca całe społeczeństwa.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size: large;"&gt;Chcę być, jako się rzekło, zdrowy i zdrowia życzę innym.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;27.10.11&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-6066779384710949517?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/6066779384710949517/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/10/o-homofobii-i-obyczajowej-rewolucji.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6066779384710949517'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/6066779384710949517'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/10/o-homofobii-i-obyczajowej-rewolucji.html' title='O homofobii i obyczajowej rewolucji'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-5757695227251467533</id><published>2011-10-11T18:59:00.000+02:00</published><updated>2011-10-11T18:59:13.098+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lubelskie'/><title type='text'>Czarna łapa przeznaczenia</title><content type='html'>&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;b&gt;Czarna łapa przeznaczenia&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;(cykl „płomienny”)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Spend some quality time with the demon of mine&lt;br /&gt;I like the way you struggle but you know I'm here to win &lt;/i&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-top: 0.42cm; page-break-after: avoid; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="" name="5"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt; &lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;In Flames, Square Nothing&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wszystkiemu winien był Murzyn.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Brzemienne w skutki zetknięcie miało miejsce w windzie. Murzyn, który jeszcze po prawdzie nie był Murzynem, odezwał się do nieznajomej, którą nazywaliśmy potem Cycatą, choć po prawdzie jej biust ani wtedy, ani później nie należał do szczególnie obfitych, a jedynie wyróżniał się powabnym kształtem, co zresztą kilka miesięcy później tłumaczył rozpaczliwie Wał, gdy Cycata dowiedziała się pokątnie, że jest Cycatą, i nie wiedzieć czemu obraziła na nas śmiertelnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn zatem wyszczerzył zęby i otworzył gębę albo też odwrotnie, najpierw otworzył gębę, a potem wyszczerzył zęby. A skoro otworzył już swoją murzyńską gębę, spytał dziewczynę, czy przypadkiem nie jest z administracji, ta pomyślała, o Boże, Boże, że chodzi o administrację budynku i gwałtownie potrząsnęła głową, że nie, a skądże znowu, co on sobie, matko nasza wspólna, myśli, lecz Murzyn, który akurat był z administracji i łudził się, że natrafił przypadkiem na koleżankę z roku, a jeśli nawet nie, pozna chociaż koleżankę spoza roku, spytał niezrażony, gdzie w takim razie mieszka, dziewczyna, chyba chcąc potwierdzić, że nie jest z żadnej cholernej administracji, wyrzuciła szybko trzy cyfry, Murzyn znów wyszczerzył zęby, ale tym razem w triumfalnym uśmiechu i zapewnił, że odwiedzi ją w takim razie wraz z kolegami, wpadną na kawę albo na herbatę, albo nawet tak po prostu wpadną w odwiedziny, na co dziewczyna powiedziała, o Boże, Boże, że nie ma sprawy albo już nic nie odpowiedziała, kiwnęła tylko głową ni to przyzwalająco, ni na pożegnanie, bo winda zatrzymała się już na czwartym piętrze i musiała czym prędzej, o matko nasza wspólna, wysiąść.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po powrocie do pokoju Cycata obwieściła koleżankom, że zagadnął ją jakiś chłopak w windzie, o Boże, Boże, i spytał, czy ona nie pracuje w administracji, matko nasza wspólna, czy ona wygląda, jakby pracowała w administracji, i powiedział jeszcze ten chłopak w windzie, że przyjdzie tu z kolegami, o Boże, Boże, na kawę albo herbatę wpadną, wy macie w ogóle kawę albo herbatę, bo ona to ani herbaty, ani kawy nie ma, gdyby ten chłopak, matko nasza wspólna, z kolegami przyszedł, ale co musi przyznać i o czym napomknęła współlokatorkom mimochodem, strasznie ładny był ten chłopak w windzie, oj, ładny był, trzeba przyznać, straszliwie.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn zaś, skoro tylko wszedł do naszego pokoju, obwieścił z dumą:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Poznałem  właśnie niezłą laskę.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Unieśliśmy wszyscy, ja, Wąwol i Wał, z lekkim zdziwieniem oczy, jakby poznanie w tym przybytku niezłej laski było czymś niecodziennym, a nawet niespotykanym.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ładna?  - spytał Wąwol z mocnym powątpiewaniem w głosie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn zrobił minę, jakby szacowanie kobiecej urody nie należało do jego kompetencji, lecz po kilku chwilach intensywnego namysłu, w trakcie których usiłował chyba przywołać postać poznanej w windzie dziewczyny, wyszczerzył z zadowoleniem zęby, energicznie kiwnął głową i stwierdził kategorycznie:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Miała  niezłe cyce.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Murzyn, można by rzec, zrobił swoje. Do pokoju, gdzie według murzyńskiej deklaracji, mieszkała posiadaczka niezłych cyców, czyli późniejsza Cycata, która po prawdzie piersi miała zacne, ale wcale nie ogromniaste, udaliśmy się w trójkę, gdyż Murzyn wyjechał na weekend do Kasku, jak o jego rodzinnym Chełmie, zawsze się przy tym rubasznie śmiejąc i powodując na murzyńskim obliczu groźną minę, mawiał z uporem maniaka Wał. Trochę się mimo wszystko obawialiśmy. Murzyn był bądź co bądź najładniejszy z nas, jego absencja niweczyła szanse, że nasze niespodziewane wtargnięcie wywoła u dziewczyn jakieś pozytywne wrażenie estetyczne, a jak wiadomo pierwsze wrażenie jest w tych sprawach dosyć doniosłe. Znaliśmy już jednak Murzyna na tyle, by wiedzieć, że o ile łatwo mu nawiązywać z niezłymi laskami przygodne rozmowy i znajomości, wzniesienie ich na wyższy choćby o jeden szczebel poziom, a przecież mieliśmy mocarstwowe ambicje i plany, nie jest już w żadnym wypadku jego domeną i głupotą byłoby skrywać się w trakcie awansów za wyszczerzoną murzyńską gębę. Musieliśmy zatem sprostać zadaniu w trójkę: długowłosy Wąwol, którego znajomi z internatu nazywali pieszczotliwie Diabłem, Wał, z kolczykami w uszach, fryzurą anarchisty i długaśnym nochalem, no i ja, mniejsza o krótką charakterystykę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nasze wejście było, trzeba przyznać, spektakularne. Na tyle, że jedyna obecna w pokoju dziewczyna lekko otworzyła usta, wytrzeszczyła oczy i chwyciła się za lewą pierś, a gdy Wał, niezrażony piorunującym wrażeniem, jakie nasze nagłe wtargnięcie wywołało, zmierzał do niej przesadnie wielkimi krokami z wyciągniętą w geście powitania łapą, cofała się bidulka w kąt pokoju, aż pod samo okno, z coraz większymi oczami i nie odrywając dłoni od okolic bijącego w zawrotnym rytmie serduszka. Była to Jagódka, dziewczątko z niewielkiej przygranicznej wioski, studiujące na artystycznym wydziale i emanujące wręcz niewinnością. Jagódka, tak po prawdzie, wcale nie miała na imię Jagódka, a została Jagódką tylko ze względu na uderzające podobieństwo do dziewczyny, której fotografia znajdowała się w pożyczonej przez Wała od sąsiadów i przeglądanej zapalczywie każdego wieczoru „Afrodycie”, a podpisanej właśnie jako Jagódka, choć zapewne też ochrzczono ją zupełnie inaczej. Ściślej zaś podobieństwo naszej Jagódki do Jagódki z „Afrodyty” uderzało na jednym jedynym zdjęciu, kończącym foto-story dokumentujące jej przygodę. Na rzeczonej fotografii  dziewczyna mrużyła oczka identycznie jak nasza Jagódka, gdy jej serduszko wróciło do miarowego rytmu, i uśmiechała się tajemniczo, a z niewinnej jak u naszej Jagódki buźki, buźki promieniejącej czystością, delikatnością i anielskością, zwisała jej długimi, lepkimi nićmi sperma, tuż po wieńczącym bogato ilustrowaną historię, precyzyjnie wycelowanym w twarzyczkę uosabiającą kruchą niewinność całego podłego świata cumshocie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie zagościliśmy u Jagódki zbyt długo, zwłaszcza że dziewczyna przez cały czas wizyty nie odrywała dłoni od swej lewej piersi, z jej półotwartych ust ulatywały jedynie chaotyczne monosylaby i nie opuszczała rogu pokoju pod oknem, dającym w sytuacji ekstremalnej, jak najwyraźniej sądziła, szansę na rozpaczliwą ucieczkę. Uznając słusznie, że nasz dalszy pobyt mija się z sensem i celem, a może litując się nad rozszalałym serduszkiem Jagódki, Wał niedbale zaprosił ją wraz z koleżankami na imprezę w naszym pokoju, ona odpowiedziała monosylabą, która równie dobrze mogła oznaczać zgodę jak i przeczenie, najpewniej zaś wyrażała jedynie niegasnący ani na chwilę strach, po czym, z kwaśnymi minami, zirytowani wrażeniem, jakie wywołaliśmy na Bogu ducha winnej dziewczynce, opuściliśmy pokój. Wracając do siebie, próbowaliśmy znaleźć winnego niepowodzenia:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To  wszystko przez ciebie – stwierdził Wał, z ukosa zerkając na  mnie ze wstrętem. - Popatrzyła na twoją mordę i się  przestraszyła.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A  ja myślę, że to twój długaśny nochal – kontrowałem. -  Mogło zejść dziewczę na zawał.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Twoja  dresiarska aparycja!   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Twoje  pedalskie kolczyki!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wąwol nic nie mówił i nikogo nie obwiniał, zastygł tylko w stoickim półuśmiechu pogodzenia się z losem i gotowością przyjęcia każdego wymierzonego przezeń ciosu. Nikt o tym nie wspomniał, ale nie ulegało wątpliwości, że mielibyśmy o wiele większe szanse, gdyby był z nami Murzyn i gdybyśmy poznali, a potem zaprosili dziewczynę zza jego deklarujących sympatię i wyłącznie dobre intencje wyszczerzonych zębów.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W niedzielny wieczór, czyli w porze zapowiedzianej imprezy, czekaliśmy na Jagódkę i jej nieznajome koleżanki z mityczną Cycatą na czele. Murzyn nie wrócił jeszcze z Kasku, więc czekaliśmy w trójkę, coraz bardziej wątpiąc w przybycie dziewczyn i zaczynając spierać się, czyj nochal tudzież czyje niewzbudzające zaufania oblicze jest najbardziej winne porażki. Impreza miała się zacząć o ósmej, tymczasem dochodziła dziewiąta i stawało się jasne, że ani Jagódka, ani jej koleżanki, od mitycznej Cycatej począwszy, nie poniosą ryzyka palpitacji serca dla poznania nas, bądź co bądź najprzystojniejszych facetów na piętrze. Przekomarzałem się z Wałem, w jaki sposób, w jakich kilku brutalnych słowach musiała opisać jego i mnie Jagódka, ta głupia pindziocha Jagódka, skoro dziewczyny wolały spędzić wieczór we własnym gronie. Wkrótce Wąwol, tradycyjnie najmniej się odzywający i komentujący naszą rozmowę tylko kpiącymi półuśmieszkami, oznajmił, że pomimo wczesnej pory idzie wobec takiej parszywej sytuacji spać. Wał najwidoczniej miał podobny plan na wieczór, bo nie mówiąc nic zdjął koszulkę, potem spodnie i w samych majtkach skierował się do kącika sanitarnego, by tam, gimnastykując się przy umywalce, umyć całe ciało bez konieczności udania się pod prysznic. Ja leżałem na swoim łóżku i gapiłem się w sufit. Wyczuwało się, że mimo rozmaitych głupich żartów i bagatelizowania sprawy nieudanej imprezy rozczarowanie przedzierzga się coraz mocniej w przygnębienie. I co my powiemy Murzynowi, zastanawiałem się. Każemy mu znów poznać jakąś posiadaczkę fajnego biustu, z instrukcją, by szczerząc zęby zaprosił ją od razu do nas, bez zbędnych ceremonii?  Chyba tak, skoro nasze niereprezentacyjne gęby skłaniają do skoku z czwartego piętra. Wtedy jednak, gdy przed oczami stanął mi szczerzący szyderczo zęby Murzyn, gdy Wał, tylko częściowo skryty za zasłoną, usiłował obmyć sobie krocze, gdy Wąwol odrzucił na najbliższe krzesło spodnie i skrył się niemal cały pod kołdrą, wtedy właśnie rozległo się pukanie, trzy delikatne uderzenia piąstką, przerywane dwusekundową ciszą. Ktoś, chyba Wał, krzyknął „proszę!”, ktoś inny, chyba ja, zaklął z przerażeniem, Wąwol natomiast wysunął niepewnie spod kołdry głowę i z nieco zmąconym półuśmiechem gotowości na wszystko spoglądał półotwartymi oczami w stronę wejścia. Wał naciągnął szybko majtki i sprężystym krokiem ruszył w kierunku drzwi, które otwierały się właśnie powoli, a gdy dotarł tuż pod nie i stanął jak wryty w prawie całej okazałości prezentując swe muskularne ciało, rozległ się rozkoszny dziewczęcy pisk.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Było ich trzy. Obok Jagódki, która tak naprawdę miała na imię inaczej, ale jej niewinność, anielskość i delikatność, kierowały myśli ku perwersyjnym żądzom, i Cycatej, która nieświadoma, że kiedyś okaże się Cycatą, założyła dobrodusznie bluzeczkę z wielkim dekoltem, przybyła jeszcze Monisia, nazywana potem przez Wała córą Czyngis – Chana brunetka o lekko skośnych oczach, uosabiająca piękno w tej przygnębiającej postaci, którą skompletować może tylko nadąsana, obrażona na cały paskudny świat mina.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Obraz, jaki ujrzały dziewczyny, stojąc wciąż niepewnie w progu, jasno sugerował, że nasza wiara w ich przybycie nie należała do tych nieugiętych albo też, gorzej, impreza, na jaką zostały zaproszone,  będzie mieć, o Boże, Boże, inny od tego utartego, niezupełnie moralny przebieg. Wał i Wąwol wkładali spodnie, ten pierwszy pospiesznie, dusząc cisnące się na usta przekleństwa, ten drugi opieszale i ze stoicką miną. Miałem ten komfort, że jako jedyny byłem ubrany, więc śmiałem się z kuriozalnej sytuacji, lekko wymuszonym jednak śmiechem. Szybko ustaliłem z Wałem, że on i Wąwol pójdą do pobliskiej stokrotki po alkohol, bo oczywiście nie zrobiliśmy stosownych zakupów, ja natomiast zajmę dziewczyny rozmową aż do ich powrotu, potem zaś, tu spojrzeliśmy na siebie znacząco i nie potrzebowaliśmy słów, wein, weib und gesang, wszystko potoczy się naturalnym rytmem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Misja zabawiania trzech dziewczyn troszkę mnie, nie ukrywam, przerosła, zwłaszcza że nigdy nie byłem duszą towarzystwa. Po zadaniu kilku elementarnych pytań, typu skąd przybyłyście, co studiujecie, odpowiedzi, naturalnie, w jednej chwili ulatywały mi z głowy, skupiłem się na jednej dziewczynie, tej, która usiadła najbliżej, na moim łóżku. Zaszczyt ten przypadł, a jakże, mitycznej Cycatej, więc mój wzrok mimowolnie świdrował w trakcie chaotycznej rozmowy jej dekolt, a o pozostałych gościach najzwyczajniej w świecie zapomniałem. O Boże, Boże, gdy wreszcie powrócili Wał i Wąwol, niosąc w reklamówkach kilka butelek sophii i pięć puszek piwa kupionych na moje specjalne życzenie, gdyż mój organizm po incydentalnej przygodzie z wiśniówką w licealnych czasach, nie tolerował żadnych win, zaschło mi już kompletnie w gardle i byłem u kresu swych krasomówczych sił.