ACTA est fabula (?)
Znajomy z Ukrainy mawiał, że gdyby w jego kraju podwyższyć drastycznie ceny wódki, ani chybi rozpętałaby się rewolucja. Ergo: niech będzie źle, byle można było zalać pałę. Bieda biedą, ale zostawcie nam z łaski swej szansę na ucieczkę od rzeczywistości. Oglądając filmiki z manifestacji przeciw umowie ACTA (póki jeszcze można korzystać z youtube'a) i widząc buźki odciągniętych od netu fejsbukowców, odnoszę wrażenie, że także u nas, w Polsce, inna rzeczywistość, rzeczywistość alternatywna, stała się ważniejsza i bardziej doniosła od tej właściwej. Niech będzie źle, ale zostawcie nam neta. I choć sam fakt, że doszło do spontanicznych protestów musi cieszyć, choć nie brakowało błyskotliwych haseł, jak troskliwe pytanie do prezydenta, skąd po wejściu w życie ACTA, będzie ściągać pornograficzne filmy, nieco przeraża mnie ten bunt zblatowanej euro-młodzieży. Nie tylko zresztą mnie, bo na wielu stronach czytam zatrwożone komentarze, że tak bezideowego pokolenia jeszcze nigdy nie było. Że dzisiejsza młodzież w zasadzie już nie potrafi protestować inaczej, niż klikając łapkę w dół. I tylko groźba utraty ukochanych zabawek wyprowadziła ją teraz na ulice, gdzie jednak, skonfrontowana tej nieznanej rzeczywistości, wyglądała żałośnie i bezradnie.
Choć trudno mi wyobrazić sobie życie bez internetu, a jeszcze siedem, osiem lat temu nie wyobrażałem sobie, że do takiej sytuacji kiedykolwiek dopuszczę, zachowałem pewne po trosze symboliczne punkty oporu, które dają mi może i mylne odczucie, że wirtualny świat jeszcze mnie nie wessał. Na przykład portale społecznościowe. Mam wprawdzie za sobą wstydliwy epizod posiadania konta na niesławnej naszej klasie, ale już wobec facebooka, nie mówiąc o "ambitnych" portalach typu goldenline, jestem nieprzejednany: choć nieposiadanie fejsbukowego konta to dziś niemal śmierć cywilna, chroni mnie, jak mniemam, przed czymś gorszym niż społeczne unicestwienie: rozmyciem się wśród tysięcy twarzy. Tak, jestem fejsofobem, i z ukojeniem stwierdzam, że niektórzy z moich znajomych nie wiedzą nawet, o co z tym facebookiem chodzi. Alternatywna, wirtualna rzeczywistość jeszcze nie zawłaszczyła całkowicie skromnego poletka wytyczonego na tę może niekoniecznie piękną, ale jednak prawdziwszą. Świat jeszcze nie jest do końca skatalogowany, idea opacznie pojętej jedności nie przekształciła go w coś na kształt masowego grobu dla bezimiennych.
Afera z umową ACTA i spontaniczny bunt głównie młodych ludzi obrazuje karykaturalnie, że wzniosłe wartości takie jak wolność czy demokracja są w istocie czcze i wynaturzone. Konstytuują je wygoda, konsumpcjonizm i oportunizm. A zarazem wydawały się oczywiste do tego stopnia, że groźba ich naruszenia szybko przerodziła się w irracjonalną panikę. Tymczasem nawet w warunkach społeczności demokratycznych, system konsekwentnie napiera na sferę wolności, pragnie poszerzenia kontroli - taka już jego natura, immanentna cecha. Starcie systemu w jego naturalnej inklinacji z urobioną, zblatowaną społecznością jest i śmieszne, i straszne zarazem. Doszło do zabawnego faux pas: oto system uwierzył, że społeczność jest już na tyle bezideowa, że niezdolna do buntu, społeczność zaś uwierzyła, że nic nie zagraża jej wolnościom, przynajmniej we wspomnianym, wykoślawionym ujęciu. Tak zrodził się chaotyczny protest przeciw groźnemu zamachowi na wolność w internecie. Kto przeciw ACTA, niech kliknie łapkę w górę.