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zaczęła się wielka impreza! Brylował, jakżeby inaczej, Wał, który po wypiciu kilku szklanek sophii sięgnął po gitarę i brzękając wyśpiewał swój sztandarowy numer - „Rape me”, po czym, roznamiętniony, zapragnął z całych sił uściskać Jagódkę. Gonił ją po pokoju, lecz ilekroć zdołał się do niej zbliżyć na umożliwiającą uścisk odległość, ta wymykała się w ostatniej chwili, a jego wyciągnięte bezceremonialnie ręce chwytały żałośnie powietrze. Bezładne słowa przelatywały przez pokój i miały coraz mniejsze znaczenie, ale zarazem zadzierzgała się między nami a dziewczynami ta wątła jeszcze, koleżeńska nić, która, byliśmy o tym przekonani, wkrótce pozwoli na wzniesienie znajomości na wyższy i bardziej ambitny poziom, a gdy wróci Murzyn i wyszczerzy na powitanie zęby, nie będziemy się musieli wstydzić i z dumą oznajmimy, że nawet bez jego ślicznej buźki, udało nam się poznać bliżej mityczną Cycatą i jej koleżanki.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wkrótce staliśmy się częstymi gośćmi w pokoju dziewczyn, a i dziewczyny czasem przybywały z rewizytą, ale fortunnie były to relacje dziwaczne, pełne dwuznacznych spojrzeń i niezrozumiałych pretensji, bynajmniej nie grożące stworzeniem jałowej studenckiej paczki. Trudno żeby było inaczej, skoro byliśmy najprzystojniejszymi facetami na piętrze, w pokoju, do którego zaprowadził nas Murzyn, mieszkały zaś trzy ładne dziewczyny, rzecz w akademickich realiach niespotykana, i tylko czwarta z nich, nieobecna na inicjacyjnej imprezie Justysia odcinała się od koleżanek urodą, przez co jakiś czas później, kiedy erotyczne napięcie zdawało się sięgać zenitu, Wąwol stwierdził, że jest również jedyną dziewczyną, z którą da się normalnie pogadać. Innymi słowy, stało się jasne i przewidywalne, że wkrótce zawiążą się między nami jakieś porwane mniejszą lub większą namiętnością pary, a obecne mdłe, koleżeńskie relacje pełne rozmów o niczym, monosylab i krępującej ciszy, trafi nareszcie raz na zawsze szlag.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wcześniej jednak zżółkłem, dosłownie zżółkłem, i nawet Wał, który wcześniej nazywał mnie często Chińczykiem z uwagi na nieco skośne oczy, z troską zauważał, że  moja twarz nabrała intensywnej sarepskiej barwy i radził, bym wyjechał i odpoczął jak najdłużej w domu:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nic  tu po tobie, żółty człowieku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Temat dziewczyn uparcie powracał w naszych wieczornych rozmowach, nieśmiało sondowaliśmy swoje gusta i plany, by ewentualnie uprzedzić krok rywala, tworzyliśmy nawet rankingi, w których w sześciopunktowej skali ocenialiśmy urodę Jagódki, Cycatej, Monisi i skazanej na pozycję outsiderki Justysi, ich twarze, piersi, pośladki i nogi. Wałowi najbardziej podobała się córa Czyngis – Chana, potajemnie spotkał się z nią kilkakrotnie, wręczył kwiaty i wyznał, co za paskudny błąd na  przedprożu związku, swą płomienną miłość. Stało się to, co nie mieściło nam się głowach: piękna Monisia, piękna tą szczególną urodą, którą kompletuje jedynie nadąsana na cały pozbawiony godnego jej uroku świat mina i Wał, z wielgaśnym nochalem, rozczochraną czupryną i budzącymi wątpliwości co do jego orientacji seksualnej dyndającymi z uszu kolczykami, zaczęli ze sobą chodzić.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mnie po krótkiej fascynacji Jagódką, którą jednak przeszedł mniej lub bardziej intensywnie każdy z nas z wyjątkiem Murzyna, kiedy spoglądaliśmy na jej przymrużone oczka, a potem wertowaliśmy coraz bardziej zniszczony egzemplarz „Afrodyty”, gdyż Wał nie zamierzał oddawać go sąsiadom i na stałe pozostał w naszym pokoju, wzniecając erotyczne projekcje, najbardziej podobała się Cycata i to głównie za jej sprawą moja cera nabierała z każdym dniem coraz bardziej intensywnej, żonkilowej barwy. Sytuację miałem bowiem niezbyt sprzyjającą, a kolejne próby zbliżenia się do dziewczyny kończyły się fiaskiem. Oto Cycata dowiedziała się pokątnie, że jest Cycatą i nie wiedzieć czemu śmiertelnie się odtąd obraziła i przestała nas odwiedzać, sam też rzadziej przychodziłem do dziewczyn z wizytą, zwłaszcza że Monisia, jako dziewczyna kolegi, była nietykalna i bardziej chodziło o męską solidarność, niż obawę przed ciosami wymierzonymi przez muskularnego kolegę, Jagódka zaczęła żałować, że tego pierwszego dnia nie dała się facetowi o wyglądzie jej ukochanego Jona Bon Jovi, jak ponoć określiła Wała w rozmowie z koleżankami, schwycić i coraz bardziej ciążyła jej anielskość, niewinność i delikatność, na tyle nieużyteczne, że wywołujące tylko krótkotrwałe fascynacje, Cycata zaprzyjaźniła się z chłopakami z sąsiedztwa i marnym pocieszeniem było, że jej najlepszy, skrycie zakochany w dziewczynie kolega, o matko nasza wspólna, wydawał się niegroźnym dziwolągiem o posturze, dzięki której zdobył ksywę Wsza, jak się później okazało pasującą również do ciemnej strony jego natury, i pozostawała tylko nieatrakcyjna, od początku żyjąca szczęśliwie poza nawiasem żądz Justysia, jedyna normalna dziewczyna w pokoju, jak mawiał chyba również wyzuty libido Wąwol. Wieczorami Wał spotykał się z Monisią, i tam, na końcu ewakuacyjnych schodów tuż przy kotłowni, uprawiali w całkowitej ciemności seks, lecz po początkowej euforii i ślepej fascynacji córą Czyngis – Chana,  był coraz bardziej rozdrażniony, a przed spotkaniem z piękną bądź co bądź dziewczyną przeglądał „Afrodytę”, by wyzwolić z siebie wystarczającą na kolejny stosunek namiętność. Ja natomiast żółkłem i żółkłem, i nie miałem ochoty pokazywać mojej szafranowej twarzy nikomu, a już na pewno dziewczynie, która zaprzątała mi myśli, i którą spotykałem niemal każdego dnia w towarzystwie, o matko nasza wspólna, Wszy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wszystkiemu winien był Murzyn. Tym dniom beznadziei, złości i bezsilności, tym snom, które nie chciały się długo spełnić, hektolitrom wypitego alkoholu, tysiącom wypalonych w nerwach papierosów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Lecz wreszcie nastała piękna noc, noc, która nastać musiała, bo właśnie tak, o matko nasza wspólna, zapisane było w gwiazdach, tej właśnie nocy poświęcone zostały, Boże, Boże, gdzie jesteś? najważniejsze rozdziały naszych ksiąg przeznaczenia.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Do tej nocy nie prowadziły żadne wyznania, nie opracowałem żadnego misternego planu zdobycia dziewczyny, wręcz przeciwnie, kilka błahych, cudownych przypadków sprawiło, że późnym weekendowym wieczorem, gdy dogasały już imprezy, a spotkanie w okolicy kogoś trzeźwego graniczyło z niemożnością, usiedliśmy upojeni obok siebie na schodach i nastała, wreszcie nastała, niespodziewanie, ona, ta najpiękniejsza noc. Noc cichych uniesień i palących namiętności, noc, która, nie mieliśmy żadnych wątpliwości, zmieniła losy tego podłego świata, noc, która wstrząsnęła jego posadami, Boże, Boże, i co ty na to, pozwolisz, by taka miłość choć na moment zaistniała, albo przynajmniej teraz, na tę noc, noc, która uniosła nas wysoko, wysoko, o matko nasza wspólna, mam lęk wysokości, tak niebezpiecznie wysoko, aż na nieosiągalny poziom iskrzących figlarnie gwiazd. Słowem, nastała noc, kiedy zupełnym przypadkiem mogłem wreszcie po raz pierwszy od nieszczęsnej inicjacyjnej imprezy, porozmawiać z Cycatą na osobności, a skoro, kocham cię, losie, dostałem taką szansę, byłem przekonany, że ją wykorzystam, to zaś, co wiedziałem o naszym przeznaczeniu, będzie, gdy tylko nastanie poranek, naszą wspólną, tajemną wiedzą.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ja i ona, dziewczyna z moich snów, dostrzeżona i wydobyta ostatecznie przed swoje wcale nie ogromniaste piersi. Słowa miały coraz mniejsze znaczenie, słowa stawały się niepotrzebne, potrzebna nam była tylko ta bliskość, i w tej bliskości pragnęliśmy trwać już na wieki.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tak oto zrodziła się największa miłość w historii ludzkości, jak mniemaliśmy wówczas, będąca w istocie, jak okazało się poniewczasie, tylko największą miłością pierwszych lat nowego tysiąclecia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tak właśnie zrodziło się płomienne uczucie, które nie zaistniałoby bez Murzyna, i jeśli mam wierzyć w przeznaczenie, muszę zarazem wierzyć, że dotyka ono rzeczy i pcha naprzód sprawy za pomocą czarnej jak ta smoła łapy, i nie wiadomo, ni to szyderczo, ni z sympatią i dobrą wolą, cały czas szczerzy zęby.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Siedzieliśmy wciąż, podwójnie upojeni, obok siebie, gdy ze swojego spokoju wyszedł Wsza i z ogromną rolką papieru toaletowego skierował kroki do ubikacji. Była już szósta, za oknem świtało.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czy  wy zwariowaliście?! - wykrzyknął na nasz widok, jego nadzieja  właśnie konała w męczarniach, ale co tam jego nadzieja, skoro  miałem na wyciągnięcie dłoni największe ze swych marzeń.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Lądowaliśmy w tym ponurym świecie, lądowaliśmy z niebezpiecznych wysokości, na jakie wzniosła nas cudowna noc niespodziewanego zbliżenia, ale lądowaliśmy miękko, z uśmiechem szczęścia na ustach, przekonani, że najlepsze, najpiękniejsze dni dopiero przed nami, a nadejdą, o Boże, Boże, Boże, zbliżają się już wielkimi krokami, a my w płomiennym uścisku wychodzimy im buńczucznie  naprzeciw.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-5757695227251467533?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/5757695227251467533/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/10/czarna-apa-przeznaczenia.html#comment-form' title='Komentarze (16)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5757695227251467533'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5757695227251467533'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/10/czarna-apa-przeznaczenia.html' title='Czarna łapa przeznaczenia'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>16</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-5622161128880934240</id><published>2011-09-30T00:06:00.000+02:00</published><updated>2011-09-30T00:06:37.012+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>Paranoja i prostytucja</title><content type='html'>&lt;div style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Paranoja i prostytucja&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Coraz trudniej przychodzi mi w jakikolwiek sposób utożsamiać się z naszą reprezentacją narodową w piłce kopanej. Raz - jest to jednak główny produkt leśnych dziadów i ich wielka ambicja, na czele z prezesem Latą i zasypiającym momentalnie w samolocie, co jest zazwyczaj zaletą, ale niekiedy okazuje się przypadłością, Kręciną, dwa – wciąż pojawiające się niusy o naturalizacjach, od których zwyczajnie chce mi się już rzygać, trzy - postać selekcjonera, którego onegdaj bardzo szanowałem, ale którego praca z kadrą ewidentnie przerosła, cztery - ogólny klimat wokół piłki i kibiców w Polsce przed Euro, zbliżający się nieuchronnie do paranoi.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kolejnym wiadomościom o internacjonalnych transferach i płomiennym deklaracjom o polskim pradziadku, wygłaszanych przez drugorzędnych europejskich piłkarzy bez nadziei na powołanie do swych ojczystych drużyn, towarzyszyły dotychczas jedynie ciche pojękiwania malkontentów, większy sprzeciw wzbudził jedynie plan dokooptowania do kadry Manuela Arboledy, a to za sprawą samych piłkarzy, którym Kolumbijczyk zwykł rzekomo wsadzać nie tam gdzie trzeba paluchy. Prawdziwy kociokwik rozległ się jednak dopiero po szumnie obwieszczonej przez mościwie panującego prezesa informacji, że wkrótce szeregi naszej kadry zasili Żyd. Nie wiem, dlaczego akurat wówczas (Żyd w polskiej reprezentacji jawił się zjawiskiem trudniejszym do wyobrażenia niż piłkarz czarnoskóry?), przecież już dawno straciliśmy, znaczy się nasza reprezentacja, pożal się Boże, narodowa, dziewictwo.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Maor Melikson, bo o nim mowa, jest gwiazdką naszej ligi, piłkarzem niewątpliwie utalentowanym, i jak na ironię losu, nie trzeba go było nawet naturalizować, skoro jego matka to urodzona w Legnicy polska Żydówka, a jedynie przekonać, że reprezentowanie biało-czerwonych barw przyniesie mu same korzyści. To się prezesowi udało. „Maor Melikson wybrał grę dla reprezentacji Polski” – obwieszczono z wielką pompą. Piłkarz jednocześnie zaznaczał, że dalej czuje się przede wszystkim Izraelczykiem. „Nic tego nie zmieni. Kiedy marzenia się nie realizują, zaczynasz myśleć realistycznie” - komentował swój wybór. Zapomniał tylko nadmienić, że niedawno Izrael de facto stracił szansę na awans do Euro.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="http://www.blogger.com/post-edit.g?blogID=6120938696594882244&amp;amp;postID=5622161128880934240" name="intertext_11"&gt;&lt;/a&gt; Wkrótce jednak rozległ się straszliwy kociokwik, nie tylko w Polsce, także w ojczyźnie Meliksona, gdzie zarzucono piłkarzowi, że „chce reprezentować kraj, w którym przed siedemdziesięciu laty większość jego obywateli dokonała mordu na jego dziadku i babci i w ogóle na społeczności, kraj który będzie nam przypominał hańbę światową” tudzież „kraj słynący z niechęci do Żydów i obozów koncentracyjnych” (sic! przepiękna spuścizna tolerancji z dawnych lat, nieprawdaż?). Co więcej, izraelskie portale informowały, że piłkarz otrzymał setki esemesów i maili, w których   nazywano go zdrajcą, a nawet grożono śmiercią. Ot, tolerancja narodu roszczącego sobie prawo do oceniania tolerancji innych. W Polsce zaś tradycyjnie podążyły na pierwszą linię frontu paranoje i to one się starły, powodując rzeczony kociokwik i zagłuszając wszelkie racjonalne argumenty, a jak wiemy psycholi różnej maści nie brakuje, i w obozie „patriotycznym”, i tym „totalnie tolerancyjnym”. Tak oto naczelnemu krytykowi wszelakich poczynań piłkarskiej centrali, czyli „Spoconemu Jankowi” i innym niechętnym tej wesołej zbieraninie Franza Smudy zarzucono bez cienia żenady... ksenofobię i wrogość do obcokrajowców. Spór „prawdziwych Europejczyków” i pragnących wywieść rodowód wszystkich reprezentantów kraju od Piasta i Rzepichy na dobre nie rozgorzał, gdy Melikson, mimowolny sprawca zamieszania, ledwie dwa dni po podjęciu „najtrudniejszej decyzji w życiu”, stwierdził, że nie jest gotowy na grę ani w kadrze Polski, ani tej izraelskiej. Słusznie, bo ostatnio rzeczywiście więcej mówił, niż myślał. Na jakiś czas zrobiło się wokół kadry cicho.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W czasach tolerancji totalnej już samo utożsamianie się z polskimi symbolami narodowymi wywołuje zarzut nacjonalizmu (pół  biedy) albo nawet faszyzmu. Kiedy kumpel powiesił sobie w pokoju akademika biało-czerwoną flagę, nieustannie pytano go, czy jest skinem. W skład reprezentacji  krajów, choć potocznie zwie się je narodowymi i, mówiąc wzniośle, mają być  poszczególnych narodów dumą, wchodzą de facto obywatele danych państw. Niektórzy nieśmiało napomykają, że powinno istnieć jakieś dodatkowe kryterium naboru do kadry. Pół żartem, pół serio postuluje się egzamin językowy dla kadrowiczów, bo nie mieści się w głowach, że z „Niemcem” można porozumieć się swobodnie po polsku, a z niektórymi „Polakami” - po francusku albo niemiecku. Złośliwi obawiają się jednak, że odmiana rzeczowników przez przypadki okaże się zadaniem karkołomnym nawet dla tych rodowitych i zostaniemy nagle bez drużyny. Trenera niechybnie też byśmy wobec takiego wymogu stracili.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie chodzi tymczasem o to, żeby stawiać jakieś formalne zasieki, bo stąd niedaleko do znanego z historii mierzenia obwodu czaszki, rozstawu oczu czy kształtu nosa. Niepotrzebne są przepisy, tylko odrobina rozsądku i honoru włodarzy naszej piłki i trenerów. Narodowość to przede wszystkim sprawa subiektywna, a nie rodowód od Rzepichy i Piasta. Jeśli kolejni nasi „reprezentanci”  otwarcie przyznają w mediach, że nie czują się Polakami, tylko Niemcem/ Żydem (w sumie chwała im za szczerość), to coś jest nie tak, i z nimi, i z naszą kadrą, i wydaje mi się, że tacy piłkarze nie zasługują na powołanie, choćby kiwali jak Messi. Maor Melikson czy Eugen Polanski nie mają akurat problemów ze sprecyzowaniem swojej narodowości, ale fakt, że czasem, zwłaszcza w mieszanych rodzinach, jest to ciężka sprawa i osobisty dylemat. Poznałem wielu Białorusinów i Ukraińców polskiego pochodzenia, którzy czuli się u siebie Polakami i za Polaków byli uważani, a gdy przyjechali do nas na studia, wszyscy określali ich zbiorczo „Sowietami” albo „Ruskimi” i rodziła się w nich silna tożsamość białoruska, ukraińska, a nawet ta „sowiecka”. Mając to na uwadze, nie przeszkadza mi w żadnym wypadku, że pod polską flagą biją się Chalidow (którego właściwej ojczyzny nie ma na mapie) czy urodzony w Polsce i czujący się Polakiem Ugonoh, choć stosując jedynie etniczne kryterium, Polakami nie są i nie będą.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niemniej jednak uważam, że zgodnie z potocznym mianem reprezentacja powinna być   w swej esencji NARODOWĄ, a nie obywatelską i mierzi mnie, że w reprezentacji NARODOWEJ Polski grać będą piłkarze, którzy Polakami się nie czują. Pojęcie narodu nie jest pojęciem ostrym, ale istnieje zasadnicza różnica pomiędzy narodem a rozumianą jako ogół obywateli społecznością: społeczeństwo jest traktowane przez jednostkę instrumentalnie, naród jest wartością samą w sobie, autoteliczną. Idąc dalej - REPREZENTACJA NARODOWA powinna być wartością samą w sobie, tymczasem wręcz karykaturalnie stała się obecnie dla rozmaitych piłkarzy instrumentem, dzięki któremu budują swoją karierę. Wyjątki (dopuszczalne, a jakże!) nie powinny burzyć reguły, tymczasem regułą stało się poszukiwanie kandydatów do gry w kadrze wszędzie gdzie się da, tylko nie w Polsce. Dla mnie i nie tylko dla mnie ta kadra jest już nie tylko rozdziewiczona, ale po prostu sprostytuowana. Daje dupy, żeby tylko wyjść z grupy, jak to ktoś trafnie spuentował.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Postanowiliśmy być bardziej multi-kulti niż Niemcy czy Francja, a trener Franz, niegdyś deklarujący, ze żadnych naturalizacji nie przewiduje (kto jeszcze bierze jego słowa poważnie?), gotów jest padać na kolana przed każdym wytrenowanym na zachodzie, choćby i przeciętnym, piłkarzem. Trudno wymagać, by taką drużynę ktokolwiek szanował i stąd szczere do bólu wypowiedzi reprezentantów, otwarcie przyznających, że gra pod polską flagą to dla nich li tylko szansa pokazania i wypromowania się na dużej imprezie, jaką będą mistrzostwa Europy.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="http://www.blogger.com/post-edit.g?blogID=6120938696594882244&amp;amp;postID=5622161128880934240" name="firstHeading"&gt;&lt;/a&gt; Wśród zwolenników tej pokracznej „moralności efektywności” pojawia się często głupawy argument: skoro w niemieckiej kadrze gra wielu „mieszańców” i odnoszą sukcesy, to czemu nie mamy iść tą samą drogą? Ale przecież niemiecki patriotyzm czy w ogólności świadomość narodowa, jest współcześnie nieco inna od naszej („heimat” - pojęcie nieprzetłumaczalne na inne języki), co w połączeniu z ponazistowskimi kompleksami ułatwia im akceptację „nierodowitych” Niemców jako „swoich”. Ba, wszyscy ci pół- czy ćwierć- Niemcy wychowali się w kraju naszych zachodnich sąsiadów, tam też zdobywali piłkarskie szlify. Podobnie rzecz ma się z czarnoskórymi piłkarzami reprezentującymi Francję. Może nie chcą śpiewać hymnu i nie zawsze identyfikują się z narodowymi barwami, ale tam dorastali i tam nauczono ich grać. Francuzi nie łowią co zdolniejszych piłkarzy w krajach „czarnej Afryki”, związanych z nimi kolonialnie. Mało tego, zdarza się, że to afrykańskie federacje wysyłają swoich skautów do Francji, aby wyszukiwali utalentowanych zawodników, których rodzice pochodzili z czarnego lądu. Przykładem choćby Frédéric Kanouté, urodzony i wychowany we Francji reprezentant Mali. Nie postępujemy zatem jak Niemcy czy Francuzi. Naśladujemy Murzynów w nadziei, że w najnowszym rankingu FIFA wyprzedzimy wspomnianych Malijczyków, i nie damy się depczącym po piętach Gabonowi czy Zimbabwe.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Trudno zarzucać piłkarzom, że w pierwszej kolejności myślą o swojej karierze, a narodowa tożsamość jest dla nich wielokroć sprawą drugorzędną. Warto jednak zauważyć pozytywne przykłady, jak chociażby dwóch grających w naszej lidze i posiadających polskie obywatelstwo Serbów:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Miroslav Radović stwierdził dobitnie w jednym z wywiadów: „Zupełnie mnie to (gra w reprezentacji Polski – przyp. MF) nie interesuje. Mam szacunek do waszego kraju, ale nie ma takiej opcji, bym zagrał dla Polski. Obcokrajowcy nie powinni w niej występować. Powiedziałem jakiś czas temu, że mogę wystąpić tylko w barwach Serbii i nie zamierzam być jak chorągiewka na wietrze”. &lt;br /&gt;W podobnym tonie wypowiedział się Aleksander Vuković, komentując plan naturalizacji Arboledy : „Tożsamość narodu musi istnieć. Zastanawiam się co by było, gdyby Arboleda miał zagrać dla Serbii. Mówię zdecydowane nie. Nawet jakby kadra Serbii miała zająć ostatnie miejsce w jakiś rozgrywkach, to trudno. Ale to ma być reprezentacja Serbii. Nie sztuką jest wziąć pięciu Brazylijczyków i zdobyć mistrzostwo świata”. Dodajmy, że obaj starali się o polski paszport w normalnym trybie, wiążą z Polską swoją przyszłość i zdają sobie sprawę, że na powołanie do reprezentacji Serbii mają niewielkie szanse. Szacunek dla nich, ale takich piłkarzy jest niestety niewielu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dokonaliśmy bądź co bądź rzeczy niebywałej: pokazaliśmy, że nawet będąc współgospodarzem mistrzowskiej imprezy, nie sprostaliśmy kwalifikacji własnej drużyny. Bo dla coraz większej ilości kibiców, także i dla mnie, to nie jest już moja reprezentacja i jej losy stają mi się obojętne. Niech sobie powołują Mongołów, Kitajców czy tam Somalijczyków, na jedno już wychodzi. Nasi „przyjaciele ze wschodu” borykają się zresztą z tą samą zarazą. „Brazylijczyk i Senegalczyk zasilą reprezentację Ukrainy” - czytam nagłówek. Co to w ogóle za kuriozalny tytuł? O tempora, o mores.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mam jedynie nadzieję, że awansują Chorwaci, Serbowie albo Bośniacy, wtedy będę miał komu na tym Euro kibicować. I tylko trochę żal, że na przedprożu wielkiej imprezy życzyć reprezentacji dobrze równa się życzeniu jej jak najgorzej. Wszystko wskazuje na to, że po mistrzostwach ilość piłkarzy badających swoje drzewo genealogiczne i odnajdujących polską prababkę gwałtownie spadnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-5622161128880934240?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/5622161128880934240/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/09/paranoja-i-prostytucja.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5622161128880934240'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5622161128880934240'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/09/paranoja-i-prostytucja.html' title='Paranoja i prostytucja'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-5819878927983445844</id><published>2011-09-18T18:37:00.000+02:00</published><updated>2011-09-18T18:37:01.525+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='arty'/><title type='text'>Mieszanie piachu kijem</title><content type='html'>&lt;div align="CENTER" style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm;"&gt; &lt;span style="font-family: Times New Roman,serif; font-size: large;"&gt;Mieszanie piachu kijem&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Od programów typu „Jak oni śpiewają” (nazywam je tak zbiorczo, nie odróżniając zbytnio poszczególnych ich wariantów), których przewodnią ideą jest zrobienie tak zwanego show, a niejako subsydiarną  wyłonienie wokalnych czy - ogólnie – muzycznych talentów, zasadniczo stronię. Irytuje mnie wysilony humor i nachalna plastikowa otoczka (całe to łoł, łoł, łoł), które, trzeba przyznać, przygotowują kandydatów na „artystów” do poruszania się w świecie show – biznesu, jeśli tylko uda im się doń cudownie przedostać. Czasem jednak, choć piszę to, lekko się płoniąc, zasiądę w sobotni bądź niedzielny wieczór przed telewizorem, by jednym okiem zerknąć na ten czy inny program i „jak oni śpiewają” posłuchać. Są w końcu te widowiska dość istotnym elementem współczesnej medialnej rzeczywistości, a  przed tą nie można całkowicie się skryć. Tak właśnie myślę: o ile nieposiadanie konta na facebooku ani innym społecznościowym portalu to już tylko krok do cywilnej śmierci klinicznej, o tyle wyrzucenie telewizora przez okno jest zamienieniem domu w skrytą przed „prawdziwym światem” pustelnię.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Medialna rzeczywistość, podobnie jak wysoka sztuka, lubi kontrowersje i skandale. Żywi się nimi, bez nich zdechłaby w męczarniach głodową śmiercią. I cóż – wygląda na to, że w rozśpiewanych programach od dłuższego czasu grały jej kiszki, aż wreszcie rzucono jej na pożarcie trochę ochłapów. A więc „żryjcie to gówno!”, jak rzekomo krzyczał na koncercie po podarciu biblii Nergal, juror „Jak oni śpiewają” emitowanego w telewizji publicznej i pierwszy polski alternatywny muzyk, o którym w kraju jest równie głośno jak o Wiśniewskim, zarazem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Skandale są jednak miałkie jak i same programy i aż strach pomyśleć, co byłoby, gdyby upragnionej pożywki nie dostarczały cyklicznie środowiska „konserwatywno – patriotyczne”. Jakiś czas temu podniosło się wielkie larum po wypowiedzi dyżurnej jurorki polsatowego „Jak oni śpiewają”, niejakiej Elżbiety Zapendowskiej mianowicie, dyskwalifikującej młodego kandydata na artystę (nota bene kompletnie niepasującego do plastikowej linii programu) za „bogoojczyźnianą retorykę” i „straszne patriotyzmy”. „Patriotyzm zakazany na Polsacie!”, grzmiano, a na nieszczęsną jurorkę przypuszczono na rozmaitych stronach internetowych bezpardonowy atak, głównie szydząc z jej mało urodziwego wyglądu. Ot, taka burza w szklance wody, a odrzucony wokalista zyskał jako „patriotyczny męczennik” większą popularność, niż gdyby przedostał się do kolejnego etapu programu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Skandal większego kalibru wywołało zatrudnienie w telewizji publicznej jako jurora „Jak oni śpiewają” wspomnianego Nergala, czyli Adama Darskiego – zdeklarowanego satanisty albo szatanisty, jak mawiają dresiarze, próbującego od pewnego czasu pogodzić swoją alternatywność z rolą celebryty, co w konsekwencji sprawiło, że stał się naczelnym bluźniercą RP i głównym wrogiem środowisk katolickich.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Behemoth, black-deathmetalowy zespół, którego liderem jest Nergal, istnieje na scenie od dwudziestu lat. Już w latach dziewięćdziesiątych niektórzy znawcy gatunku zarzucali mu pęd do wielkiej kariery na zachodzie i lekceważenie rodzimej sceny. Trzeba jednak przyznać, że konsekwencja i upór pozwoliły Negralowi osiągnąć wytyczony cel: jego kapela stała się jedną z najbardziej poważanych hord na świecie, w metalowym światku uzyskała status gwiazdy. Być może Darskiemu ciążyło, że pomimo spektakularnych sukcesów i tłumów na koncertach na wszystkich niemal kontynentach, w ojczyźnie wciąż jest postacią anonimową, bo wreszcie dał się poznać i polskiej szerokiej publiczności. Zupełnie innymi środkami: za sprawą romansu z Dodą, późniejszych procesów o obrażanie wartości chrześcijańskich i wreszcie – wisienka na torcie popularności – jako juror „Jak oni śpiewają” w telewizji publicznej. Naturalnie, wskutek takiej postawy przez część twardogłowych true-metali jest poważany jak, nie przystawiając, Tygodnik Powszechny przez rodzinę Radia Maryja.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="" name="intertext_1"&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="" name="intertext_11"&gt;&lt;/a&gt; A więc oto satanista znalazł się na salonach w telewizji publicznej. No, to już jest jako taki skandal. Chyba wielu widzów zasiadło przed odbiornikiem tylko po to, żeby zobaczyć, cóż ten „szatanista” wyczyni, skoro tylko skieruje się nań kamery. A tu klops. „Jeśli czymś zaszokował, to właśnie tym, że nie szokuje” - zauważył ksiądz Boniecki, pierwszy przedstawiciel Kościoła, który poddał w wątpliwość sens zmasowanego ataku dostojników kleru na obecność satanisty w TVP. „Zachowuje się kulturalnie i delikatnie”.