Hasło "Po co nam wolność? Mamy przecież telewizję" można dziś sparafrazować: niepotrzebna nam jako taka wolność, skoro mamy facebooka. Jesteśmy skatalogowani: tysiące maleńkich, uśmiechniętych, nierozróżnialnych twarzy obok siebie. Tak żałośnie musi wyglądać nasz świat z perspektywy niebios, tak też musiała wyglądać społeczność z punktu widzenia systemu, skoro kompletnie nie przewidział paniki, jaką wywoła podpisanie ACTA.
Świadomość wtopienia się w amorficzną masę daje poczucie bezpieczeństwa, naturalnie skonfrontowanego wolności. Tylko właśnie: czy ten bezkształtny protest można traktować wobec tego poważnie? Czy ze społecznością, która pragnie skatalogowania, i której tożsamość określa kojące rozmycie się w tym świecie, powinno w ogóle się liczyć? System dostał cenną informację, jaki prosty rytm wystukać, by zbuntowana dziś rzesza kontynuowała z uśmiechem na twarzach taniec niewolników.
Odnośnie planów wdrożenia umowy ACTA do internetu, należy zapytać: cui bono? Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości, że nie chodzi o żadnych twórców czy prawa autorskie. Chodzi o instrumenty szeroko pojętej kontroli. W aspekcie praw własności intelektualnej, obecne prawo, choć dalekie od ideału i nie nadążające od lat za rozwojem technologii, jest jednak w miarę wyważone i nie wpada w paranoję, o jakiej słychać co rusz w innych, bardziej "cywilizowanych", od naszego państwach. Zresztą, co bardzo ogarnięci twórcy wiedzą od dawna, że internet to żadne zagrożenie, lecz olbrzymia możliwość promocji ich płodów, wobec czego sami zamieszczają swe twory w sieci, i tylko niereformowalni idioci wpisują ściągnięte "nielegalnie" piosenki na konto strat twórców i (przede wszystkim) fonograficznych firm.
Panika, jaka ogarnęła internetowy światek, wydaje się mało racjonalna i kładzie akcent na mało istotne kwestie, jakkolwiek prawdą jest, że ACTA w swej filozofii przedkłada uprawnienia nielicznych ponad wolności wielu i choćby z tego powodu jest groźna. I mniejsza o całe piractwo i groźbę zamknięcia wielu serwisów pod przykrywką walki z "obrotem podróbkami.
Niebezpieczne jest bezprecedensowe umożliwienie operatorom kontroli internautów, kompletnie chybiony postulat, by przestępstwa "pirackie" były ścigane z urzędu, a nie, jak dotychczas, na wniosek. Zapewnienia, że obecne prawo jest zgodne z esencją umowy są w tym kontekście robieniem z ludzi idiotów, w którym zresztą rządzący celują, jeśli przypomnieć choćby wytłumaczenie przez Pawła Grasia ataku na strony sejmu i premiera ogromnym zainteresowaniem zamieszczonymi na nich treściami.
ACTA jak ACTA - zawiera głównie ogólne postulaty i jako prawo jest mało przejrzysta. Ważniejsze będą związane z umową korekty prawa autorskiego, i tutaj chciałoby się wierzyć premierowi, że wolność w sieci pozostanie wartością nadrzędną, lecz wobec światowych tendencji i lubowania się Polski w roli wychodzącej przed szereg pożytecznej idiotki, wierzyć w jego zapewnienia nie sposób. Poza tym od litery prawa, ważniejsza jest zawsze praktyka, i dlatego właśnie prawo powinno być przejrzyste i możliwie pętać organom ścigania i sądom ręce. ACTA otwiera szerokie poletko do nadużyć, a trzeba przy tym pamiętać, że jeśli tylko dać praktyce możliwość pójścia w złym, niebezpiecznym kierunku, to zgodnie z prawem Murphy'ego właśnie tam radośnie podąży.
Jeśli tak się stanie, obudzimy się w świecie rodem z antyutopii Orwella, nie tylko skatalogowanym, ale i poddanym pełnej kontroli. Tylko czy naprawdę potrzebujemy jeszcze wolności, by to właśnie o nią walczyć?