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I rzeczywiście. Nergal siedzi sobie na jurorskim stanowisko obok takich tuzów polskiej piosenki jak „Piasek” Piaseczny, Kayah i niejaka Ania Dąbrowska, znana z tego, że jest znana. Potulny, wyciszony. Czasem przeklnie (prawdziwy satanista musi czasem przekląć), ale widać, że waży każde słowo. Chwilami odnoszę wrażenie, że pomimo zapewnień w wywiadach o świetnej zabawie, jaką daje mu udział w programie, chce uciekać ze studia.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Osobiście liczyłem na to, że obecność w składzie oceniającym stricte alternatywnego muzyka nieco zmieni żelazną, a raczej plastikową formułę „Jak oni śpiewają”, że otworzą się drzwi dla innej niż promowana nachalnie w radio &lt;i&gt;so fucking gay&lt;/i&gt; muzyka. Nic z tego, płonne nadzieje. Ten sam plastik, to samo „łoł, łoł, łoł”. I biedny Nergal jako współuczestnik tej szmiry. Czy nie przewidywał, że wkrótce przyjdzie mu „kijem mieszać piach”?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;a href="" name="intertext_2"&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="" name="a_nsitsp_0"&gt;&lt;/a&gt; Powołanie Nergala na jurora jest oczywiście prowokacją i próbą przykucia uwagi widza. Reakcja środowisk katolickich – kolejną burzą w szklance wody. Tymczasem „zdeklarowany satanista” cieszy się z darmowej promocji:  Biskupi i dziennikarze katoliccy „walczą w obronie religii, której fundamentowi, czyli prawu do wolnego wyboru, zaprzeczają. W sumie to jest nawet zabawne, bo, parafrazując słynne słowa z "Fausta", są częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, zło czyni. Całe to zamieszanie to także promocja dla mnie i moich poglądów – w ich mniemaniu niebezpiecznych i złych. Dziękuję ślicznie i proszę o jeszcze!” - mówi w wywiadzie udzielonym „Newsweekowi”. Przy okazji próbuje zedrzeć z siebie  etykietkę ortodoksyjnego satanisty, twierdząc, że nie ma problemu z wejściem do kościoła na rodzinne uroczystości i napomykając o tym, że on, „pierwszy satanista RP”... ostatnio został chrzestnym.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;„Łyżwiarz wie, ze kotek odkopał prezent...” - alternatywną wersję utworu Behemotha znają niemal wszyscy, tę pierwotną, oryginalną nieliczni fani. Próżno zatem wymagać, by jego przeciwnicy zgłębiali liryczną warstwę twórczości zespołu i tam szukali odniesień do kultu zła. Zresztą, podarcie biblii w zupełności wystarczy, by obłożyć Nergala infamią. Utożsamianie jawnie antychrześcijańskiej postawy z kultem diabła jest jednak niczym innym, jak przedłużeniem poglądów chrześcijańskich i próbą zakwalifikowania ich jako powszechnych. Dochodzimy do absurdu – przecież podarta na strzępy biblia powinna eliminować ten punkt widzenia. No bo jak to? Sataniści czczą przecież Szatana i basta. Satanizm jest zakodowany w chrześcijaństwie, popkulturze, a  co za tym idzie w świadomości mas jako proste odwrócenie religii, kult zła, czarne msze i zabijanie kotów tudzież demolowanie nagrobków przez borykających się z psychicznymi problemami nastolatków. Jako taki oddziałuje na wyobraźnię. O satanistycznej biblii większość coś słyszała, ale już mało kto zna laveyańską filozofię, nijak nie przystającą do wyobrażeń „prawdziwego czciciela diabła”. Nergal zaś sprawia wrażenie, jakby „rogata” otoczka w pewnych sytuacjach jak najbardziej mu pasowała albo też przestał wierzyć w możliwość wyjaśnienia, czym jest współcześnie tak zwany satanizm. Sam zresztą miałem wielokrotnie problem z wytłumaczeniem tych oczywistości.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No  ale jak jest satanistą, to czci Szatana - usłyszałem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A  właśnie, że nie czci.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jak  to nie? Sataniści nie czczą Szatana?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No  nie...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No  to kogo?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nikogo.  Żyją sobie, jak chcą. Szatan to tylko symbol.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ha!  A więc jednak!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ależ  nie. To tylko personifikacja ludzkiej natury.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Że  jak? Czczą Szatana i tyle. Inaczej byliby ateistami.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale  oni są przeciwni chrześcijaństwu...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A  co im się nie podoba?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Na  przykład przykazanie miłości. Jezus kazał kochać wszystkich, a  Szatan tylko tych, co są miłości warci.   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Hmm...  To dobrze mówił ten Szatan.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No  właśnie. W gruncie rzeczy wszyscy czcimy Szatana. Taka nasza  natura.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A  idź do diabła!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jak spuentowałby Nergal: „Nie śmiejmy się już, lol”.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A oni tymczasem śpiewają, że hej. I są oceniani przez jury. Michał Ogórek napisał w felietonie dla telewizyjnego dodatku do „Wyborczej”: „W najnowszych edycjach programów (...) polegających na ocenie przez jury jakichś konkurujących ze sobą nieszczęśników, ze wszystkich występujących najgorsi okazali się sami jurorzy. Jest to sytuacja trudna do osiągnięcia, jako że – jak wiadomo – uczestnicy show dobierani są tam tak, aby na ich tle lepiej wypadł każdy; cóż, kiedy wielomiesięczne poszukiwania w całym kraju dowiodły, że większych pomyłek niż skład jury to już nie ma.” Sytuacja, w której poddani władzy innych (uczestnicy) uświadamiają sobie, ze górują nad tymi, którzy z niej dotychczas żyli (jurorzy) nosi jego zdaniem znamiona rewolucji.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podobno w projekcie noweli ustawy o Radiofonii i Telewizji przedłożonym przez Prawo i Sprawiedliwość znajdzie się zapis zakładający wpływ obywateli na telewizyjną ramówkę. Będą mogli domagać się zmiany „formuły programowej albo elementu programu”, którego nie chcą  w swych odbiornikach tolerować. Podoba mi się ta idea. Co więcej, marzy mi się, że mimo medialnej dyktatury, jeszcze znajdzie się wymagana grupa osób, by po kawałeczku zdejmować z anteny wszystkie odmóżdżające seriale, tanie widowiska, idiotyczną rozrywkę, tych co śpiewają nie wyłączając. Ale to chyba utopia, bo dopiero wtedy mogłoby dojść do prawdziwych rozruchów na ulicach. Już słyszę ten ryk rozjuszonego tłumu: „Idziemy kijem mieszać piach!”&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-5819878927983445844?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/5819878927983445844/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/09/mieszanie-piachu-kijem.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5819878927983445844'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5819878927983445844'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/09/mieszanie-piachu-kijem.html' title='Mieszanie piachu kijem'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-5659682449705612383</id><published>2011-08-24T13:07:00.000+02:00</published><updated>2011-08-24T13:07:07.326+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='opowiadania'/><title type='text'>Apostazja</title><content type='html'>&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;b&gt;Apostazja&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;WAKE UP!&lt;br /&gt;THEY TRY TO STEAL THE MAN IN YOUR HEAD&lt;br /&gt;MAKE YOU KNEEL IN FRONT OF ICONS  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Samael, A man in your head&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W wigilię osiemdziesiątych ósmych urodzin babcia Domicela nie mogła zmrużyć oka. Położyła się do łóżka tuż po dziewiątej w utartym przez ostatnie lata dobowym rytmie; minęła godzina, dwie, lecz sen nie przychodził. Wtem, około północy, w sypialni rozległ się hałas: coś stuknęło głośno o szybę, a zaraz potem o parapet. Babcia zamarła z przerażenia; jej serce, które, jak zarzekała się, zwalniało zauważalnie, ilekroć spóźniła się choćby kwadrans z zażyciem któregokolwiek z licznych leków, teraz, jakby chciało wyrwać się z piersi, biło rytmicznie w zawrotnym dla staruszki tempie. Ktoś niewątpliwie był wewnątrz. Choć babcia Domicela miała słabiutki wzrok i nie mogła niczego dojrzeć w ciemności, zacisnęła kurczowo powieki i zaczęła mamrotać „Pod Twoją obronę”, gdyż właśnie ta modlitwa przychodziła jej zawsze na myśl jako pierwsza w chwilach niepokoju. Hałas ponowił się, teraz przypominał szuranie po podłodze. Jakby ktoś, powłócząc nogami, zbliżał się powoli do jej łóżka. „Orędowniczko nasza, pocieszycielko... pośredniczko nasza...”, błagała babcia głośniej i głośniej, chyba wierząc, że ciche błagania posiadają mniejszą moc, lecz mimo modlitewnej otuchy nie miała odwagi otworzyć oczu, a kolejne słowa coraz częściej więzły w gardle, ponieważ cały umysł koncentrował się mimowolnie na jednym, zasadniczym pytaniu: kto znajduje się w pokoju, skoro córka Irena, jedyna osoba codziennie ją odwiedzająca, bez wątpienia poszła już na piętro i zapewne śpi. Wraz z ostatnimi słowami antyfony babcia Domicela była przekonana: w jej pokoju jest zmarły. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Od kilku tygodni bała się zasypiać. Niemal każdej nocy gnębiły ją wyraziste sny, w których przewijali się jeden za drugim umarli, obwieszczając mniej lub bardziej dosadnie rychłe spotkanie w zaświatach. Najczęściej pojawiał się mąż, i to właśnie jego podejrzewała o wtargnięcie do pokoju, zapewne w misji ostatecznej zapowiedzi śmierci. Umarł blisko ćwierć wieku temu, chory na miażdżycę. Babcia Domicela zapamiętała go chromającego, jeszcze przed spóźnioną amputacją lewej nogi, która nie zapobiegła postępowi choroby, i teraz łatwo skojarzyła szuranie po podłodze z obrazem kulejącego męża w jego ostatnich dniach pobytu w domu; a zatem w tej postaci, w jakiej spotykała go zawsze w snach. Nie miała wątpliwości: przychodzi po nią; może zlecono mu w niebiosach, by przeprowadził ją bezboleśnie na drugą stronę? A może jego dusza cierpi katusze za nadużywanie alkoholu i domaga się rozpaczliwie większej ilości modlitw? A może ma pretensje, że żona od wielu lat nie odwiedziła jego grobu?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;„Wieczne odpoczywanie racz mu dać panie...” - wyszeptała w poczuciu winy.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Córka Irena zawsze strofowała babcię, ilekroć ta pragnęła opowiedzieć o swoich, znaczących jej zdaniem, wizjach.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Ej, 	tam – machała, zirytowana ręką - daj spokój i nie 	wygaduj głupot. Prawie wszyscy twoi znajomi nie żyją, więc nie 	dziwota, że śnią ci się głównie zmarli.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale ta logiczna argumentacja nie przekonywała babci Domiceli. Zauważając jednak, że córka się denerwuje i, raczej wbrew sobie, jak sądziła, bagatelizuje znaczenie snów, przygryzała wargi i nie opowiadała o kolejnych nocnych projekcjach, w których motyw pośmiertnego spotkania uparcie powracał i powracał. W głębi duszy przyznawała jej rację, a przynajmniej usprawiedliwiała zirytowanie, rodzące się, gdy tylko napomknęła o wizjach cmentarzy, zmarłych, i pozagrobowego świata: dość ma ze mną problemów i pracy w rzeczywistym życiu, myślała, żeby jeszcze analizować do tego wszystkiego sny. Koniec końców wiedziała swoje i z tym charakterystycznym dla ludzi w podeszłym wieku uporem postanowiła, że nikt ani nic nie przekona jej do innego zdania. Do snów, choć męczące, zdołała się przyzwyczaić, a nawet uznawała je za formę oswajania się z umieraniem, i teraz bardziej trapiła babcię Domicelę niemożność ich opowiedzenia i przymus samotnej interpretacji, która jednak była zazwyczaj łatwa i jednoznaczna: śmierć jest coraz bliżej. W noc wigilii osiemdziesiątych ósmych urodzin zdawała się znaleźć tuż tuż, zaraz przy łóżku, tak że staruszka czuła niemalże na pociętej zmarszczkami twarzy, jak wionie polarnym oddechem. Wyczekiwała z zapartym tchem, dla dodania rezonu odmawiając kolejne modlitwy; czasami zalegała cisza, na dziesięć, piętnaście minut, lecz potem znów słychać było stuknięcie, trzask, przeciągły szmer albo odgłos przypominający furkot. Babcia Domicela sprecyzowała modlitwę do jednego, jedynego błagania: prosiła Boga, by pozwolił jej doczekać poranka.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nad ranem odgłosy zanikły. Babcia Domicela nie zasnęła ani na moment, lecz dopiero teraz niepewnie otworzyła oczy i wstała, co chwila postękując z wysiłku. Do pokoju przezierał się już brzask, więc postanowiła nie kłaść się ponownie do łóżka; niepewnie stąpając, udała się do łazienki, a potem usiadła na kanapie w kuchni, gdzie spędzała całe dnie. Choć była wyczerpana bezsenną nocą, ujęła w dłonie swoją ulubioną koronkę z wielkimi seledynowymi koralami, które świeciły w ciemności, i zaczęła odmawiać różaniec, tusząc, że zabije w ten sposób czas do porannej wizyty córki, a ta oznajmi definitywnie, że nocne modły zostały wysłuchane: czyhająca w pobliżu śmierć jeszcze się rozmyśliła, Bóg podarował wspaniałomyślnie kilka dni życia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Odmawiała modlitwę różańcową codziennie, według w miarę stałego, tylko wyjątkowo korygowanego schematu: pierwsza dziesiątka za duszę zmarłego męża, druga za syna i córkę, trzecia w intencji ledwie pamiętanych rodziców, czwarta przynależała zbiorczo wszystkim wnukom; dopiero ostatnią, piątą dziesiątkę koronki babcia odmawiała z myślą o sobie, a raczej własnej duszy, ponieważ przestała się już postrzegać jako osobę żyjącą, z celami i aspiracjami zorientowanymi na znany świat. Święcie wierzyła, że dzięki systematycznej modlitwie w jego intencji syn przestał pić, choć zięć szyderczo, a zarazem bardziej racjonalnie tłumaczył nagłą przemianę i abstynencję nielubianego szwagra wszyciem esperalu; wierzyła, że dzięki modlitwie córce ułożyło się życie rodzinne, choć, jak to matka, nigdy nie zaakceptowała do końca jej małżeńskiego wyboru; wierzyła nawet, że skutkiem jej modeł są pomyślnie zdawane przez wnuków egzaminy na studiach. Słowem, babcia Domicela ufała w moc powtarzanych każdego dnia próśb, a wszelką pomyślność w rodzinie traktowała w części jako swoją zasługę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zmówiła credo, „Ojcze nasz”, trzykrotnie „Zdrowaśkę”, „Chwała Ojcu”, a ponieważ zaczynała się środa, zapowiedziała pierwszą z tajemnic chwalebnych i z myślą o duszy męża chwyciła w palce kolejny koralik. Wtedy jednak znów posłyszała tajemniczy odgłos: tym razem było to głuche uderzenie o drzwi, stół, albo szafę. Nie przerywała modlitwy, co jakiś czas niepewnie zerkając tylko w stronę drzwi do sypialni, jednakże mimo starań nie mogła się należycie skupić. Ciągle ktoś był w pokoju, a teraz babcia nabrała przypuszczeń, że jest to ktoś niewidzialny.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Strach stopniowo ustępował miejsca przewrotnej satysfakcji. Słysząc dla odmiany szuranie, babcia wyobrażała sobie, że rano spojrzy triumfująco na powątpiewającą w profetyzm jej snów córkę, a skoro złowrogie odgłosy nie ustaną, wyjaśni, że nie chciała wprawdzie o tym mówić, ale ktoś jest w jej sypialni, był tam całą noc i nie pozwolił jej zmrużyć oka. Obawiała się jedynie, że tajemniczy gość powróci dopiero nocą.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Gdy kilka minut po siódmej córka Irena weszła do kuchni, zastała babcię Domicelę śpiącą na kanapie, na siedząco, ze zwieszoną głową i opuszczonymi wzdłuż nóg rękoma. Koronka wypadła z dłoni i leżała na brudnej wykładzinie, tuż przy stopach staruszki. Córka schyliła się i podniosła różaniec, a potem lekko chwyciła staruszkę za ramię, próbując ją zbudzić. Była trochę zdenerwowana na babcię, gdyż wielokrotnie przestrzegała ją, by nie zasypiała na krześle bądź kanapie, lecz, jeśli tylko czuje zmęczenie, kładła się bezzwłocznie do łóżka. Raz takie mimowolne zaśnięcie przy stole omal nie skończyło się tragicznie: babcia zasnęła (jak twierdziła córka) bądź zasłabła (jak twierdziła ona sama, argumentując, że dzień był wyjątkowo upalny i duszny) i spadła z krzesła. Na szczęście skończyło się jedynie posiniaczonym ramieniem i stłuczeniem nogi; tylko dzięki wstawiennictwu niebios, w tym względzie kobiety były zgodne, babcia Domicela zawdzięczała uniknięcie złamań i innych poważniejszych obrażeń, a może nawet śmierci. W miejscu potłuczeń córka robiła przez tydzień okłady ze świeżej kapusty, i staruszka z każdym dniem czuła się lepiej, aż wreszcie znów samodzielnie stanęła na nogi, lecz zdarzało się, że niepomna przestróg, zasypiała kolejny raz na krześle albo kanapie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia zbudziła się i na przywitanie, w dniu jej święta, dostała delikatną reprymendę. Już otworzyła usta, by wytłumaczyć przyczyny, dla których wolała o świcie opuścić sypialnię, lecz uświadomiła sobie w porę, że wyjaśnienia zdenerwują córkę jeszcze mocniej, podobnie, a nawet bardziej niż nieśmiałe napomknienia o śniących się nieustannie umarłych. Westchnęła więc tylko ciężko i powiedziała, że leżąc w łóżku nie mogła zasnąć, bo straszliwie bolała ją głowa.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Irena skinęła tylko od niechcenia i zaczęła przygotowywać śniadanie i poranną porcję leków, kiedy w sypialni kolejny raz rozległ się hałas. Babcia z ukontentowaniem zauważyła, że córka skierowała w stronę drzwi twarz; a więc to nie omamy, stwierdziła kategorycznie, choć zaczęła mieć już wątpliwości, czy słyszane odgłosy nie są zaczątkiem choroby psychicznej. Irena zbagatelizowała jednak hałas, uznając, że to przeciąg, i kontynuowała przyrządzanie kanapek. Dopiero gdy odgłos uderzenia rozległ się ponownie i ewidentnie pochodził z sypialni, spytała:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- A 	coś ty, okno już otwierała?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia zaprzeczyła powolnym ruchem głowy i niby od niechcenia odrzekła zmęczonym głosem:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Właśnie 	nie chciałam ci nic mówić, ale... tłukł się całą noc.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jakby na potwierdzenie tych słów dobiegł kolejny dziwny hałas: tym razem przypominający głuche pacnięcie o stół. Irena odłożyła nóż, którym smarowała właśnie kromkę chleba; spojrzała na babcię karcąco, ale z domieszką troski: czyżby to już ten etap starczej demencji, przebiegło jej przez myśl.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Tłukł 	się? A któż się znowu tłukł? - spytała, marszcząc 	brwi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale babcia nie odpowiedziała, zastygając z zaplanowanym wcześniej, triumfalnym wyrazem twarzy, sugerującym zarówno postawienie na swoim, jak i znajomość tajemnicy. Irena zbliżyła się do drzwi i nadstawiła uszu; dał się słyszeć cichy, stłumiony odgłos chrobotania. Nie zastanawiając się wiele weszła do środka, by ostrym cięciem rozpierzchnąć tę zabobonną aurę, która, Irena chciała tego czy nie, wdarła się i do jej umysłu.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Rozejrzała się po pokoju: okno, istotnie, było zamknięte, więc to na pewno nie przeciąg; między zaciągniętymi zasłonami światło dnia wdzierało się tylko wąskim przesmykiem i w sypialni panował półmrok. Nagle usłyszała stłumiony trzask, jakby jakiś przedmiot, łopocząc, spadał z szafki i jej serce zamarło, lecz chwilę później uśmiechnęła się, dostrzegając sprawcę zamieszania. Był to wróbel, który przefrunął z jednej z półek na przeciwną stronę pokoju, a teraz podskakiwał nerwowo na parkiecie, tuż przy kaloryferze, rozpaczliwie szukając drogi ucieczki albo chociaż bezpiecznego schronienia. Dla niego noc była równie, a może jeszcze bardziej stresująca; oto przeniknął znienacka do obcego, nieznanego świata; świata niosącego mękę niewoli, z którego w żaden sposób nie można było się wydostać.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Irena podeszła do okna, otworzyła je szeroko i gwałtownymi ruchami odsunęła zasłonę i firankę. Przestraszony ptak zerwał się do lotu i kreślił w pokoju chaotyczne zygzaki, aż wreszcie, zwabiony prądem świeżego powietrza, skierował się w stronę okna i wyfrunął na zewnątrz.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia Domicela, gdy tylko dowiedziała się o przyczynie hałasu, dobrodusznie śmiała się z siebie, ale w głębi serca czuła wielkie rozczarowanie. Wróbel, tylko wróbel! Mały wróbelek zakpił sobie z niej i z jej wierzeń w bliskość pozagrobowego świata.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mówimy: „babcia Domicela”, bo też i starość wyposażyła ją w jednolite miano babci, trwałe, dające bezpieczeństwo, ostateczne. Nie była już matką, siostrą, ciotką – nawet córka udając się do niej z wizytą mówiła, że „idzie do babci”. Wnukowie, czyli najmłodsze pokolenie, ustalało w domu, kto jest kim, narzucało własną perspektywę, buńczucznie stawiało się w centrum rodzinnych rozgałęzień, gdyż właśnie ich nazewnictwo miało nadzieję najdłużej trwać; właśnie ich nazewnictwo, jako dalekosiężne, było w domu obowiązujące.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I choć mówimy o córce i zięciu, ustalając pokrewieństwo z perspektywy pani Domiceli, spieszymy zaznaczyć, że również ona w rozmowach z wnukami mówiła o swej córce „mama” albo „ciocia”, akceptując bezwolnie  nieubłagane wygasanie więzi łączących ją zarówno z rodziną jak i z całym światkiem, które zaczęło się z momentem, gdy dotarła do fazy starości i zdana została na opiekę bliskich: właśnie fazy jednolicie i trwale babcinej; fazy, w której gaśnięcie więzi z żywymi sprzęga się z coraz donośniejszym wołaniem śmierci.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pewnym środkiem zaradczym na niechciane towarzystwo martwych miały być wizyty żywych z okazji urodzin babci Domiceli. Ponieważ urodziny przypadły w dzień powszedni, babcia nie oczekiwała jednak wielu gości. Jeszcze do niedawna spodziewałaby się odwiedzin pani Jadwigi, matki zięcia, która zaspokajała babciną potrzebę rozprawiania o chorobach, tak częstą u ludzi w podeszłym wieku. Kobiety uwielbiały licytować się swymi dolegliwościami.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Ja 	to już długo nie pociągnę – mówiła pani Jadwiga, 	maskując strach wymuszonym śmiechem, i wyliczała argumenty, 	przemawiające za rychłą śmiercią: - Serce słabe, nawala 	żołądek, a jeszcze kamienie na nerkach...&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- I 	tam – bagatelizowała babcia Domicela. - Pani to zdrowa jest, 	pełna życia. Ja tam już nic nie widzę na oczy i prawie z domu 	nie wychodzę.  	&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale to pani Jadwiga miała rację; mimo że do końca życia była pana energii, zmarła wkrótce na zawał serca.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mieszkająca w babcinym domu wnuczka studiowała w Poznaniu i przyjeżdżała do rodziny rzadko, tylko na święta i długie weekendy. Pani Domicela spodziewała się tylko krótkiej wizyty domowników: zięcia i wnuka, który, podobnie jak ona, przesiadywał całe dnie w domu, gdyż po uzyskaniu tytułu magistra historii postanowił niezłomnym postawieniem, że historia w gruncie rzeczy kompletnie go nie interesuje, a skoro tak, nie będzie robić w życiu nic poza ślęczeniem przed komputerem do późnych godzin nocnych i spaniem aż do południa.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pozostałe trzy wnuczki, córki syna, przychodziły, rotacyjnie we dwie, jakby miały precyzyjny grafik odwiedzin, który bezwzględnie przestrzegały, średnio co miesiąc, ale też raczej w dni wolne od pracy. Choć babcia tego nie zauważała albo nie chciała zauważyć, zazwyczaj składały wizyty po dziesiątym, czyli dniu, kiedy dostawała przynależną jej w spadku po mężu rentę. Przynosiły owocowe herbatki i ciastka, których babcia nigdy nawet nie spróbowała, przekazując upominki córce i, niby od niechcenia i wzbraniając się, sięgały tuż przed wyjściem po kieszonkowe.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Trzeba 	by tu posprzątać znowu – powiedziała Irena z ciężkim 	westchnieniem. - Goście przyjdą, a tu brud i bałagan.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia Domicela nie odezwała się ani słowem, choć rzucona uwaga zabrzęczała niemiło w  uszach niczym zarzut pod jej adresem. Od ostatniego umycia podłogi minęło ledwie kilka dni, lecz łatwo było dostrzec na wykładzinie okruchy, ślady po butach i inne plamy, choć zięć przezornie wybrał upstrzony czarnymi cętkami biały gumolit, by przedłużał przynajmniej złudzenie czystości. Ani córka, ani zięć nie zdawali sobie z tego sprawy, ale te okruchy i plamy, przywodzące na myśl utracony, oswojony świat, były dla babci Domiceli niemal jak sztandar suwerenności zatknięty wyzywająco na obcej ziemi.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mówiąc oględnie, babcia Domicela nigdy nie miała wielkiego zamiłowania do czystości ani porządku. Rzeczywistość, jaką utrwaliła z czasów względnej sprawności i teraz mimowolnie kojarzona z lepszymi czasami była w konsekwencji diametralnie inna od obecnej.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Dom przez lata nie był otynkowany, wnętrze od lat prosiło się o generalny remont, cała znajdująca się na przedmieściach posiadłość przypominała zapuszczone, wiejskie gospodarstwo. Dopiero zięć, zachęcany przez dorastającego wnuka, przystąpił do radykalnej urbanizacji ogrodu. Zlikwidował zagrodę dla kur, wyciął gęstwinę chwastów i krzaków oraz starą jabłonkę, w jej miejscu stawiając garaż, a tuż obok projektując poddasze. Resztą zajęła się Irena. Na większej części ogrodu zasiała trawę i posadziła ozdobne krzewy, jedynie wydzieloną część za domem poświęcając na uprawę kilku podstawowych warzyw: marchwi, pietruszki, sałaty, rzodkiewki, kopru, a wąski rządek przeznaczając na kilkanaście krzaków poziomek. Wkrótce po wiejskim charakterze gospodarstwa zostały tylko niechciane pamiątki, jak chociażby leżące na strychu skóry z nutrii, które hodował w klatkach mąż babci Domiceli.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Staruszka chwaliła tę metamorfozę, ale w głębi serca nie była wcale zachwycona. W jej wieku nawet niewielkie, kosmetyczne zmiany w otoczeniu budziły bliżej nieokreślony smutek i niepokój; godzenie się z odejściem z tego świata jawiło się o wiele łatwiejsze, gdy ten świat był oswojony, poznany i niósł złudzenie względnej niezmienności.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po wytynkowaniu domu, remont wdarł się wreszcie do wnętrza, a na pierwszy ogień poszedł parter, gdzie mieszkała babcia Domicela. Już mam dość tego bajzlu, powtarzał zięć, a wtórowała mu i córka, i wnuk. I owszem, ze ścian w kuchni odpadał tynk, na framugach łuszczyła się farba, w rogach potworzyły się zacieki, podłoga zaczynała gnić od wilgoci. Babcia kiwała ugodowo głową, słysząc o  konieczności generalnego remontu, lecz jakaś jej cząstka niemo protestowała: może i brudna i sypiąca się, ale była to jej przystań, w której czuła się bezpiecznie; niezmienność świata znów została zachwiana: stworzenie godnych warunków, w których miała przeżyć ostatnie lata życia, było zarazem stworzeniem warunków nieznanych, obcych, by nie powiedzieć wrogich.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Takie też były, niezrozumiane przez bliskich powody, dla których babcia Domicela tuż po generalnym remoncie zabrała się z mozołem do przywracania poprzedniego stanu rzeczy: z rozrzewnieniem wspominała stary świat. Wbrew nadziejom córki nie było żadnej możliwości, by w dużej kuchni na parterze gotować wspólny obiad dla całej rodziny, podłogę, by była względnie czysta, należało szorować nawet kilkakrotnie w ciągu dnia, świeżo odnowiona sypialnia wypełniała się z każdym dniem rozmaitymi rupieciami. Relacje między staruszką a zięciem nie należały nigdy do ciepłych, a remont i późniejsze, złośliwe jego zdaniem, zachowanie babci, tylko je dodatkowo  ochłodziło. Zięć wyrzucał babci niewdzięczność i nazbyt swobodny stosunek do czystości, ona jemu – spowity dobrymi intencjami zamach na jej świat.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tuż po tym, jak Irena zmyła mopem podłogę i przestrzegła babcię Domicelę, by na razie nie wstawała z kanapy, bo jest bardzo ślisko, przybył Mirek, niespełniony historyk. Złożył sztampowe życzenia i położył na stole mleczną czekoladę, na co babcia jak zwykle zasugerowała, by ją otworzył i się poczęstował.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia lubiła wizyty wnuka, choć, zupełnie nieświadomie, podsycał jej wątpliwości. Wiedziała, że od wielu lat nie chodzi do kościoła i podczas odwiedzin często delikatnie sugerowała konieczność nawrócenia i wiary, na co on z kpiącym uśmieszkiem powtarzał ulubione przez ateistów slogany, punktował, niby od niechcenia, biblijne sprzeczności, zapewniał, że dobro człowieka bynajmniej nie wynika z religijności ani odwrotnie – nie implikuje wiary.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Nie 	wygaduj babci głupot – strofowała go Irena, gdy odnajdywała w 	słowach babci znane z rozmów z Mirkiem naleciałości. - 	Potem rozmyśla o jakiś durnotach i plecie bzdury.  	&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niekiedy jednak babcia Domicela z perwersyjną niemal przyjemnością kierowała rozmowy na religijne tory, jakby chciała, by wnuk wzmagał jej obiekcje.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Ja 	to już sama nie wiem, jak to jest – mówiła bezradnie. - 	Tyle zła na tym świecie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po wnuku z lakonicznymi życzeniami zdrowia, pomyślności i szczęścia przybył zięć. Inni goście rzeczywiście nie przychodzili, i babcia, jak co dzień, nudziła się niemiłosiernie. Dojmującą ciszę w kuchni, gdzie jak zwykle spędzała dzień, przerywało tylko monotonne brzęczenie muchy, która wleciała do środka zwabiona łupinami z ziemniaków, wrzuconymi do służącego za kosz na śmieci wiaderka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tuż po drugiej rozległ się dzwonek do drzwi, natarczywy, a nawet agresywny, jakby ktoś nie miał zamiaru ani przez sekundę czekać na wpuszczenie do środka. Pies, czarny kundel przypominający nieco rasy myśliwskie, lecz wylegujący się całymi dniami w fotelu jak wypieszczony pekińczyk, zaczął ujadać wściekle, Irena zbiegała po schodach, a zięć odsunął bezceremonialnie firankę i skonstatował z niechęcią:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- A, 	to ten głupek.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Określał tak Kazka, kuzyna babci. Nikt nie spodziewał się jego wizyty. Mimo że mieszkał ledwie przecznicę od domu babci, odwiedzał ją średnio raz do roku, zazwyczaj bez okazji. Kazek za całe zło świata obwiniał kler. Nienawidził księży, czytywał z lubością antyklerykalną prasę, a gdy napotkał na ulicy kogoś w sutannie, zamiast pozdrowić go zwyczajowym chrześcijańskim zwrotem, ostentacyjnie spluwał, choć tak naprawdę nie potrafił wskazać racjonalnych źródeł swej zapiekłej niechęci.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Podczas wizyt u babci streszczał afery pedofilskie i przekręty finansowe na łonie kościoła, o których przeczytał w ostatnich miesiącach, wygrażał pięścią, krzyczał, co wkrótce zrobi, gdy dorwie jednego czy drugiego gada w habicie. Babcia Domicela nie chcąc wdawać się w polemikę przytakiwała ugodowo, czasem tylko wtrącając nabrzmiałe rezygnacją „ano tak właśnie jest”.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie inaczej było tym razem. Po złożeniu życzeń i kilku konwencjonalnych pytaniach o zdrowie i samopoczucie, rozpoczął swą niekończącą się tyradę:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Czarna swołocz! - grzmiał tak głośno, że mimo zamkniętych drzwi do kuchni, słychać go było na piętrze. - Już ja się z nimi policzę! Już ja ich poślę do wszystkich diabłów!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia nie lubiła kuzyna Kazka, a nawet trochę się go bała. Również jej zdaniem miał coś nie tak z rozumem, i nie chodziło nawet o nienawistny stosunek do kleru.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Ano taki już jest – mówiła z wymuszonym uśmiechem. - Nie wszystko w głowie ma na swoim miejscu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ataki na kościół, które przyprawiłyby pewnie niejedną kobietę w jej wieku o palpitację serca tudzież zawał, nie wzruszały zbytnio babci Domiceli. Daleko było jej do dewocji, w której wiara w Boga zlewa się w jedno ze ślepym uwielbieniem dla kapłanów. Z młodych lat spędzonych w rodzinnej wsi, babcia Domicela dobrze pamiętała, jacy pazerni byli księża; pamiętała, jak proboszcz odmówił pochówku jej dalekiemu wujowi, argumentując, że był on pijakiem i dopiero koperta z niemałą sumą sprawiła, że z kwaśną miną przymknął na alkoholizm nieboszczyka oko; pamiętała, jak spowiednik w jedynym kościółku w jej wsi, wysłuchawszy grzechów młodej kobiety, wybiegł z konfesjonału krzycząc: „Piekło! Piekło! Potępienie!”; pamiętała, kim był ksiądz w jej rodzinnych stronach: zazwyczaj zgorzkniałym starcem, chełpiącym się władzą nad prostymi ludźmi; pamiętała wreszcie tych prostych ludzi całujących księży po rękach, padających na kolana na widok sutanny, oni zaś, wielcy panowie, z zadartymi głowami odganiali się od gawiedzi kopniakami.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Słowem, miała do księży stosunek mocno ambiwalentny, a głównym jego odcieniem była nieufność. Owszem, często w kuchni rozbrzmiewał popularny wśród ludzi w jej wieku katolicki głos, lecz, być może pod wpływem córki piętnującej sekciarskie zapędy słuchaczy rozgłośni, babcia zachowywała dystans do radiowej rodziny i nawet nie zamierzała wspomagać przedsięwzięcia „darem serca”: jedyne pieniądze wysyłała do klasztoru w Trzebini (chyba nie chcąc, by sąsiedzi słyszeli na sumie jej nazwisko wśród ofiarodawców), opłacając msze za dusze zmarłego męża, rodziców, i wreszcie za własną, która coraz mocniej sygnalizowała pragnienie opuszczenia doczesnego ciała. Radio dostarczało jej jednak wszystkiego, czego pożądała starość: modlitwy, świadomości, że takich jak ona bądź podobnych ludzi jest wielu przechodzącej w iluzję istnienia i bliskości setek bratnich dusz, i wreszcie garści nieszczęść. Babcia Domicela z iście sadystycznym zacięciem wychwytywała wszystkie informacje o katastrofach, rodzinnych dramatach, toczących ludzi chorobach, a potem szafowała nimi w każdej rozmowie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Taka 	tragedia straszna... - wzdychała i pytała filozoficznie: - Ja już 	sama nie wiem, czy tak musi w tym świecie być?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Być może świadomość, że właśnie tak, sprawiała, że było jej lżej ten toczony przez rozliczne okropności świat opuszczać.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kuzyn Kazek złorzeczył na księży przez kilka godzin. Po jego wizycie babcia Domicela była piekielnie zmęczona. Zgasiła światło i ujęła swoją ulubioną, fluorescencyjną koronkę, postanawiając odmówić pięćdziesiątkę różańca (nie pamiętała, ile zdążyła odmówić rano przed zaśnięciem), lecz i teraz, gdy chwytała kolejny, jarzący się mdłym blaskiem, koralik, ogarnęła ją senność. Resztkami sił podniosła się z kanapy i doczłapała do łóżka; gdy Irena przyszła z wieczorną wizytą, ze zdumieniem zauważyła, że babcia już śpi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W piątek już od południa drzwi do kuchni, gdzie przesiadywała babcia Domicela, były otwarte. Ponieważ dziesiąty wypadał tego miesiąca w niedzielę, spodziewała się listonosza z rentą. Wcześniej jednak przyszedł jej syn Zenek, przez zięcia zwany pogardliwie „ujkiem”.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Odkąd przestał pić, opanowała go namiętność hazardzisty. Miał intuicję – tak przynajmniej twierdził w niekończących się wywodach o sztuce obstawiania meczów. On miał nosa, on przeczuwał nawet największe sensacje, na których można było zbić fortunę, ale zawsze ktoś mu źle doradził: pod wpływem kolegów w ostatniej chwili zmieniał zdanie. I przegrywał raz za razem, w tydzień, dwa, tracąc całą wysoką emeryturę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wujek przybywał albo, podobnie jak jego córki, w dniu wypłaty renty, albo w ostatniej dekadzie miesiąca, gdy znów ktoś udzielił błędnych wskazówek i nie starczało mu już emerytury, a typy bukmacherskie okazywały się nieodmiennie chybione. Raczej bojkotował wszystkie okazje do rodzinnych spotkań jak imieniny czy urodziny, jeśli przebywał u babci w okresie przedświątecznym, wymykał się tuż przed wieczerzą, a raz zaskoczył wszystkich domowników, odwiedzając ją z okazji własnych imienin i najwyraźniej domagając się prezentu. Jeśli już raczył przybyć, spędzał u babci co najmniej tydzień, urządzając sute biesiady.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kiedy jak dziś przychodził w dniu wypłaty renty, natykał się na listonosza, świadka Jehowy. Raz nieopatrznie zagadnął go o typach bukmacherskich na nadchodzącą kolejkę w piłkarskiej lidze. Odliczający pieniądze listonosz wytrzeszczył na niego oczy, jakby ujrzał diabła:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- To grzech! Wielki grzech... Proszę tego zaprzestać....&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wujek Zenek jednak nie zamierzał rezygnować ze swej największej i w zasadzie jedynej namiętności. Miał przeczucie, wskazywał największe nawet niespodzianki, dające kilkunastokrotne zwiększenie stawki... i przegrywał raz za razem, by w końcu zostać bez grosza i zdać się na gościnę i wsparcie babci Domiceli. Jej również opowiadał z zacięciem o typach, o pewniakach i spodziewanych sensacjach. Babcia nic a nic z tego nie rozumiała, ale kiwała głową, ufając w każde słowo syna. Inna sprawa, że te słowa coraz bardziej ociężale docierały do umysłu, coraz większe trudności sprawiało jej filtrowanie z nich puenty czy choćby znaczenia. A jeszcze gdy ktoś wystrzeliwał je z prędkością i intensywnością, z jaką zwykł to czynić wujek Zenek, mimo szczerej woli nie nadążała za sensem, którego poszukiwanie w wielogodzinnych, nieprzerwanych perorach wujka, stanowiło zresztą nie lada wyzwanie nawet dla bystrego i skoncentrowanego słuchacza.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Bardziej niż typy bukmacherskie interesowało babcię Domicelę życie rodzinne Zenka. Nie tylko w hazardzie, w miłości też nie miał za grosz szczęścia. Małżeństwo wujka formalnie wciąż trwało, ale żona od kilku lat porozumiewała się z nim wyłącznie z konieczności bądź za pomocą pism procesowych, ciągała go nieustannie po sądach o alimenty, a we wspólnym mieszkaniu wytyczyła strefy, by nie widzieć go na oczy. Wobec nieszczęśliwego małżeństwa syna, babcia Domicela przestrzegała często wnuka:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Najważniejsze to żeby się dogadać – mawiała. - Jak trafisz na taką uparta babę (tu nieodmiennie myślała o synowej), to cię zadręczy...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Święcie wierząc w słowa syna, nie znajdywała w nim ani krzty winy. Bardziej obiektywne relacje wnuczek rozkładały ją jednak na obie strony, przypominając o wieloletnim pijaństwie ojca, chronicznym niewracaniu na noc do domu, a nawet prokurowaniu awantur.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Bądź co bądź napięta sytuacja małżeńska była jakimś wytłumaczeniem, dlaczego wujek Zenek przynajmniej część miesiąca chce spędzić z dala od złej żony. Zięcia irytowały te tygodniowe biesiady, lecz milczał posępnie; tylko rzadko, gdy zdarzyło mu się co nieco wypić, przypominał sobie o tłumionej na co dzień niechęci, ale będące głównie wulgaryzmami słowa pogardy wobec „ujka” Zenka docierały tylko do Bogu ducha winnej Ireny. Ta z kolei tolerowała długie wizyty brata, gdyż dzięki nim przez tydzień miała spokój z opieką nad babcią; narzekała jedynie, że babcię, próbującą każdej z przyrządzonych przez Zenka potraw, boli później żołądek, a w jej wieku nie można już jeść co popadnie. Oprócz babci Domiceli najbardziej ze wszystkich wizyty wujka lubił pies. Koczował pod drzwiami kuchni, wiedząc, że po uczcie pozostanie mnóstwo kości i ochłapów: Zenek zawsze gotował golonkę, nie obywało się bez rosołu, często smażył też kurczaka.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Najmniej lubił je wnuk, skarżący się, że paplanina wujka budzi go wczesnym rankiem, docierając na piętro przez rury kanalizacyjne; wujek zasypiał na krótko po śniadaniu i po obiedzie, leżał na wznak na kanapie i głośno chrapał; po przebudzeniu rozpoczynał kolejną przemowę o sztuce obstawiania meczów. Babcia Domicela była szczęśliwa, że przez tydzień prawie cały czas słyszy ludzki głos.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wujek Zenek, zgodnie ze zwyczajem przesiedział u babci Domiceli równiutki tydzień i w piątek przed południem, zaopatrzony w otrzymanych od matki kilkaset złotych („głupia baba podwyższyła alimenty”), udał się do bukmachera z nowym przeczuciem. Dzień później przybyła jego córka, Żaneta. Żaneta była najstarszą z wnuczek, skończyła trzydzieści trzy lata, i jako jedyna miała już dziecko oraz, prawdopodobnie, męża. Prawdopodobnie, bo jej wybrankiem był muzułmanin z Libanu, na rzekomą ceremonię ślubną nie zaprosiła nikogo z dalszej rodziny i nikt, na czele z babcią Domicelą, nie odważył się spytać o jej szczegóły ani o status małżeństwa w tym nurcie islamu, jaki był bliski jej religijnemu mężowi. Bądź co bądź mieszkała z nim już od kilku lat w Krakowie, on prowadził małą restauracyjkę, ona, z wykształcenia psycholożka, wiecznie szukała pracy.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia Domicela nie była szczególnie tolerancyjna. Nie przepadała za Żydami; pamiętała, jak przed wojną oszukiwali na targowiskach w Dębnie i Brzesku i za kilka złotych gotowi byli sprzedać własne matki. Nie lubiła Ukraińców; jej wuj z rodziną wyjechał w międzywojniu na kresy, by już z nich nie powrócić. Z wiadomych powodów gardziła Niemcami, choć wspominając wojenne lata, często podkreślała ich kulturę, w przeciwieństwie do lubujących się w grabieżach i gwałtach Rosjan. Z pewnością nie przypuszczała, że na starość przyjdzie jej przełamywać swą zrodzoną w wojennych latach, a potem rozrzedzoną ksenofobię.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Gdy wnuczka przyszła po raz pierwszy z dzieckiem, wytężała jak mogła słaby wzrok, by przyjrzeć się małemu Samirkowi i z niejakim ukontentowaniem stwierdziła, że mimo śniadej skóry prawnuk wygląda całkiem ludzko.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- A 	chrzest kiedy będzie? - wyrwało się nieopatrznie babci Domiceli.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Żaneta kategorycznie dała do zrozumienia, że żadnego chrztu nie planuje, a wychowanie religijne dziecka należy wyłącznie do ojca. Jako że był akurat okres przedświąteczny, Irena zechciała pochwalić się gustownie przystrojoną choinką; Żaneta nie pozwoliła jednak zobaczyć jej dziecku, tłumacząc, że nie może patrzeć na migające światła.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Taki Arabek – mówiła później babcia Domicela, śmiejąc się. - Przecież nie jest to niczemu winne.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jej pierwszy prawnuk był Arabkiem i mimo oporów jakoś się z tym pogodziła, choć niepokoiło ją, że młodsza z wnuczek, Natalka, związała się jeszcze nieformalnym związkiem z Niemcem. Takie widocznie czasy, myślała z rezygnacją; te czasy nie należały już do niej i nie zamierzała ich w pełni zrozumieć. Nie zgodziła się także, by Żaneta przyprowadziła do niej swojego męża, okrężnie tłumacząc się stanem zdrowia i niemożnością przyjmowania większej liczby gości. Związek wnuczki i narodziny prawnuka sprawiły jednak, że zainteresowała się innymi religiami, a islamem w szczególności. Dotychczas było dla niej oczywiste, że istnieje tylko jeden Bóg i jedna słuszna droga do nieba – teraz, gdy obca religia wkroczyła bezczelnie w życie jej bliskich, ten klarowny obraz został zmącony.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Oni 	wierzą w tego samego Boga, prawda? - pytała kilkakrotnie wnuka 	Mirka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ten, choć na końcu języka miał już inna odpowiedź, przytakiwał.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- I 	Jezusa też uznają? - drążyła.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Uznają 	go, ale tylko jako proroka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To stwierdzenie uspokajało babcię Domicelę, ale potem Mirek streszczał historię i założenia islamu, czerpiąc wiedzę po trosze z „Księgi tysiąca i jednej nocy”, po trosze z „Szatańskich wersetów”, a ona powoli trawiła szokujące dla niej informacje.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Ja 	już sama nie wiem, jak to z tym wszystkim jest – mówiła, 	próbując bezsilnie zebrać „wszystko” do kupy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="CENTER" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ktoś, kto znał babcię Domicelę od lat, mógłby powiedzieć sarkastycznie, że na starość zaczął kusić ją Szatan. Córka Irena formułowała tę myśl nieco inaczej, zrzucając dziwaczne dylematy na karb starczej demencji:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Babci 	coś chyba zaczyna dziać się z głową.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Bądź co bądź staruszkę co rusz opadały wątpliwości. Nie mogła skupić się na modlitwie; jej myśli zmierzały uparcie ku zwątpieniu. Nie potrzebowała już nic innego, jak ostatecznego utrwalenia poglądów, uszeregowania ich w zwartą, dającą ukojenie, jedność, ufnego oczekiwania na śmierć w poczuciu odnalezienia sensu, lecz nagle wszystkie jej przekonania i dogmatyczne prawdy, łącznie z tymi pryncypialnymi i, zdawało się, niewzruszalnymi, zaczęły się niespodziewanie chwiać. Próżno chwytała w dłoń i obracała w palcach kolejny koralik ulubionej koronki; trawiły ją obiekcje: najgorsza chyba rzecz, która może spotkać człowieka u kresu życia. A na nią zwątpienie spadło znienacka w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat; sama nie byłaby w stanie stwierdzić, czy to za sprawą mezaliansu wnuczki, czy też przemycającego ateistyczne formułki wnuka, a może winien był ten wróbelek, który wykpił jej wiarę w bliskość pozagrobowego świata.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Jedni wierzą w to, drudzy w tamto...  - powtarzała. - Ja to już sama nie wiem, co jest dobre.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kilka dni po odwiedzinach Żanety, wszystko wydawało się powracać powoli do normy. Wizyty  bliskich zdały egzamin, bo babci już nie śnili się zmarli. Owszem, coś straszyło ją jednej nocy, słyszała nie tylko hałas, lecz zdawało jej się nawet, że koścista dłoń dotyka jej ramienia, niemniej jednak  nie chciała o tym mówić córce, wietrząc, że znów jest perfidnie oszukiwana.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Któregoś słonecznego dnia babcia Domicela poczuła dziwny, nienaturalny wręcz, przypływ sił.  Zdecydowała się wyjść na pole, by, jak mówiła, choć córka strofowała ją tradycyjnie za ten czarny humor i lubowanie się w aluzjach do rychłej śmierci, po raz ostatni zobaczyć wiosnę. Czy ostatnie   spojrzenie na wiosnę było dla niej wielkim przeżyciem, czy może wiosenny ogród spodobał jej się tak, że aż ścisnął serce – trudno powiedzieć. Bądź co bądź babcia Domicela chwiała się na ławce, tępo patrząc przed siebie, aż wreszcie przechyliła się nadmiernie i upadła uderzając głową w chodnik. Tym razem Irena wezwała pogotowie i babcię odwieziono do szpitala. Prześwietlenie nie wykazało żadnych poważnych obrażeń i wróciła po tygodniu do domu, na dzień dobry dostając od córki zakaz samowolnego wychodzenia na zewnątrz&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Odtąd dni babci Domiceli mijały monotonnie.  Każda chwila pęczniała do granic możliwości. Może tak, myślała zafrasowana staruszka, wygląda wiekuistość. Przesiadywała zatem całymi dniami w kuchni, którą wypełniał katolicki głos. Z gorzką satysfakcją nasłuchiwała o ludzkich dramatach i katastrofach:  ulubione radio dostarczało jej codziennie aż nadto wiadomości i opowieści w tej sferze. Może zmniejszały one żal z powodu rozstania się ze światem, a może dawały kojące poczucie, że świat ten jest w swej esencji niezmienny – nawet mimo wielości wierzeń, bogów i sposobów na życie.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wątpliwości zaczęły powoli pierzchać, wypierały je wyraziste jak nigdy wspomnienia z przeżytych lat. Myślała często o mężu, ale nie wyobrażała go już sobie chromającego w ostatnich dniach przed operacją; widziała go jako mężczyznę w sile wieku, któremu zdecydowała się oddać większość swego życia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Trudno orzekać, czy to była miłość. Raczej nie, ponieważ babcia lubowała się w maksymach poświadczających, że wielkie uczucie nie jest konieczne, a nawet pożądane w udanym związku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Miłość 	nie trwa wiecznie...  - mówiła. - Najważniejsze to się 	dogadać...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mąż nie dogadywał się. Wolał iść do kolegów i się upić, gdyż, jak lata później mawiał zięć, dość miał tego babcinego turczenia.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jej jedyne  romantyczne zauroczenie wiązało się z przededniem wojny i pięknym chłopakiem o blond włosach, który wyznał jej wieczną miłość; wkrótce potem poszedł na front i nigdy nie powrócił, a ona odtąd wiedziała: miłość jest tylko chimerą, skazaną na zagładę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Leżąc w łóżku, babcia Domicela znów nie mogła zasnąć, ale ta bezsenność przestała być męcząca.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zabierała przezornie koronkę, ale nie miała ochoty na modlitwę. Przed otwartymi oczami, niemogącymi dojrzeć już barw tego świata, przewijały się wyraziście obrazki z dzieciństwa i młodości: zabawy na podwórku, gonitwy po bezkresnych łąkach, wyprawy nad Kisielinę (taka maleńka rzeczka, a uparła się, by płynąć prosto do Wisły), pstrągi pluskające się w Niedźwiedziej. Pewnej nocy w tym kojącym pokazie slajdów, nastąpił niemiły zgrzyt. Pojawiła się znienacka wykrzywiona twarz ciotki, wychowującej dziecko z zespołem Downa.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;- Bóg nas musi bardzo kochać, skoro nas tak doświadcza – powtarzała nieustannie, niosąc cierpienie jak bożą łaskę.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Babcia Domicela zacisnęła oczy; te słowa, ten wniosek i ta duma wydały jej się naraz absurdalne i komiczne. W sypialni panowała absolutna cisza, która naraz przeraziła babcię; zapragnęła wstać i zaświecić światło, ale czuła, jakby jej ciało paraliżowała potężna siła, niepozwalająca nawet na najmniejszy ruch. Wszystkie myśli z ostatnich dni, wszystkie wątpliwości zwarły się ostatni raz, lecz nie atakowały tym razem wymęczonego umysłu staruszki; wzniosły wokół niej nieprzekraczalny mur, który mógł tworzyć zarówno więzienie, jak i bezpieczny, ukryty przed wszystkim, co nieuchwytne i niewytłumaczalne azyl. A może nie będzie już nic, pomyślała babcia Domicela; pomyślała tak z dziwaczną lekkością, z ukojeniem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jej serce zwalniało jak wtedy, gdy nie zażyła w porę któregoś z przepisanych leków; wyczekiwała na kolejne uderzenie, najpierw ze strachem i nadzieją, potem z coraz większą obojętnością przechodzącą w nieznaną nigdy wcześniej ulgę. Zamknęła oczy z uśmiechem pojednania na pomarszczonej twarzy; zamknęła po raz ostatni, z błogim przeświadczeniem, że w tym śnie nie spotka nikogo z umarłych. Nie widziała żadnego światła w tunelu, lecz w okalającym ją murze utworzyła się wyrwa; niewielka, lecz wystarczająca, by przedostać się na drugą stronę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="JUSTIFY" style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;W ciemności pokoju połyskiwały seledynowe koraliki leżącej na podłodze koronki; nad nią krążyła mała ćma, poszukująca jakiegokolwiek blasku.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-5659682449705612383?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/5659682449705612383/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/08/apostazja.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5659682449705612383'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/5659682449705612383'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/08/apostazja.html' title='Apostazja'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-3205205114654119893</id><published>2011-08-16T19:24:00.002+02:00</published><updated>2011-08-16T19:24:58.721+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miniatury'/><title type='text'>Rynek w Kołaczycach</title><content type='html'> &lt;br /&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Rynek w Kołaczycach  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;The sun no longer shines on us&lt;br /&gt;No silver moon reflects&lt;br /&gt;The stars no longer give their light&lt;br /&gt;To help us find our path&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Amorphis, Battle for Light&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie mogę już biec jak dawniej; targany dziecięcą jeszcze na wskroś ciekawością, przemieszczać się lekko w przeświadczeniu, że za każdym rogiem oczekuje mnie przygoda; nie oglądać się za siebie w przekonaniu, że nowy, rysujący się przed oczami widok jest zawsze po stokroć bardziej interesujący; nie potrafię już biec jak dawniej, pchany samospełniającą się obietnicą małych - wielkich uniesień.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niepewnie stawiam kolejne kroki, jakbym wędrował skrajem przepaści; może właśnie ten jeden okaże się niepotrzebny i poprowadzi mnie w ślepą uliczkę; co by to było: zgubić się gdzieś na obrzeżach maleńkiego miasteczka, które ani nie daje, ani nie odbiera tożsamości. Z tej perspektywy  bezgwiezdne noce muszą być jedynym ukojeniem; z tej perspektywy marzenia brzmią złowrogo jak przekleństwa.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Piekielnie zmęczony kilkunastoma ledwie krokami, siadam na ławce przy fontannie i zapalam papierosa. Nie mogę już biec jak dawniej; perspektywa chaotycznej przyszłości to koi, to przytłacza jak porwana małomiasteczkowa zabudowa.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czas nie płynie tu wolno, on zwyczajnie się zatrzymał i nawet wskazówki na ratuszowej wieży wskazują nieodmiennie tę samą, minioną godzinę. Gdyby móc spotkać tu piękną dziewczynę, może szczęście zakrzepłoby wraz z jej urodą; to przecież jedyna nadzieja na ocalenie miłości: wyrwać ją raz na zawsze z głównego nurtu życia; niech wystrzeli w górę i przez chwilę łyska w słońcu jak uklejka niespełniająca żadnego życzenia w zamian za darowaną wolność. Rozglądam się niepewnie po placu napotykając spojrzeniem tylko kilku snujących się jak cienie starszych mężczyzn; nie, wszystkie ślicznotki uciekły bezpowrotnie do miast, gdzie dni płyną potoczyście; nie chciały, naiwne, by ich piękno zastygło w czasie jako jedyna atrakcja zapomnianych już, rodzinnych stron; niech teraz biegną, szalone, donikąd; niech więdną, rzucone na brzeg.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Kiedyś też mogłem biec, ale teraz siedzę tu, bezsilny i zmęczony; osaczony piętrzącą się zabudową drobnych nieistotności, których wcześniej nie dostrzegałem, a dziś boję się wyjść im naprzeciw. Małe, prowincjonalne, stają się chwilami odleglejsze niż gwiazdy, gdy upokarzająco nęcą swą uchwytnością; na pewnym etapie podróży człowiek ciągle oddalony od wytartych szlaków dociera do przeklętej mieściny, która ni to uśmiecha się zapraszająco, ni to szydzi z bezowocnej wędrówki.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie mogę już biec jak dawniej; spoglądam bezradnie na miasteczko, a ono stroszy się na mnie nieufnymi oczami nielicznych przechodniów, od razu wyczuwa moją obcość. Zapalam kolejnego papierosa i myślę; o wszystkich miastach, w których tętni teraz życie i do których ciągną ze wszystkich stron roześmiane korowody; o wszystkich dziewczynach, niosących tylko namiętność i nigdy nie żądających poważnych rozmów, kończących się zawsze feralnym kompromisem.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie mogę już biec; gdyby jeszcze raz zebrać siły, gdyby jeszcze raz spróbować powrócić; wypowiedzieć te słowa, które dla kogoś będą coś znaczyć; a potem dotrzeć do wszystkich miejsc, których ujrzenie nie daje prawa do śmierci.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6120938696594882244-3205205114654119893?l=mojablizniaczka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/feeds/3205205114654119893/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/08/rynek-w-koaczycach.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/3205205114654119893'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6120938696594882244/posts/default/3205205114654119893'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://mojablizniaczka.blogspot.com/2011/08/rynek-w-koaczycach.html' title='Rynek w Kołaczycach'/><author><name>kat.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15203377288130903948</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6120938696594882244.post-722928753839299322</id><published>2011-07-19T17:42:00.001+02:00</published><updated>2011-07-21T00:13:54.765+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lubelskie'/><title type='text'>Dylemat Pieczarki</title><content type='html'>&lt;div align="CENTER" style="font-style: normal; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: x-large;"&gt;Dylemat Pieczarki&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;The golden dawn&lt;br /&gt;Lay lost to mist where&lt;br /&gt;Emboldened thorns&lt;br /&gt;Made their bed with toppled stones&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;i&gt;Cradle of Filth, Better to reign in hell&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Chcecie poznać Pieczarkę?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Najłatwiej spotkać ją wieczorem. Powiedzmy – około dwudziestej drugiej. To wystarczająco późno, by już wróciła, ale zbyt wcześnie, by położyła się spać. O! - pod drzwiami jej pokoju widać smugę światła.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Puk, puk!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Proszę!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To jej głos! Brzmi niemiło, chropowato, ale nie myślcie, że zobaczycie potwora albo jakąś herod – babę. Nie, Pieczarka ma po prostu dobry humor i się zgrywa.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Czeeeść! Ale  już późno... - Ściąga usta na prawo, potem na lewo,  rozgląda się niepewnie wokół. - Ja już zaraz idę spać.  Jest TAK późno!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Każdego wieczoru przed zaśnięciem Pieczarka wciera w swe długie nogi krem. Zaczyna od stóp, a potem – ku górze – przez smukłe łydki, kolana, dociera do ud. Jej ruchy stają się bardziej gwałtowne, paznokcie pozostawiają na skórze czerwone ślady. Mruży nienawistnie błękitne oczy i patrząc intensywnie na nogę, syczy:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ty szmato! Ty  szmato!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ta niechęć może dziwić, bo przecież w nogach Pieczarki niejeden od pierwszego wejrzenia się zakochał. Zakochał się i dopiero potem, podnosząc z nadzieją oczy, spostrzegł, że...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Wiem – mówi  delikatnym, melodyjnym głosem, schylając z rezygnacją głowę i  kładąc dłonie na nagich udach. - Mam wielki tyłek... To od  czekolady... Uwielbiam czekoladę! Ja TAK uwielbiam!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka sięga po leżącą na półce nad łóżkiem bąboladę, uśmiecha się, szczerząc białe ząbki, ale po chwili marszczy brwi i wykrzywia usta, jakby przełknęła coś kwaśnego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ty szmato...! -  szepce.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka obiecała sobie, że nie będzie jeść więcej niż cztery tabliczki dziennie, lecz często nie może się powstrzymać przed pokusą.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ja TAK nie  mogę! - wykrzykuje, wznosząc oczy do nieba w geście niemożności  odparcia pokusy. - Dziś zjadłam sześć – dodaje po chwili  smutnym głosem i w zamyśleniu ściąga usta.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;717 – taki numer ma pokój Pieczarki.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;On ma TAKI  numer!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka śpi na łóżku przy kąciku sanitarnym, a przyległe do niego zajmuje Ilona, jej najlepsza przyjaciółka. Chcecie poznać Ilonę? Nie, nie, moi drodzy. Ilona jest już zajęta i to nie jej opowiadanie. Ilona jest tu tylko dla kilku wtrętów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Często późnym wieczorem dziewczyny plotkują szeptem o chłopakach, aż wreszcie jedna z nich, najczęściej Pieczarka, nie wytrzymuje i wykrzykuje bądź donośnym piskiem wygłasza swą  opinię albo też wybucha rubasznym, zupełnie niekobiecym śmiechem, budząc rzecz jasna pozostałe współlokatorki.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;My TAK nie  wytrzymujemy!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Te męczennice to Kaśka i...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Druga Kaśka.  Są dwie Kaśki. TAKIE Kaśki!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zostawmy je, niech znikają – a kysz, a kysz! Zostańmy tylko z Pieczarką...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ehe... I co  niby będziemy robić? Jest już późno...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka ma dwadzieścia lat i studiuje biologię.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nauka o  życiu... O TAKIM życiu!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Obecnie jest na drugim roku. Nie ma większych problemów z nauką, choć nie należy do wybitnych studentów.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Bo ja się mało  uczę – zapewnia śpiewnym głosem. - Ja się TAK mało!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;To prawda – wyłączając kilku pasjonatów, jak choćby Mariusza, który przez kwadrans znajomości nauczyłby was rozróżniać drzewa z dużych odległości (umiecie rozpoznać z dużej odległości modrzewia?) albo Pawła, który znosi do akademika martwe ptaki, nauka zaczyna się dla studenta biologii tydzień przed pierwszym, a kończy wraz z ostatnim egzaminem. Spójrzcie na półkę Pieczarki – są na niej tylko licealne podręczniki i plik kserówek z wykładów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Niemniej jednak Pieczarka jest, tak między nami mówiąc, niezbyt inteligentna i nie wykazuje się dużym polotem. To tak między nami i owijając w aksamit, bo bliscy przyjaciele nazywają ją albo „tą głupią”, albo „tą idiotką” albo – w męskim towarzystwie - „tym pustaczkiem”.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka jest lubiana z podobnych względów, z jakich w każdym towarzystwie przyda się brzydula  albo dziwoląg. Naprzeciw niej każdy jest filozofem, a każde zdanie kopalnią attyckiej soli.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;O czym tam  mówicie? Pewnie o moim wielkim tyłku... Bo ja lubię  czekoladę... TAK lubię.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka sięga po leżącą na półce bąboladę. Pozwolimy jej zjeść jeszcze dwie tabliczki? Pozwolimy...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Mmm...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A teraz niech już umyje ząbki, położy się do łóżka i zaśnie. O czym Pieczarka śni? Nie wiem, o czym śni Pieczarka. Może o jeszcze jednej tabliczce bąbolady, może o wymarzonym księciu, a może o chłopaku, z którym jest zaręczona od kilku lat.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka nie jest, wbrew powszechnemu mniemaniu jej przyjaciół, całkowicie pusta i wyzuta z uczuć. Nie może być całkowicie pusty ktoś, kogo trapi dylemat. Chcecie poznać dylemat Pieczarki? Dylemat Pieczarki jest mianowicie TAKI:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jej losy zostały rozstrzygnięte, jeszcze zanim na dobre zaczęły się ważyć i choć dziewczyna miewa chwile wątpliwości boi się podjąć ryzyka i wyrwać z pęt ściśle ustalonego w zaciszu rodzinnego domu przeznaczenia. Oto przed czterema laty wybrano dla Pieczarki męża. Zacny to człowiek, z rodzinny porządnej i we wsi szanowany.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ty, Aguś, nie  wariuj tam w mieście – mówi jej matka, ilekroć Pieczarka  zawita w rodzinne strony. - Miasto to jest miasto, pamiętaj. Julek  to dobry chłop i z rodziny nie byle jakiej. Cztery krowy, Aguś,  hektarów będzie z dziesięć – przyszłość zawsze pewna, a  miasto? Miasto, Aguś, pamiętaj, to jest zawsze miasto – tam nic  nigdy nie wiadomo i możesz baranim głosem śpiewać.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka nie jest pierwszym z brzegu pustakiem. Nie może być pierwszym z brzegu pustakiem dziewczyna, która swe wdzięki zachowała roztropnie dla tego jedynego i od lat trwa w celibacie, czasem tylko zazdroszcząc w duchu zmieniającym wciąż chłopaków współlokatorkom.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Julek czeka cierpliwie na dowód jej miłości. Czekają cierpliwie cztery krowy i ziemia – będzie z dziesięć hektarów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Słyszycie co wieczór ten rozbrzmiewający na osiedlu wrzask? To Pieczarka wyrzuca przez okno całą seksualną frustrację dwudziestoletniej dziewicy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Julek odwiedza Pieczarkę co drugą sobotę, około południa. Co drugą, bo zawarł z Pieczarką partnerski układ – raz na dwa tygodnie to ona przyjeżdża na wieś. Koleżanki wspaniałomyślnie zostawiają jej wolny pokój. Czekają zazwyczaj na korytarzu, aż wizyta dobiegnie końca, i komentują ciężką dolę Pieczarki, na przemian śmiejąc się i jej współczując.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Nie mogę na to  patrzeć! - mówi ze wzburzeniem Ilona.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;On jest taki  obleśny – mówi pierwsza Kaśka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I mlaska, jak  ją całuje – dodaje Ilona i wybucha śmiechem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Zbereźnik!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Druga Kaśka nic nie mówi, kręci tylko głową i zasłania usta, jakby brało ją na wymioty.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Idź! Idź i  sam zobacz, jak nie wierzysz! - ponaglają na dwa głosy Ilona i  pierwsza Kaśka, a ta druga również w ramach ponaglenia kiwa  nerwowo głową.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Naprawdę chcecie zobaczyć? Jeśli tak, to pójdźmy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Puk, puk.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Cisza.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Puk, puk.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ani słowa czy choćby mlaśnięcia.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Puk, puk, puk!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Proszę –  słychać wreszcie melodyjny głos, w którym pobrzmiewa  wyraźna nuta irytacji.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka siedzi na swoim łóżku i nerwowo się rozgląda. Ściąga usta – w prawo, w lewo, potem znów w prawo, za ustami podążają wiernie źrenice.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I co? - pyta  podchwytliwie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Spryciula! Jest przewrażliwiona, wie, że jej narzeczony stanowi co drugą sobotę okoliczną atrakcję niczym człowiek – słoń i ciągle ktoś przychodzi, by go na własne oczy zobaczyć.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Krąży spojrzeniem po pokoju, zaczepia je, niby przypadkiem, na Julku, wychodzi trzymając się za usta, i tuż za progiem wstrzymywanym usilnie śmiechem na cały korytarz eksploduje.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka wstydzi się Julka i zdaje sobie sprawę, że do wstydu ma nie byle jaki powód. Trzeba więc wymyślić jakiś sensowny pretekst odwiedzin, by choć łudziła się w swej pokrętnej logice, że tym jednym razem o Julka nie chodzi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Można powiedzieć:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Chciałem  pożyczyć od Kaśki płytę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Której  Kaśki? - pyta od razu Pieczarka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Tej pierwszej –  należy odpowiedzieć, bo druga Kaśka nie ma żadnych płyt.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka kiwa ukontentowana głową, lecz za chwilę pyta jeszcze, wciąż wietrząc podstęp:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Jaką płytę?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;TAKĄ! - można  odpowiedzieć w jej stylu, ale Pieczarka nie jest w humorze, więc  lepiej wiedzieć, jakie Kaśka, pierwsza Kaśka, ma na półce  płyty.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;No jaką? -  ponagla Pieczarka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Iron Maiden!   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;I mamy ją jak w saku! Pieczarka jest wobec Iron Maiden bezradna i kiwa przyzwalająco głową, a w zanadrzu mamy jeszcze Bjoerk i Rammsteina.  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A Julek? Co w tym czasie z Julkiem? Spryciuli prawie udało się odwrócić od niego uwagę!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;A więc spójrzmy:&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Julek siedzi na krześle przy stoliku ze wzrokiem utkwionym w ścianę. Na uszach ma ogromne słuchawki. Dobiega rytmiczna, transowa muzyka. Julek przytupuje i kiwa głową – jego blond czupryna to unosi się, to opada na czoło. Ma świńskie oczka, wielgachny nochal i bladoróżową, prostą kreskę zamiast ust. Oczka ani drgną, nie drgnie też kreska, tylko czupryna unosi się i opada, prawa stopa miarowo przytupuje, a wtórują jej dłonie poklepujące ściśle przylgnięte do siebie, ubrane w niebieskie dresowe spodnie nogi.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pokaż! - mówi  Pieczarka.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Spogląda na podsuniętą pod oczy płytę – Iron Maiden jak w buźkę trzasł.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po opuszczeniu pokoju można się już śmiać.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Chcecie się pośmiać z biednej Pieczarki?&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;*&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Julek opuszcza Pieczarkę po bodaj dwukrotnym przesłuchaniu kasety. Całują się na pożegnanie w okolicy wind, ściskają i obiecują sobie wierność.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Pieczarka jest smutna.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Po powrocie do pokoju spogląda z ukosa na swe długie nogi, gładzi uda, poklepuje rytmicznie kolana.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;ul style="text-align: justify;"&gt;&lt;li&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Szmato –  szepce. - Ty szmato...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="line-height: 150%; margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size: large;"&gt;Ale smutek Pieczarki nie trwa długo, bo dziś przecież sobota, a w sobotę jest czas zabawy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="t
